REJESTRACJA
955 PL

954 PL

953 PL

  901 PL!

  900 PL!

  899 PL!

Steam
Autor: Ponury dnia 18/10/19 22:11
Rozdział 959
Autor: Wielki160 dnia 18/10/19 18:08
Story Cubes 11: Szklana Pogoda -..
Autor: Szczery dnia 17/10/19 23:10
Breaking Bad
Autor: Devzan dnia 16/10/19 21:36
Spamiliada 12
Autor: Chisu dnia 16/10/19 21:25
Ostatnio widziane
Autor: Komimasa dnia 16/10/19 20:47
AnimeCon_baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
Rozdzial VII


- Franky budź się! Słyszysz?!- Zoro bezsilnie próbował obudzić przyjaciela. Jednak mechanik wycieńczony i nieprzytomny nawet nie drgnął. Przez powietrze przeszedł jeszcze jeden ryk wampira. Oczy Shnekner’a, które teraz miały czerwony kolor gniewnie spoglądały na Słomianych.
- Zostaw go. Musimy dać sobie radę bez niego.- Brook stanął z obnażonym mieczem obok pierwszego oficera kapeluszy. Za nimi wyrosła wielka futrzana potwora. Był to Chopper w formie monster point. Stał cicho i wpatrywał się w zebrane przed nim ofiary. Rozległ się ryk.
- Co to do kurwy nędzy jest?- Pomyślał viceadmirał.- Ten koleś powinien być wart 50 beli, a widzę, że w tej sytuacji jest najsilniejszy… Cóż w tym stanie, jaki sprezentowało mi to cholerne działo, nie mam dużo czasu ani energii, co najwyżej sześć ataków. Najsłabszy jest teraz Tylko Kości Brook, załatwię go jednym ciosem. Kolejny będzie Roronoa Zoro, jest wykończony walką, padnie po dwóch ciosach. Pozostałe trzy podaruje temu czemuś przede mną… ale z tego bije energia… Trzy ciosy mogą nie wystarczyć, a nie mam energii aby używać obronnego haki, ani jakiegokolwiek innego rodzaju haki też. Wszystko poszło na obronę przed tym promieniem… Nic. do dzieła- Skończył myśleć, rozłożył ręce i szybkim ruchem znalazł się obok Brooka i Zoro. Ciągle biegnąc, najszybciej jak potrafił przywalił obu jednocześnie z otwartych dłoni. Zoro dostał w gardziel a Brook w klatkę piersiową. Obydwaj odlecieli na kilkanaście metrów. Wampir ledwo wyhamował i dostał w pysk z pięści potwora. Cios był potężny. Chopper nie zużył wiele energii, dlatego miał jeszcze duży zapas sił. Viktor wywrócił się na śnieg. Potwór zbliżył się do niego powoli, miał zamiar go nadepnąć, ale wampir przeturlał się w lewy bok, wstał i otwartą dłoń wbił w prawy bok potwora. W powietrzu aż zagrzmiał jego ryk. Wampir miał zadać drugi cios w pysk Chopper’a, ale osłabł i to on dostał z tak zwanej bańki w głowę od pokładowego lekarza Słomianych kapeluszy. W tym momencie pojawił się Zoro. Szermierz biegł teraz w kierunku toczącej się walki, skrzyżował miecze w „X” i wykrzyczał.
- Oni giri!- Nie trafił jednak w wampira, ale w lekarza. Stało się tak dlatego, że Shnekner chwycił w ostatniej chwili potwora za barki i przesuwając go w swoją stronę użył jako „ludzkiej” tarczy. Kiedy szermierz był lekko zdezorientowany tym, że uderzył przyjaciela, a potwór motał się z bólu, wampir dostrzegł swoją szansę. Szybkim uderzeniem w głowę zwalił potwora z nóg na ziemie, a sekundę później znalazł się obok pierwszego oficera, zacisnął pięści, złożył ręce w „X” i jednoczesnym uderzeniem z podwójnego backhand’u trafił szermierza w tułów
- Body Crasher!- Zoro z ciałem, które ledwo trzymało się całości padł bez słowa na śnieg.
- Jeszcze jeden cios. Wytrzymam!- Myślał wampir, a jego ciało ogarniał coraz większy ból. Szybkim ruchem znalazł się tuż koło potwora. Chopper chciał wstać, miał jeszcze dużo siły. Shnekner dobrze o tym wiedział, musiał koniecznie trafić go w krytyczny punkt inaczej to bydle go zabije. Wampir rzucił się na lekarza, który zdołał wstać. Zacisnął ręce na jego tułowiu, oplatając jego ręce, nogami natomiast unieruchomił nogi Chopper’a. Lekarz próbował uwolnić się z tego uścisku. Chciał zrzucić z siebie wampira i prawdopodobnie udało by mu się to gdyby miał ze dwadzieścia sekund, ale wampir otworzył szeroko paszczę, a jego kły jeszcze bardziej się wydłużyły. Shnekner ryknął…
- Criticall Kiss!-… i wgryzł się w szyję Chopper’a. Potwór jeszcze się szamotał, ale chwilę potem uderzył swoim cielskiem o śnieg. Viktor stał teraz nad pokonanymi przeciwnikami. Usiadł, bowiem nie miał już sił. Na statku ciągle czaił się Usopp, ale był zbyt wielkim tchórzem żeby zaatakować wampira. Był tylko zwykłym człowiekiem, samo przebywanie na mrozie i bieg wykończyły go. Nie miał już sił, zdyszany płakał na pokładzie, wiedział, że nie może nic zrobić. W głębi serca jednak zbierał w sobie odwagę, na razie było jej jednak za mało.
- Zabije gnoi! Zabije! Jak psy, gówno mnie obchodzą rozkazy Sengoku!... Nie! Nie możesz debilu! Nie możesz ich jeszcze zabić!- Shnekner wyraźnie toczył bój ze swym wampirzym instynktem zabijania i ze swą wściekłością.- Rozkaz wyraźnie zaznaczał: W miarę możliwości przyprowadzić żywych…- Ochłonął. Zamknął oczy. Otworzył je. Podszedł do Zoro, wiedział, że jeszcze żyje, chciał go dobić, chciał tego bardziej niż czegokolwiek w tej chwili. Ochłonął. Usiadł i po kilku konwulsjach ciała, przemienił się w swoją ludzką formę.
- Kurwa… Już pamiętam dlaczego dwadzieścia lat temu postanowiłem tego więcej nie zrobić. Na dłuższą metę nie potrafię się kontrolować w tej formie. Nie ważne… Trzeba zabić to gówno ze statku.- Już miał iść, ale zabrakło mu sił, stracił przytomność i runął na ziemię.


Kontradmirał zszedł już na ląd. Dwudziesto osobowa ekipa w której skład weszli: Runny, Pułkownik wojsk naziemnych Kolugoski*, sierżant Woolbunny i siedemnastu innych marynarzy, miała za zadanie znalezienie trzyosobowej drużyny, a w razie czego przechwycenie niedobitków. Reszta marynarzy miała pozostać na statku i czekać. Mogliby właściwie poszukać okrętu nieprzyjaciela, ale wiatr był wyjątkowo niesprzyjający i nie dało by się opłynąć wyspy w korzystnym czasie. Kiedy tylko drużyna zeszła na ląd, Runny powiedział do pułkownika.
- Frank zmień się w lisa. Jeśli możesz powąchaj ten skrawek materiału należący do viceadmirała i zaprowadź nas do niego.
- Tak jest.- Kolugoski nie czekając długo zmienił formę w lisa. Był on użytkownikiem diabelskiego owocu: inu-inu no mi, model fox. Powąchał skrawek materiału i tylko pokręcił przecząco głową. Przemienił się z powrotem w swoją ludzką formę. Był to człowiek wysoki około dwóch metrów wzrostu, postury raczej normalnej, żaden kark z niego nie był w każdym razie. Od razu można było po nim poznać jego sprytny styl życia, świadczył o tym długi jak u Usopp’a spiczasty, ostro zakończony nos. Jedno ucho miał naderwane, a brwi ogolone. Co chwile chichotał pod nosem i jeden bóg wie z czego on tak brechtał.
- Żadnych śladów kontradmirale. Może wrócimy na pokład?
- Bardzo bym chciał, ale niestety musimy iść.- Do Runny’ego podbiegł naprędce jakiś anonimowy marynarz (właściwie był to Muhammad Bub-bur, ale nie jest to istotne).
- Sir, znaleźliśmy woła, który należał do Bass’a Leckter’a.- Runny poprawił swoją za wielką i za szeroką kapitańską czapkę (Dostał ją w prezencie od Shnekner’a).
- Nie mów tak szybko marynarzu. A teraz pokaż gdzie jest ten wół, pułkownik go powącha. Może kanibal znajduje się bliżej i będzie mógł nas do niego zaprowadzić.- Zrobili tak jak powiedział Runford. Podeszli do Boo, Kolugoski w formie lisa powąchał go i wyczuł trop. Pokiwał dowódcy na „tak” i natychmiast ruszył przed grupą jako przewodnik. Nie musieli iść długo (może niecałe pięć minut) kiedy ich oczom ukazało się kilku ludzi wstających z ziemi. Mężczyzna ubrany jedynie w bokserki oraz dwie kobiety. Wielu marynarzy ucieszyło by gdyby i one były tylko w negliżu… Niestety obydwie miały kompletny ubiór. Runny odwrócił się o 180 stopni i zaczął iść w kierunku z którego tu trafili. Pewien marynarz zwrócił mu uwagę.
- Sir, wiem, że to trudne do zaakceptowania, ale musimy iść naprzód.- Runny westchnął i wrócił do normalnego kierunku.
- Nie lubię walczyć…
- My tez nie lubimy jak sir walczy. Czasem coś panu się omyłkowo wymsknie i leżymy.- Powiedzieli niemal równocześnie wszyscy razem.
- Ci ludzie pobili Leckter’a sir.- Poinformował Woolbunny.- Zanim ktokolwiek zdążył zapytać się skąd on to wie, odpowiedział.- Jego ciało jeśli się przyjrzeć widać w kraterze naprzeciw.
- Niech wszyscy przygotują broń. Tylko strzelcy wyposażeni w zwykłą amunicję będą na razie strzelać. Marynarze z bronią przeciw użytkownikom diabelskich owoców niech trzymają ją w pogotowiu. Nie jestem pewien która osoba z tych piratów to opętany.
Marynarze przygotowali się do strzału i po machnięciu ręką sierżanta wystrzelili. Jak zauważył Runny, mężczyzna chwycił obydwie kobiety i wyskokiem w górę uniknął kul.
- Przygotować kolejną salwę. Strzelać bez rozkazu. Pierwszy cel to… mężczyzna.- Marynarze ładowali broń. Runford zwrócił się do pułkownika.
- Frank zmień się w formę pół człowiek pół zwierzę.- Kolugoski niemal natychmiast wykonał transformację. W tej formie miał jakieś dwa i pół metra, był o wiele bardziej umięśniony od swojej ludzkiej postaci oraz cały rudy. Nie licząc końcówki kity jego ogona i końca pyszczka.- W razie potrzeby zajmiesz się opętanym.- Lis przyjął gardę bojową. Sanji znajdował się już dosyć blisko kiedy marynarze wystrzelili drugą salwę. Uniknął wszystkich kul. Nami i Robin zostały odrobinę w tyle. Nagle nad marines utworzyła się chmura burzowa. Chwilę potem Nami wystrzeliła ze swego clima tact, thunderbolt tempo. Zanim elektrycznie naładowana kula trafiła do cumulonimbusa Woolbunny zorientował o co chodzi Słomianej Kapeluszce. Wyciągnął z pochwy swoją szablę i w tym samym momencie w którym piorun miał uderzyć w marynarzy pod chmurą, wyrzucił broń wysoko w górę. Cała energia elektryczna uderzyła w metalowe ostrze miecza. Marynarzom nic się nie stało. Woolbunny wyciągnął jakiemuś podwładnemu szablę i skierował się w kierunku Nami. Kolugoski ruszył tuż za nim. Sanji podbiegł wystarczająco blisko, skopał kilku marines którzy rzucili się na niego. Następnym celem miał być Runny, biedak nie zdążył nic zrobić i dostał kopa prosto w twarz. Kontradmirał poleciał na kilka metrów w tył.
- Cien fleur- Robin swym atakiem obezwaładniła marynarzy łamiąc kilku karki. Większość w drużynie była trochę silniejsza niż zakładała pani archeolog i po prostu padła na ziemię, oczekując rozwinięcia się akcji do takiej w której mogliby coś zdziałać. Dobrze wiedzieli, że na razie nie mają szans więc woleli przeczekać burzę. Była to taktyka wzorowana na codziennym zachowaniu kontradmirała Batisty. W momencie kiedy marynarze padli na ziemię, obok Robin i Nami wylądował szerżant i trzymający go na plecach pułkownik. Zniknęli oni im z oczu na zaledwie kilka sekund wyskakując wysoko w górę, czym uniknęli ataku pani archeolog. Sierżant szybkim krokiem znalazł się tuż koło Nami. Atakując szablą z góry sprawił, że pani nawigator przesunęła się lekko w prawo. Nami chciała wykorzystać moment i ciosem w głowę znokautować sierżanta, jak zwykłego szarego marynarza, nic bardziej błędnego. Nazwać Woolbunny’ego zwykłym, to jak nazwać gentelmana żulem. Prawda jest taka, że ów sierżant nie znał żadnych super technik jakich używają uzdolnieni szermierze, nie znał rokushiki, nigdy też nie zjadł żadnego diabelskiego owocu. Co sprawiało, że przeżył na grand line przez trzydzieści lat służby? Był po prostu zajebiście efektywny. Jego styl walki miał w sobie tyle piękna co gówno słonia, nie miał być piękny... miał być skuteczny... i taki też był. Zanim Nami zdążyła wyprowadzić cios, sierżant uderzeniem szabli wytrącił z jej rąk clima tact. Broń poleciała daleko w bok. Woolbunny rzucił swoją szablę na ziemię. Nami chyba chciała coś powiedzieć, ale nie dano jej tej szansy ponieważ czarna, gruba, owłosiona pięść wbiła się w jej twarz i prawdopodobnie złamała nos. Nie minęła sekunda i sierżant druga ręką chwycił panią nawigator za włosy, agresywnie pociągnął ją w dół i prawym kolanem poprawił jej wygląd twarzy. Słychać było lekkie gruchnięcie, widać nos pęknął jeszcze raz... Sierżant rzucił Nami na śnieg. Jej twarz była cała w krwi, a ona sama leżała teraz nieprzytomna. W tym samym czasie kiedy pani nawigator została zmasakrowana przez sierżanta, Robin musiała uwinąć się z pułkownikiem, a Sanji z Runny’m... Przenieśmy się więc odrobinę w przeszłość...
Runny chwilę po tym jak dostał z kopniaka wstał na nogi. Sanji po powaleniu stojących jeszcze marynarzy zauważywszy, że jeszcze jeden koleś się ostał podbiegł do niego.
- Będziesz ostatni.- Kontradmirał wyglądał na zdenerwowanego.
- Ja naprawdę nie lubię walczyć, ale ty pobiłeś moich ludzi i mnie kopnąłeś. Normalnie bym uciekł, ale Viktor byłby na mnie zły, a jego boję się bardziej… Dlatego… Dlatego.- Sanji patrzył się z obojętnym wyrazem twarzy na Runny’ego. Ten otarł krew z wargi.- Pora na moje specjalne polskie powiedzonko-kombo. Na początek… Chuj ci w dupę!- Sanji dźwignął już nogę do wyprowadzenia kopniaka kiedy nagle…
- Coś ty mi zrobił?!!- Poczuł coś między pośladkami. Podskakiwał i wyraźnie chciał pozbyć się „nieproszonego gościa”. Runford splunął na ziemię. Odskoczył na jakieś trzy metry do tyłu i kontynuował swój atak.
- A teraz niech cię szlag trafi!- Z nikąd przed Sanji’m pojawił się wielki, potężnie umięśniony mężczyzna, kulturysta jakich mało z długim wąsem i w samych spodenkach. Na czole miał wyraźnie wygrawerowane: Szlag.
- A co ter…?- Szlag z całej pary przywalił kucharzowi w czerep z pięści tak czerwonej i spoconej, że potem można by zapełnić basen o wymiarach 2x10x3. Kucharz poleciał do tyłu, obolała głowa i „nieproszony gość” w odbycie nie dawały mu wstać. Runny kontynuował.
- A teraz… Niech cię licho pochłonie!- Za Sanji’m pojawiła się ponad trzynasto-metrowa fioletowa góra w kształcie stożka. Na samym czubku potwór posiadał cztery pary oczu, poniżej znajdował się otwór gębowy który zajmował resztę frontalnej powierzchni ciała monstrum. Licho wciągnęło kucharza do swojej paszczy i stało teraz nieruchomo. Z jej wnętrza dało się usłyszeć krzyki kucharza. Szlag zniknął. Runny obejrzał się na lewo, zobaczył, że pułkownik został pozbawiony przytomności przez Robin. Kobieta właśnie miała obracać się w stronę biegnącego w jej kierunku sierżanta, trzymał on już swoją szablę i z całych sił biegł do kolejnego przeciwnika. Kontradmirał wiedząc, ze sierżant nie da sobie sam rady pomyślał.
- Pora na chiński kaliber.- Po czym zawołał.- Ej ty kobieto z czarnymi włosami!- Robin odwróciła się w jego kierunku, nic nie odpowiedziała, ale spojrzała się kontradmirałowi prosto w oczy. W tym momencie został spełniony warunek aby zadziałał na nią atak przysło-przysłowiowocu marynarza.- Tak ty!... Sierżancie! Pamiętaj leżącego łatwiej się bije!- W tej chwili niewidoczna siła sprowadziła Robin na ziemię, nie potrafiła wstać, a nawet się ruszyć. Atak kontradmirała działał bowiem przez pięć minut maks, w zależności od skali ataku, powiedzenia, powiedzonka. Woolbunny nie zastanawiając się ani sekundę sprzedał pani archeolog mocnego kopa w brzuch. Jakiś marynarz wstał i podkręcając rzut, rzucił karabin z amunicją przeciw opętanym prosto do rąk sierżanta. Ten chwycił broń i natychmiast wypalił wprost na Robin, sieć nie oplotła ją wystarczająco, ale nie o to chodziło sierżantowi. Ściągnął z niej sieć, rozdarł ją tak aby zrobić z niej sznur i związał Robin ręce, kobieta natychmiast utraciła wszystkie siły, a po ciosie kolbą w głowę, również przytomność. W czasie kiedy to się działo Runny kontynuował pokonywanie kucharza. Powiedział sam do siebie.
- Przezorny zawsze ubezpieczony.- W jego ręce pojawił się kord.- Hmm ostatnio to była spluwa, ale broń biała też się nada.- Pokazał palcem na Licho.- Przepraszam panie/pani Licho, jeszcze tego do końca nie ustaliliśmy jakiej pan/pani jest płci… proszę się nie obrażać. W każdym razie czy na mój znak mógłbyś/mogłabyś wypuścić osobę którą chwilowo pochłonęłaś/pochłonąłeś?- Licho przytaknęło i czekało na sygnał. Runny jeszcze raz powiedział coś do siebie.
- Za Chiny ludowe nie dam się pokonać temu golasowi!- W tle z boku pojawiły tłumy skośnookich ubranych w czerwone stroje Chińczyków, którzy wyraźnie kibicowali kontradmirałowi krzycząc coś w ich języku, wypuszczając race i fajerwerki.
- Teraz, proszę go wypuść.- Licho otworzyło paszczę i wyleciał z niej Sanji. Licho zniknęło podobnie jak tak zwany „efekt chuja”. Kucharz wstał, był cały w dziwnym płynie, prawdopodobnie ślinie potwora.
- Przesadziłeś! Kimkolwiek jesteś zabije cię! Czekaj… Co zrobiłeś Nami-swaaan i Robin-chwaaan.- Sanji otarł twarz, zobaczył tłum skośnookich, przetarł więc i oczy.- I co tu się w ogóle wyprawia? Nieważne pokonam was wszystkich.- Runny bez słowa zaczął biegnąć w kierunku kucharza. Był to powolny bieg zwykłego człowieka bez nadludzkiej siły, więc Sanji na spokojnie postanowił przygotować się do obrony. Podniósł lekko nogę kiedy nagle Runny nabrał niesamowitej prędkości, praktycznie zniknął kucharzowi z oczu. Za kontradmirałem podążała teraz czerwona smuga. W mgnieniu oka znalazł się on przy Sanji’m..
- Chinese doping cut!- Cięcie było za szybkie i silne dla kucharza, szczególnie w jego stanie. Runny rozerwał mu prawie cały bok i poważnie zranił jego nogę. Chińczycy i kord zostali odwołani. Kontradmirał chwycił rzuconą mu przez jednego z marynarzy czapkę i założył ją na głowę.
- Ludzie którzy mogą jeszcze stać, proszę zgłoście się do mnie.- Do Runny’ego podeszło siedemnastu marynarzy, pozostała trójka nie mogła stać, w najgorszym stanie znalazł się biedny szeregowiec Cow, sierżant popełnił błąd, ze go zwerbował, nie nadawał się do takiej roboty, był zbyt miękki.
- Niech pięciu ludzi w tym garbaty Jimmy zaniesie trzech naszych i piratów na nasz statek. Reszta idzie dalej ze mną. Jeszcze jedno… Sierżancie po pierwsze niech ktoś obudzi pułkownika, jestem pewien, że udaje, on nie pada po zaledwie kilku ciosach. Po drugie jeśli mógłbyś, sprawdź w jakim stanie znajduje się Bass da Leckter.
- Tak jest sir.- Sekundę później…- Pułkownik obudzony. Leckter nie żyje.- Sierżant splunął na ziemię. Runny poprawił czapkę.
- Doskonale, upiekliśmy więc dwie pieczenie na jednym ogniu.- W tle pojawił się grill z dwoma kurczakami gotowymi do zjedzenia. Nikt się nie skusił i tak po pięciu minutach by zniknęły.- W takim razie wyruszamy dalej znaleźć agenta i viceadmirała.- Rozdzielili się. Z tej odległości pułkownik zamieniony w lisa mógł wyczuć zapach viceadmirała, ale zanim znaleźli kapitana „Third Punch” napotkali siedzącego na, jak poprawnie stwierdził sierżant: kapitanie Słomianych Kapeluszy, Johna Smitha.
- No nareszcie! Myślałem, że się was nie doczekam.- Runny spojrzał na agenta CP10.
- Widzę, ze nieźle pana urządził… pan zresztą jego również.
- Zgadza się. A teraz jeśli możecie zabierzcie mnie i Słomianego na statek.
- Dobrze. Sierżancie proszę natychmiast przydzielić dwóch marynarzy do eskortowania pana Smitha na statek.
- Tak jest sir!
- Proszę nie krzyczeć, przecież pan wie, że tego nie lubię.- Woolbunny odkiwnął na zrozumienie kontradmirałowi i chwilę później drużyna pomniejszona o kolejnych dwóch marynarzy wyruszyła w dalszą drogę. Po kilkunastu minutach w końcu zauważyli statek wroga.
- To musi być ich statek.
- Tak jest sir.- Potwierdził oczekiwania kontradmirała sierżant.
- W takim razie gdzieś tutaj musi być nasz kapitan. Mam rację pułkowniku?- Lis przemienił się w swoją ludzką formę.
- Racja sir, to gdzieś blisko. Viceadmirał Shnekner jest niedaleko stąd.
- Nie musimy się więc już niczego bać…. Oprócz Viktora oczywiście. Wątpię żeby mógł przegrać.- Podeszli bliżej a ich oczom ukazało się kilka ciał leżących w okropnym stanie na śniegu. Shnekner leżał cały poparzony obok Chopper’a znajdującego się w teraz swojej codziennej formie. Runny podbiegł do viceadmirała.
- Viktor obudź się.- Odwrócił się do sierżanta.- Woolbunny proszę go obudzić uderzając w twarz.
- Kontradmirale, przykro mi, ale…- Po chwili głębokiego zastanowienia nad konsekwencjami niesubordynacji sierżant dokończył- Tak jest sir.- Woolbunny uderzył swojego kapitana w twarz. Mimo obaw sierżanta Shnekner nie uderzył go, a tylko drgnął po czym otworzył oczy i bez słowa wstał na równe nogi.
- No widzę, że zjawiacie się w samą porę.- Spojrzał się na kontradmirała.- Runny gdzie reszta mojego trzyosobowego oddziału?- Runford poprawił czapkę, która znów się zsunęła.
- Leckter nie żyje. Smith w krytycznym stanie. Słomiani schwytani. Wszyscy odpoczywają teraz na statku, albo są w drodze na statek.
- Został już tylko jeden Słomiany. Jest na statku. Zajmijcie się nim.
- Dobrze Viktorze.- Kontradmirał odwrócił się w stronę sierżanta i już miał coś powiedzieć kiedy nagle zadzwonił jego mini ślimakofon. Odebrał.
- Halo?- Z telefonu dobiegł głos osoby iście czymś zdenerwowanej i przestraszonej.
- Kontradmirale! Proszę o natychmiastowy powrót na pokład „Third Punch”!
- Proszę odrobinę ciszej, wystraszył mnie pan.- Odpowiedział leżący teraz na śniegu Runny.- A tak poza tym, co się stało?
- Wykryliśmy statek Rudowłosego Shanks’a zmierzający prosto w naszą stronę. Według danych dostarczonych przez CP7 Monkey D. Luffy jest w jakiś sposób powiązany z yonko. Nie wiemy jak, ale Shanks mógł sie dowiedzieć o naszych planach przechwycenia Słomianych i właśnie zmierza im z odsieczą.- Viceadmirał podszedł do ślimakofonu, szarpnął rękę Runny’ego w górę tak żeby było go dobrze słychać i powiedział.
- Marynarzu jesteście pewni, że to statek Rudowłosego Shanks’a?
- Z całą pewnością viceadmirale.
- Dziękuje. Odcumować statek i czekać na nas. Podróż stąd do was zajmie nam jakieś pół godziny. W jakiej odległości znajduje się nieprzyjaciel?
- Minie pół godziny zanim dobije do wyspy, ale wiatry nie są im przychylne. Zdążycie viceadmirale.
- To wszystko, dziękuje.- Przekaz został zakończony. Shnekner zwrócił się do Woolbunny’ego.
- Sierżancie proszę natychmiast wziąć kilku marynarzy i zabrać ciała piratów. Wyruszamy natychmiast i nie chce słyszeć marudzenia. Ma być tempo jak nigdy! Nie mam zamiaru zginąć z rąk Shanks’a, nie w tym stanie.
- A co z ostatnim Kapeluszem?- Dopytał nieśmiało kontradmirał.
- Pieprzyć go! Sam gówno zdziała. Spieprzamy stąd! I ruszać mi się tępe ciule!- Natychmiast wyruszyli. Biegli ile sił w nogach, tak, że dogonili dwóch marynarzy niosących Luffy’ego i
Smitha. Shnekner który biegł na przedzie kopnął któregoś w tyłek i krzyknął.
- Chyżo! Yonko siedzi nam na dupie a wy idziecie jak na ścięcie! Na co się gapisz Mlekowicz?! Chcesz nie dostać listów od swojej mamuśki?!- Biedny marynarz, nic nie odpowiedział, zrobił najlepszą w tej sytuacji rzecz: przyśpieszył i zaczął biec ile sił w nogach. Kiedy dojrzeli już swój statek wampir spytał swojego pierwszego oficera.
- Runny ile jeszcze czasu zostało do wschodu Słońca?- Kontradmirał spojrzał się na swój zegarek, a potem na niebo.
- Jakieś dziesięć minut Viktorze.- Viceadmirał przeklął pod nosem, a potem rzucił rozkazem w kierunku swojego sierżanta.
- Woolbunny jak tylko znajdziemy się na okręcie masz mi migiem załatwić kombinezon przeciwsłoneczny.
- To niemożliwe sir. Tamten był ostatni.- Kolejne przekleństwo pod nosem.
- W takim razie pozostał tylko płaszcz przeciwsłoneczny. Jak tylko wejdę na pokład w mniej niż minutę mam go dostać.
- Tak jest sir!

Usopp siedział skulony pod pokładem Thousand Sunny. Łzy leciały mu jak potoki. Dobrze widział, że zawiódł swoich przyjaciół, mógł im jeszcze pomóc, ale tak bardzo bał się tego potwora, że ukrył się pod pokładem. Po upływie jakiegoś czasu w końcu zebrał w sobie wystarczająco dużo odwagi i wyszedł na pokład. Wiał zimny północny wiatr. Właśnie wstawał ranek i promień Słońca rozświetlił jego zapłakaną twarz. Wyjrzał zza pokładu, żeby lepiej się przyjrzeć założył swoje okulary. Przybliżył obraz i niemal natychmiast schował głowę. Jego oczom ukazał się bowiem widok kilku plam krwi na śniegu i masa śladów.
- Nie to niemożliwe! Zabrali ich! Zabrali!- Uderzył pięścią w ziemię- A ja im na to pozwoliłem! Nie wybaczę sobie tego!- Zamilczał. Usłyszał dźwięk jakby jakiś okręt przepływał niedaleko. Spojrzał się na lewo i ujrzał „Third Punch” a za nim jeszcze jeden statek, wyglądał na piracki.- Oni muszą ścigać tamtych marynarzy. Nie wiem kim są, ale może mam jeszcze szansę uratować przyjaciół!- Kłamczuch natychmiast zleciał pod pokład i wsiadł do rekiniej łodzi podwodnej.
- Yosh! Wszystko gotowe, teraz muszę dogonić statek piratów który ściga tą przeklętą marynarkę.- Usopp jednak nie miał szans dogonić statku Shanks’a, który oddalał się coraz bardziej, ale kłamczuch dzielnie trzymał się jego ogona czekając na swoją okazję ( Statek zniknął mu z oczu)… jeśli jeszcze takową dostanie.


W końcu znaleźli się obok statku. Shnekner nie miał zamiaru tracić czasu na płynięcie szalupami do statku… rzucił więc po kolei swoich ludzi i nieprzytomnych Słomianych prosto na pokład „Third Punch”. Nikomu nic się na szczęście nie stało, a to za sprawą doskonałych zdolności manualnych marynarzy z „Third Punch” i ich refleksu oczywiście. Kiedy już sam Shnekner znalazł się na statku, okręt Shanks’a był jeszcze jakieś trzysta sążni za nimi.
- Żagle w górę! Odpływamy i to migiem!- Podano mu coś w rodzaju prześcieradła, ubrał to. Oczywiście był to płaszcz przeciwsłoneczny, czyli taka jakby czarna zasłona z dwoma otworami na oczy w których była założona szybka ze szkła nie przepuszczającego światła. Wampir wyglądał teraz jak duch, ale Słońce już wchodziło, a on musiał dowodzić okrętem. Udało im się ruszyć, na szczęście jego statek był wyposażony w napęd w postaci dwustu par wioseł. Tak więc niemal cała licząca pięćset osób załoga wiosłowała. Na szczęście udało im się wyjść ze strefy przybrzeżnej wyspy i chwycili porządny wiatr w żagle. Załoga mogła odpocząć, ale okręt Rudowłosego Shanks’a również chwycił sprzyjający wiatr i deptał im po piętach.
- Viceadmirale co robimy? Statek yonko na pewno nas dogoni, zapieprza jak się patrzy.- Kolugoski był wyraźnie wystraszony. Shnekner natomiast ryczał z wściekłości, dobrze wiedział, że w tym stanie nie dadzą sobie rady.
- Nie mam kurwa zamiaru żeby mój statek nazywał się „Fourth Punch”, tego byłoby już za wiele. Już dwa podobnie straciłem i trzeciego nie mam zamiaru.- Marynarze przełknęli ślinę.- Kurwa! Wyrzucić zbędny bagaż, łącznie z niewolnikami przeznaczonymi na moje własne potrzeby. Wszyscy do wioseł! Sierżancie proszę tego dopilnować, najpierw niech połowa zajmie się wyrzucaniem balastu a później wszyscy do wioseł i chuj mnie obchodzi, że mu się niewygodnie siedzi koło Bulbowskiego!**
- Tak jest sir!- Powiedział sierżant po czym zniknął viceadmirałowi z oczu. Wszyscy biegali jak popaprani po pokładzie, wyrzucali do wody niewolników, zbiegali pod pokład, zaczynali wiosłować. Pułkownik podszedł do kapitana.
- A może zabijemy Słomianych już tutaj, a ich ciała wyrzucimy do morza? Wtedy Rudowłosy straci motywacje aby nas ścigać.- Prześcieradło odwróciło się w jego stronę.
- A wola zemsty? O tym nie pomyślałeś. A poza tym Sengoku chciał ich żywych, szczególnie kapitana. Chce go ściąć razem z tym całym Portogas’em D. Ace’m czy jakoś tak. Nie wybaczy mi jak go zabije teraz.- Pułkownik założył na siebie ręce i pokiwał kilka razy głową z zamkniętymi oczami.
- Kapitanie nawet jeśli Shanks wkurzy się na nas za to, że ich zabijemy to na pewno zechce wyciągnąć ciała z wody by później ich pochować. Zyskamy dużo czasu. Sengoku niech się viceadmirał nie przejmuje, w końcu z dwojga złego lepiej przeżyć i dostać opierdol od generała niż dać się zabić Rudowłosemu.- Nastała chwila ciszy, po której część płaszczu uniosła się w górę.
- Zebrać Słomianych przed głównym masztem. Przygotować się do egzekucji.- Zadowolony pułkownik zasalutował i natychmiast pobiegł wszystko przygotować. Shnekner spojrzał się na horyzont za swoim statkiem. W pierwszej kolejności zobaczył swoich niewolników topiących się teraz w wodzie.
- A to takie dorodne sztuki…- Pomyślał przez chwilę. Spojrzał dalej. Coraz bliżej, w zasięgu dział znajdował się teraz statek Rudowłosego, jeszcze chwila i rozpoczną ostrzał ze swoich słynnych dział Hak-kho. Sytuacja wymagała szybkiego działania. Ani Runny ani on nie mają już sił do walki, jeśli Shanks ich dogoni zginą. Na szczęście marynarze zaczęli już wiosłować i teraz mogą im uciec, czas pokaże. Pułkownik podbiegł do swojego kapitana.
- Sir, wszystko przygotowane. Czekamy na rozkazy.- W tle zagrzmiało od wystrzału dział z okrętu Shanks’a. Zatrzęsło podkładem. Wampir odwrócił się do podwładnego i bez zastanowienia krzyknął:
- Wykonać!!!




*Kolugoski przebywał na okręcie gościnnie, jednak trwało to już tak długo, że właściwie nieoficjalnie został przeniesiony z sił naziemnych Red Line do marynarki. Wersja oficjalna mówiła coś o dłuższym urlopie czy czymś w tym rodzaju.

**Pokładowe powiedzenie kierowane zwykle przez viceadmirała do marynarzy marudzących za jego plecami na warunki pracy, albo w ogóle. Wzięło się to z tego, że pewnego dnia starszy marynarz Kita marudził na to, że podczas wiosłowania siedział obok majtka Bulbowskiego, który delikatnie mówiąc nie pachniał zbyt ładnie. Shnekner stał wtedy za jego plecami i wszystko słyszał, a teraz ciągle to przywołuje. Koniec taki, że Kita nie żyje, a Bulbowski się myje.
bullet Napisane przez Komimasa dnia 23 czerwiec 2011 · Kategoria: FANFIKI NOWE ·
· 0 komentarzy · 1693 czytań · Drukuj

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
wojtas1993
11/10/2019 20:03:50
Siema! Czy ktoś posiada napisy do OP od 135- do najnowszego odcinka? Jest część napisów w dziale napisy, ale niestety nie wszystkie.

Komimasa
10/10/2019 20:05:10
Już niedługo powinniśmy Was zaspamić rozdziałami OP, bo ja skończyłem właśnie tłumaczyć 956. Reszta w rękach kolegów Smile

Komimasa
27/09/2019 10:44:14
W każdym rozdziale jest strona poświęcona rekrutacji i tam znajdziesz email do niego Smile

Komimasa
27/09/2019 10:43:10
Jeżeli jesteś zainteresowana pomocą także z innymi mangami, możesz spokojnie pisać do WT cyz kontaktować się właśnie z Rurim.

Komimasa
27/09/2019 10:42:19
Dziękujemy bardzo, ale Ruri świetnie się wywiązuje ze swoich zadań, to raczej moja wina, że tych rozdziałów nie ma. Zabiorę się za nie od 1.

Cara
27/09/2019 10:13:09
Hejka, potrzebujecie może pomocy do edycji mang? Wink

przemok123
24/09/2019 19:22:03
Dzięki Smile

Komimasa
23/09/2019 17:40:51
Niestety nic tak na szybko lepszego nie poradzę.

Komimasa
23/09/2019 17:40:02
Bo to jest, tylko nie uzupełnione niestety.Ktoś się miał tym zajmować, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Komimasa
23/09/2019 17:38:46
Ale Download nie był dawno uzupełniany. Cóż najlepiej i najłatwiej wziąć ostatni odcinek 793 w tym wypadku i zobaczyć ścieżkę, po czym zmienić nazwę odcinka. Ja tak pobierałemxd

przemok123
23/09/2019 17:19:34
Hej, mam pytanko, jak wchodzę ANIME-> DOWNLOAD -> NEW WORLD to mam 793 ocinków, gdzie mogę pobrać resztę? bo na środku strony widzę 899, 900 i 901. Dzięki za info i pozdrawiam

Komimasa
18/09/2019 23:28:31
wezmę się za nie od października. Chciałem już nie robić takich pleców, ale one kosztują bardzo dużo czasu i pracy.

Komimasa
18/09/2019 23:26:26
Bo Ruri nie dał mi cynkaxd A tak poważnie, do końca września jestem mało dyspozycyjny stąd niestety to opóźnienie. No i też niestety chwilowo nie będę tłumaczył rozdziałów,

teos
18/09/2019 20:20:12
Bo spostrzegawczy cieszą się dzień wcześniej Pfft

Roku
18/09/2019 11:24:06
Wyszedł 953 a nie ma newsa, czemu ???

HUMBOL
03/09/2019 11:21:33
No i super. Cieszę się, że kolejny rok będzie można oglądać One Piece z tak świetnym tłumaczeniem. Podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do opłacenia serwera!

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
7,941,995 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony