REJESTRACJA
958 PL

957 PL

956 PL

  901 PL!

  900 PL!

  899 PL!

Cenzura wyszukiwania w Google i ..
Autor: Trace dnia 15/11/19 11:05
Nakamowy wyjazd do Budapesztu
Autor: Rudzish dnia 14/11/19 20:29
Cykl Mastodoński - luźne gadanie
Autor: Szczery dnia 14/11/19 19:32
Spamiliada 12
Autor: SLAWO89 dnia 14/11/19 00:21
Story Cubes 11: Szklana Pogoda -..
Autor: Orzi dnia 13/11/19 13:03
Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Autor: Weather dnia 13/11/19 12:28
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
Postacie, oprócz uprzednio wymienionych:
- Załoga pirackich grajków i śpiewaków.
- Postać straszna i śmierć sobą niosąca
-Brudnobrody, wyjątkowo syfiasty pirat-uciekninier.
- Źródło Nieszczęść Wszelakich we własnej Osobie

Powierzchowna choćby analiza ostatnich lat wśród dzieł fabularnych z dowolnego gatunku, wskazuje niezbicie na fakt, że retrospekcje stają się wręcz wymagane przez odbiorcę. W dzisiejszych czasach ciężko wyobrazić sobie bowiem jakiekolwiek dobra kultury masowej, które pociągają odbiorcę bez choćby i pojedynczego użycia tego zabiegu narracyjnego, tworzącego niezwykle atrakcyjne namieszanie w fabule. Przedstawianie jednych wydarzeń przed drugimi, zakłócając wszelkie zasady chronologii, stało się wręcz modne.
Tu jednak nie będziemy mieli do czynienia z czymś takim. Co prawda ktoś wyjątkowo przywykły do trzymania się ścisłej chronologii może poczuć dyskomfort, lecz nie z powodu retrospekcji jako takiej. To, co zawarło się w opowieści Brooka, ciężko podciągnąć do definicji opowieści o wydarzeniach przeszłych. W miejscu, do którego udał się ten szkielet, nie można bowiem być pewnym jakiegokolwiek pojęcia chronologicznego. Być może to istotnie wydarzyło się w przeszłości, lecz równie dobrze można uznać, że ma się dopiero stać, bądź dzieje się teraz, w każdej następującej sekundzie kończy się i zaczyna na nowo.
Bądź nie wydarzyło się nigdy.
Już sama podróż przed oblicze Azraela, Śmierci Wszechświatów, trwała setki tysięcy lat. Brookowi zajęło to kilka minut, co w zasadzie wystarcza by udowodnić, że czas nie miał w tym miejscu większego znaczenia. Z początku muzyk żałował, że nie ma tu z nim Pimpusia, który z pewnością by znał drogę. Gdy jednak już skoncentrował się wystarczająco na celu swej podróży, zdołał i bez pomocy wierzchowca odnaleźć przestrzeń między czasami. Uczynił to nieświadomie, po prostu idąc naprzód przez wypełnioną obcymi galaktykami ciemność, lecz u kresu krótkiej podróży odkrył, że jest na miejscu.
Nie wiedział, skąd to wie. W końcu nawet nie miał pojęcia, jak ten cały Azrael może wyglądać, choć wyobraźnia podsuwała mu kilka co straszniejszych scenariuszy. Coś jednak jednoznacznie w nim mówiło, że to jest właśnie kres tej podróży. Jakaś część jego, która już nie należała do niego samego. Część będąca Śmiercią.
Jednakże znajdujący się tu Zegar, odmierzający początek i koniec Czasu, mógł być cenną podpowiedzią. Ujrzenie go sprawiło, że Brookowi opadła szczęka, w sposób zresztą przykro dosłowny. Jako osobnik o artystycznej duszy, poczuł w tej chwili bolesne ukłucie żalu w miejscu, gdzie każdy szanujący się autor posiada coś zbliżonego do serca. Wiedział bowiem, że nigdy, żadnymi słowy nie zdoła oddać ogromu tego zjawiska. Zegara nie dało się nazwać dużym, gigantycznym czy choćby nawet i kolosalnym. To wszystko to są blade słowa niknące przy aspekcie wymiarów Zegara, pomiędzy którego wskazówkami mogły zaginąć całe zbiory gwiazd.
Brook równocześnie zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Pierwszą z nich był domniemany, analogiczny rozmiar pana tego Zegara. Drugą zaś, była przeraźliwa wręcz cisza, o czym przekonał się gdy przełknięcie przez niego śliny zabrzmiało tu niczym rozpoczynająca wszechświat eksplozja. Dokładnie wtedy, za jego plecami, dwie ciemne pustki czerni, o głębi której nie zdołałaby zmierzyć nigdy żadna cywilizacja, skierowały się ku niemu. Czyniąc to z prędkością dryfujących kontynentów, Azrael spojrzał na przybysza.
Szkielet, w ten wciąż niewyjaśniony ludzką nauką sposób, poczuł na sobie to spojrzenie. Odwrócił się, najspokojniej jak tylko zdołał. Przed sobą nie był w stanie zobaczyć nic. Doskonale jednak zdał sobie sprawę z tego, że jego oczodoły nie dostrzegają niczego nie dlatego, że tam nic nie ma, a dlatego, że jest tam więcej, niż jakokolwiek narząd wzroku byłby w stanie ogarnąć swoim ograniczonym zmysłem. Nie widział jej, lecz był przekonany, że patrzy prosto w twarz Śmierci Wszechświatów... A przynajmniej w jakiś jej obszar. I nie był w stanie zrobić nic.
Możnaby powiedzieć, że ta chwila wzajemnego spojrzenia zdawała się być dla Brooka wiecznością, lecz nie byłoby to prawdą. Ona trwała wieczność. Azrael czekał cierpliwie, nie znając pojęcia utraty czasu. W końcu Brook spróbował wyksztusić z siebie jakiekolwiek słowo. Z poczuciem niemalże panicznej grozy odkrył, że nie może. Co mógłby powiedzieć Jemu, który jest początkiem i końcem wszystkiego? Nic, żadna mowa nie zdołałaby mu teraz pomóc. Nie potrafił zmusić się do najlżeszego drgnienia krtani, z jego oczodołów zaczęły kapać słone łzy. Jak nigdy nikt wcześniej w dziejach ludzkości dowolnego świata, Brook zdał sobie sprawy z małości ludzkiego żywota. Niemalże się poddał. Niemalże.
Jego dłonie jak w transie sięgnęły do wnętrza czaszki. Długie, białe palce pewnie chwyciły wygładzony przez lata użytku, ciężki przedmiot, powodując ciche kliknięcie, które w tym miejscu poniosło się wieluletnim echem. Zaciśnięta na skarbie dłoń wysunęła się w kierunku Śmierci Wszechświatów, pozwalając uwolnionej melodii płynąć.
Pierwszy rozległ się dźwięk klawiszy, zaskakująco pogodnym, głębokim brzmieniem. Po nim dał się usłyszeć powolny, smyczkowy akord wiolonczeli. Kolejno dołączały kolejne instrumenty. Aż w końcu, gdy melodia stała się już pełna, z idealnie uzupełniającymi się dźwiękami, rozległ się chór głosów ludzi szczęśliwych z możliwości wykonania po raz ostatni łączącej ich piosenki. Przemówili umarli. Przemówiła muzyka.
Brwi mogące łączyć odległe galaktyki uniosły się na zdumionym obliczu Azraela. Po raz pierwszy w jego nieograniczonej egzystencji, ktoś postanowił ukazać mu muzykę. Melodia płynęła niezakłócenie, aż do momentu gdy zanikł pierwszy głos. Potem kolejny. Z każdym utraconym dźwiękiem, pełna uczuć pieśń stawała się coraz to cichsza. Lecz nawet gdy zamilkł już ostatni śpiewający, odchodząc w radości na lepszy ze światów, nawet gdy klawisze fortepianu, ostatnia nić życia piosenki, w końcu przegrały walkę ze śmiertelnością - wciąż nie powróciła cisza.
Brook grający na swych skrzypcach ze zwinnością wirtuoza przeszedł płynnie z nut Binks Sake do kolejnych bez wyraźnego rozgraniczenia obydwu motywów. Nie grał już jednak wyuczonej melodii, kołyszący się po strunach smyczek nie oddawał piękna pochodzącego z czyjejś dawno utraconej inwencji. Brook improwizował, tworząc muzykę dyktowaną mu przez duszę. Nie grał by bawić, nie grał by zadziwić słuchacza. Grał, bo nie będąc w stanie uczynić tego inaczej, tylko tak mógł przekazać Azraelowi swoje własne uczucia, swoją historię i swoje marzenia. Melodia płynęła gładko przez pustkę, zmiennym rytmem i emocją. Zawierało się w niej wszystko, każda cząstka jego jestestwa , tragizmu jego losów i żądz jego umownego istnienia serca. Zawierała przyczynę i skutek, szaleństwo i spokój, początek i koniec. Zawierała Brooka. Była idealna. Brook wiedział zatem, że już nigdy nie będzie w stanie jej powtórzyć, że ten utwór będzie mu dane wykonać tylko raz. Nie przerywał więc, dopóki wciąż miał coś do opowiedzenia słuchającej go istocie. Aż w końcu, z ostatnim, błagalnym akordem, muzyka ustała. Szkielet odrzuciwszy na bok szatę Śmierci, wykonał ukłon. Nie było tu żadnej sceny i miał tylko jednego widza, wiedział jednakże, że to doświadczenie było koncertem jego życia. A Azrael go zrozumiał. Choć nie znał pojęcia muzyki, występ grajka był dla niego przejrzysty niczym kryształ. Oczy, których spojrzenie sięgało eony naprzód, przymknęły się w niemej aprobacie. Kilkanaście światów powstało i umarło w czasie wykonywania tego powolnego gestu. Kiedy jednak powieki Azraela znów się uniosły, Brooka już nie było. Jego prośba została spełniona i dostał szansę poznania odpowiedzi. Nawet, jeśli dla własnego dobra nie powinien.


Całkiem gdzie indziej i w całkiem innym czasie, pierwsze krople łez z wytrzeszczonych szeroko oczu padły na pole bitwy. Gdzieś rozległ się krzyk, ktoś wystrzelił potężną salwę odrywającą niemalże połowę ciała admirała Akainu . Wszystko jednak na nic. Niszcząca pięść sprawiedliwości dokonała swego dzieła, i nic nie mogło tego zmienić. Portgas D. Ace otrzymał cios. Mortimer najlepiej, spośród tego wielotysięcznego tłumu, zdawał sobie sprawę z faktu, że był to cios śmiertelny.
Wpatrzony w ciało chłopaka osuwającego się na Luffy'ego, Mortimer bezwolnie opuścił swą broń, jeszcze chwilę temu wzniesioną do wściekłego ciosu na stojącego mu na drodze przeciwnika. Nie podołał. Zawiódł on, zawiodła jego załoga, zawiódła cała armada sojuszników Białowąsego.
- Tak mówiłeś, prawda, Ace...? Obiecałeś, że nie zginiesz!! - krzyk Luffy'ego docierał do wszystkich jakby z daleka, przez grube szkło, z oporami przebijając się do stłamszonej tragedią świadomości. Potężnie zbudowany osobnik, który nie zdołałby pewnie przeżyć minuty na znanym z uwielbienia do ryb Kontynencie Przeciwwagi, zablokował kolejny cios Akainu. Dwóch członków załogi Newgate'a zaatakowało żołnierza z wyraźnym uszczerbkiem na jego nietykalnym dotąd ciele. Jeśli to miało być tak proste, czemu nie dokonali tego kilka chwil wcześniej, zanim płonąca nienawiścią magma nie wbiła się w ciało Ace'a? Czemu wszyscy tutaj, tak mocno pragnący ocalenia swego towarzysza, nie zdołali tego dokonać? Skoro ten świat miał być podobnym do tego do którego na Dysku włamał się niegdyś pan Herbatka, nie powinno być potrzebne nic więcej, niż chęci i wiary we własne siły. Tak działają światy dziecięcych opowieści. Tymczasem nawet to nie wystarczyło, a Mortimer po raz pierwszy w ciągu swego istnienia poczuł coś, z czym śmiertelnicy muszą zmagać się przez całe życie - własną przytłaczającą niemoc.
I właśnie teraz, kiedy był tak blisko zrozumienia ludzi jak nigdy dotąd, kiedy niemalże doświadczał bycia jednym z nich - Śmierć musiał ponownie stać się sobą. W końcu miał zadanie do wykonania i choć szczerze, z głębi samego siebie nie chciał tego robić, to jednak wiedział, że musi. I że to zrobi.
Świat wokół zaczął się rozmywać, stając się coraz bardziej nierzeczywistym. Po chwili byli już tylko we dwóch, zawieszeni w ponurej, gęstej szarości gdzie niegdzie rozświetlonej słabo przebijającym ogniem bitewnym. Umierający z uśmiechem na ustach Płonąca Pięść Ace oraz jego Śmierć.
Młodzieniec poruszył się lekko i podniósł się na równe nogi, bez śladu zaskoczenia przyjmując fakt, że patrzy na własne, leżące ciało. Potem skierował swój wzrok na Śmierć, patrząc na niego długo, badawczo, jak gdyby powoli kojarząc ze sobą wszystkie fakty. W końcu zrozumienie powróciło na twarz chłopaka, który triumfalnie wyciągnął dłoń w stronę szkieletu.
- Doma, tak? Dokładnie tak sobie Ciebie wyobrażałem! - zawołał, powodując długie westchnięcie ze strony Śmierci, co u osoby pozbawionej płuc, stanowiło najczystszą formę zrezygnowania.
OBAWIAM SIĘ, ŻE Z KIMŚ MNIE MYLISZ. CZĘSTO TO SIĘ KOMUŚ ZDARZA. dodał, z chęcią pocieszenia rozmówcy.
- A więc to musisz być Ty... - Ace pokiwał głową, ponownie patrząc na swoje doczesne szczątki - Kiepski ze mnie brat, co? Tak po prostu dałem się zabić, po tym gdy tyle zrobił by mnie uratować...
Jeszcze kilka dni temu Śmierć usłyszawszy taki wywód, milczałby albo uczynił wymijającą wypowiedź. Ciężko było mu miec jakiekolwiek opinie w sprawach ludzi. Teraz jednak nie potrafił zignorować tego, co przeżył na własnej... No, co sam przeżył.
OWSZEM skinął głową GDYBYŚ NIE DAŁ SIĘ SPROWOKOWAĆ ADMIRAŁOWI, CAŁY NASZ WYSIŁEK NIE POSZEDŁBY NA MARNE.
Ace uśmiechnął się lekko, jak każdy człowiek po śmierci odkrywając stopniowo fakt, że problemy tego świata już przestały go dotyczyć.
- W takim razie, chyba pora na mnie - jego dłoń spoczęła na widmowym kapeluszu, nie wiadomo od kiedy zawieszonym na jego szyi. Założył go na głowę, tym samym ruchem którym często czynił to za życia. - Myślę, że parę osób czeka na mnie tam, dokąd się udaję. - jakaś zaskakująca, jakby nie do końca przyjemna myśl przemknęła przez jego głowę, pozostawiając za sobą krótki ślad na twarzy - Cóż, trzeba będzie przez to przebrnąć.
Zapanowała dłuższa chwila nerwowej, krępującej ciszy, którą w końcu przerwał Ace.
- Uhm... mógłbyś? - uniósł w dłoni połyskującą błękitnie nić.
ACH. TAK. UHM, WYBACZ. TA MOJA PAMIĘĆ. udając zakłopotanie Śmierć niechętnie uniósł swą kościstą dłoń dzierżącą rapier. Klinga błysnęła w świetle niewiadomego pochodzenia, po czym ostrze opadło na nić życia Ace'a, ostatecznie uwalniając duszę od ciała.
- Dzięki - Ace skłonił się lekko i wyminął Śmierć, z każdym krokiem coraz bardziej rozpływając się w panującej tu szarości. Zamigotał jeszcze wyraźniej na chwilę, kiedy przystanął z namysłem. - Zobaczę tam Sabo, prawda? - kolejny nikły uśmiech zawitał na obliczu chłopaka. Śmierć skupił swe spojrzenie na losach przyszłych i przeszłych tego świata, odszukując odpowiedź na zadane mu pytanie. Po chwili krótszej niż westchnienie, wiedział już jaka ona jest.
OCZYWIŚCIE odparł ALE NIE TAK PRĘDKO, JAK SĄDZISZ.
I po chwili nie było już ani śladu ani po duchu Ace'a, ani po nietypowym dla śmiertelników w stanie trzeźwości, rozmyciu się rzeczywistości. Znów huczała wokół wojna, płaczliwy ryk wściekłości setek gardeł przecinał splątane dymem batalii powietrze. Oczy wszystkich skupione były na Ace'u - martwym już chłopaku, który wyzionął ducha z zaskakująco spokojnym uśmiechem na twarzy. Oczy wszystkich, oprócz jednej osoby, która swe przymglone wiekiem spojrzenie zwróciła bezpośrednio na pewną niezauważaną teraz przez nikogo innego, chudą i wysoką postać na polu walki.
Mortimer nie musiał nawet się odwracać by wiedzieć, że wzrok Białowąsego skierowany jest prosto na niego.


Natomiast w innym czasie i całkiem innym miejscu, Brook podniósł głowę by odkryć, że nie stoi już zawieszony w pustce, przed mrożąco gigantycznym obliczem Azraela. Spowodowało to u niego w pierwszym odruchu głosne westchnienie ulgi, co przy jego braku podstawowych do tego narządów, zabrzmiało nieprzyzwoicie bezgłośnie. Pomimo jednak owych wspomnianych braków, już chwilę później Brook poczuł nieprzyjemny, łzawy ścisk w gardle. Znał to miejsce. Znał aż za dobrze, spędził na nim więcej czasu, niż go otrzymał od życia. Nie było on takim, jakie je pamiętał z ostatnich kilkudziesięciu lat, lecz nie miał żadnych wątpliwości. Był na kapitańskim mostku statku załogi Rumba. I to nie zbutwiałym wraku, na jakim dryfował przez ostatnie dekady. Nosił on co prawda ślady niedawnej batalii, jednak wciąż był to w pełni funkcjonalny okręt, taki jakim dusza Brooka opuściła go pięćdziesiąt lat temu. Odruchowo spojrzał na swe dłonie, spodziewając się jakoby miał zobaczyć znów swoje pokryte skórą i mięśniami palce. Niestety, nie było to przebudzenie z długiego i dziwnego snu, wciąż był ożywionym za sprawą mocy owocu szkieletem. Nagle przytłumione czasem i szaleństwem wspomnienia wyrwały się z niewiadomej kryjówki, aby jasno zapłonąć w głowie Brooka. Dokładnie taki, jakim dusza Brooka opuściła go pięćdziesiąt lat temu. To był właśnie ten moment! Za chwilę umrze!
Podbiegł do barierki, zapalczywie przeszukując spojrzeniem dolny pokład. Zgadza się! Byli tam! Ostatni ocalali członkowie załogi Rumba, pośród ciał poległych wrogów i towarzyszy. Na widok tych twarzy, starannie przechowywane wspomnienia wypłynęły na powierzchnię myśli. Stewart! McCartney! Między nimi Holly, dalej stali Berry, Dylan, Armstrong, tam podpierali się Marley i Mercury a za nimi, powstający właśnie z desek pokładu, ociekający krwią... Brook jednocześnie poczuł chęć by odwrócić szybko wzrok, jak i dłuższą niezdolność tego uczynienia. Jego własna twarz... Więc tak wyglądała. Poczuł się, jakby powrócił po latach tułaczki do domu, który był mu już obcy. Jedynie on sam wiedział, jak mocno tęsknił za swoim ciałem, a kiedy teraz je ponownie zobaczył, miał wrażenie jakby nigdy nie należało do niego. No bo przede wszystkim... czemu mu nikt nie powiedział, że ma taki szeroki kinol?!
-Jeśli... Jeśli naprawdę powrócę ze zmarłych... Powinienem mu to dostarczyć. "Tone Dial"...
Ani że jego głos tak dziwnie brzmi?!
Ale nie było czasu się nad tym zastanawiać! Szybko pobiegł w kierunku schodów na niższy pokład, nie zdając sobie sprawę z faktu, że jego buty nie wydają przy kontakcie z podłożem żadnego dźwięku. Zbiegł co prędzej na dół i z rozpędu wyskoczył spoza załomu prosto na główny pokład, gdzie właśnie zaczęła rozbrzmiewać melodia.
Nie wiedział właściwie jak jego dawni kompani mogą zareagować, gdy nagle w chwili śmierci pojawi się przed nim ośmiostopowy szkielet. Właściwie to powinien się spodziewać jak zareagują, jednak nie stało się nic. Choć wbiegł prosto pomiędzy zjednoczonych w melodii braci, nie wpłynęło to ani trochę na ich zachowanie, jakby go tu nie było. Drżąc na całym (yohohoho) ciele, Brook wiedziony jakąś dziwną pokusą wyciągnął rękę by dotknąć jednego ze śpiewających kompanów... Po czym jego dłoń przeszła przezeń na wylot. Więc nic nie mógł tutaj zrobić. Ale skoro to była chwila śmierci jego oraz jego załogi, to powinien tu gdzieś być...
MNIE SZUKASZ? rozległ się przerażająco bliski głos, który spowodował ciarki na pl... w kręgosłupie Brooka. Właściwie nie chodziło o to, że brzmiał strasznie. Dopiero później szkielet miał zdać sobie sprawę, co było tak przetrważającego w tym głosie. Był po prostu tak okrutnie pozbawiony najmniejszej emocji, że aż nieludzki. I należał do kogoś, kto najwyraźniej znajdował się za jego plecami.
Brook odwrócił się powoli, odkrywając, że patrzy w plecy Berry'ego. Jednak było tam... coś jeszcze. W ogromnym uproszczeniu była to sylwetka ludzka, lecz przy tym tak naprawdę daleka od czegoś tak konkretnie ukształtowanego. Było tak jakby bezforemne, nie będące przy tym w zasadzie ani cieczą, ani dymem - starało się zachować jakiś ustalony kształt, lecz przy tym zmieniało się bezustannie, jakby nie mogąc się zdecydować czym jest tak naprawdę. Jedynym niezmiennym elementem tej postaci okazał się być jej uśmiech, niepokojący kontrastem bieli szeroko wyszczerzonych zębów. Owe zjawisko poza tym zdawało się być bowiem czarne, lecz w jakiś sposób była to czerń obca i odmienna, daleka od codziennej barwy. Dopiero po dłuższej chwili Brook zdał sobie sprawę z tego, co mu ta zwiewna, jakby pozbawiona konturów zjawa przypomina - kroplę ciemnej jak noc* farby, która wpadając w szklankę wody miesza się przybierając rozmaite kształty. Mniej więcej wyglądała ta postać, która w tej chwili owijała swoje niby to ramiona wokół szyi Berry'ego, jakby chcąc go objąć. Brook nie marnował czasu, pomimo przerażenia które nim targało, natychmiast dobył kosy i ciął zjawę, zanim ta zdoła uśmiercić pirata. Ostrze jednak przeszło przez nią na wylot, a biedny Berry padł martwy.
JESTEŚ STĄD, WIDZĘ TO. ALE NIE JESTEŚ Z TERAZ, TO TEŻ MOGĘ WYCZUĆ. CO WIĘC ROBISZ W NIE SWOIM CZASIE? jakby nawet nie zauważając faktu, że została zaatakowana, zjawa przemknęła błyskawicznie ku kolejnemu członkowi załogi. Tym razem padło na Stewarta. Oplatając się wokół jego szerokich ramion, i jemu odebrał ducha. Brook niesiony wściekłością ponownie zaatakował mroczną istotę, lecz grad jego ciosów znów zdawał się nie wpływać ani trochę na widmowe zjawisko.
- Nie... Po prostu nie... - wydyszał Brook, zmuszony patrzeć jak kolejny członek jego załogi ginie. - Przestań natychmiast! To są moi przyjaciele i muszę ich ocalić!!
Krzyk w końcu zwrócił uwagę zjawy, skłaniając ją do zatrzymania się w połowie dystansu między ostatnią a kolejną ofiarą. To jakby nieco utrwaliło człekokształtną jej postać. Niewyraźny kształt głowy odwrócił się ku Brookowi o sto osiemdziesiąt stopni, wciąż z niepokojącym uśmiechem szaleńca.
JESTEŚ JEDNYM Z NICH, PRAWDA? I SĄDZISZ, ŻE POKONASZ MNIE? ŻE ZATRZYMASZ SWOJĄ WŁASNĄ ŚMIERĆ? Zjawa ponowiła swój pochód śmierci, jako rozmywająca się smuga czerni. Kolejny towarzysz Brooka stracił życie. Tym razem był to Jimmy. Brook uwielbiał jego głęboki baryton, wciąż pamiętał piosenki które razem z nim śpiewał. Jeszcze lepiej pamiętał te, których zaśpiewać razem nie zdążyli. Śmierć płynnie zmienił kurs by zbliżyć się do grającego wciąż na fortepianie, przełykającego swe łzy żywego Brooka, oplatając wokół niego swe języki mroku.
TO JESTEŚ TY, PRAWDA? NA TO WYGLĄDA. I CO CHCESZ OSIĄGNĄĆ? Przefrunął za fortepian, ponownie szczerząc się do Brooka NAWET GDYBYŚ MÓGŁ TU UCZYNIĆ COKOLWIEK, JAK WYOBRAŻASZ SOBIE TĄ SYTUACJĘ? RATUJĄC SIĘ OD ŚMIERCI SPRAWIŁBYŚ, ŻE NIGDY NIE MIAŁEŚ POWODU TU POWRACAĆ. A WIĘC NIE BĘDĄC TU PO RAZ DRUGI, NIE MÓGŁBYŚ SIEBIE OCALIĆ. niczym dym przepływał i okrążał instrument, by spowolnić w końcu, idąc wprost na Brooka CZEMU LUDZIOM CIĄGLE JEST TO TAK CIĘŻKO POJĄĆ, ŻE ŚMIERCI NIE DA SIĘ COFNĄĆ?
KIM TY JESTEŚ, BY O TYM DECYDOWAĆ! Brook niemalże nie był zaskoczony, gdy Głos sam wydarł się z jego ust, wzmocniony narastającym gniewem Luffy-san... Powiedziałby, że świat jest takim, jakim sami go tworzymy. WIĘC NIE MAM ZAMIARU PO PROSTU TU STAĆ, KIEDY TY...
Nie dokończył nawet zdania, z rykiem rzucając się wprost na mroczną postać. Niemalże natychmiast poczuł jednak silne odepchnięcie i odleciał do tyłu, wszystko za sprawą zaledwie pojedynczego gestu Śmierci. Opadł z powrotem na deski pokładu, a raczej nierzeczywiście opadł kilka centymetrów pod niego. Krótka chwila rozpaczliwego wierzgania zdołała przywrócić go na prawidłowy poziom aktualnego podłoża. Śmierć tymczasem zmierzał prosto na szkielet, podczas gdy z jego ludzko podobnej postaci raz za razem wysuwały się czarne, przypominające języki ognia promienie, by błyskawicznie opleść kolejnych członków załogi Rumba, odbierając im ostatni dech.
WCIĄŻ NIE ROZUMIESZ? podjął znów Śmierć, krok za krokiem będąc coraz bliżej Brooka, który na wpół leżąc na pokładzie panicznie odsuwał się do tyłu NIE, ROZUMIESZ TO DOSKONALE. NAWET PRZED SOBĄ UDAJESZ INACZEJ, ALE NIE PRZYBYŁEŚ TUTAJ ŻEBY URATOWAĆ PRZYJACIÓŁ. JESTEŚ TU, BY ICH POMŚCIĆ.
Brook całkiem nagle zdał sobie sprawę, jak bardzo prawdziwe są to słowa. Wiedział... Od początku wiedział, że jego pomysł skazany jest na porażkę, że sam siebie skazał na mękę oglądania śmierci swojej i swych przyjaciół. W imię czego...? Jego ciałem trząsł strach, lecz także i gniew, chciał zabić. Zabić samą Śmierć.
POWIEDZ MI JEDNAK... CZEMU NIENAWIDZISZ MNIE? upiornie wyszczerzona postać zatrzymała się od krok od muzyka, siadając przed nim po turecku. W dokładnie tej samej chwili z jego ciała wystrzelił ostatni promień, zabijając ostatnią żywą istotę w tym miejscu - kapitana pirackiej załogi Rumba. Przerażony Brook stał się świadkiem własnego zgonu. CZYM CI ZAWINIŁEM?
Przez chwilę nie był pewien co zaraz się stanie. Miał wrażenie, że ujrzenie własnej śmierci powinno mu to wywrócić umysł na drugą stronę, doprowadzić do szaleństwa i w ogóle. Może dlatego, że w jego czaszce nie było żadnego rozumnego narządu do wynicowania, a zbzikowany jak głuchy nietoperz był już od dawna, ale stwierdził w myślach jedynie, że widywał już gorsze rzeczy. Zresztą, nie było teraz na to czasu.
- Za... zabiłeś mnie. I wszystkich moich przyjaciół... - powiedział Brook cicho, jakby w odpowiedzi na zadane pytanie.
I WINISZ O TO MNIE? A JAKŻE MOŻESZ TO CZYNIĆ? dopiero teraz Brook zauważył, że wyszczerzone w uśmiechu usta Śmierci nigdy się nie poruszały, nawet gdy ten mówił JA TYLKO ZABRAŁEM TO, CO JUŻ DO NICH NIE NALEŻAŁO. TO, CO SKRADŁ IM KTOŚ INNY. PAMIĘTASZ, JAK ZGINĄŁEŚ? PAMIĘTASZ, KTO CIĘ ZABIŁ? wszystko wokół nagle zamigotało i zafalowało, niczym wzburzona tafla wody JEŚLI WIĘC CHCESZ ZEMSTY, MOGĘ CI POMÓC JĄ UZYSKAĆ.
I nagle nie znajdowali się już na zasłanym trupami pokładzie statku Piratów Rumba. Było to miejsce Brookowi całkiem obce, ale wyglądało na jakiś kolejny okręt. Zauważył, że siedzą tuż obok stanowiska sternika, przy którym dysząc ciężko, stał jakiś broczący krwią z rany ciętej na czole brodacz. Jego wygląd nie mówił muzykowi absolutnie nic. Dopiero jego głos przypomniał wszystko.
- Niech licho weźmie tego piekielnego skrzypka! Wyrżnął mi w pień niemal całą załogę i prawie mnie zabił! Co myśmy kuźwa im zrobili, że byli tak zawzięci... Cholerne grajki... Mam nadzieję, że teraz zdychają! - oddech stawał się coraz bardziej nierówny, pirat wyraźnie cierpiał z powodu rany, którą zadał mu nikt inny jak sam Brook.
- To... to on! - wyszeptał szkielet - Kapitan tej załogi! On... On mnie zabił!
WIĘC TO NA NIM CHCIAŁBYŚ SIĘ ZEMŚCIĆ? odezwał się znów pozbawiony emocji, suchy głos Śmierci UKOIŁOBY TO TWOJĄ DUSZĘ?
-Nie! - odparł Brook, zaciskając dłonie w pięści - Ale i tak zamierzam to uczynić!
Zrywając się w szybkim podskoku, Brook pochwycił ponownie swą kosę, wznosząc ostrze nad głową niczego się nie spodziewającego pirata.... Po czym ciął, tracąc równowagę i upadając na twarz. Cios który zadał, przeszedł przez wroga jak kąśliwość przez uszy narcyza, nie czyniąc żadnej krzywdy.
MÓWIŁEM CI. NIE MOŻESZ NIC ZROBIĆ. zabrzmiał spokojny głos Śmierci, wciąż siedzącego w tym samym miejscu. ZRESZTĄ, TO TEŻ TYLKO NARZĘDZIA. NIGDY NIE ZASTANAWIAŁEŚ SIĘ, DLACZEGO BRUDNOBRODY WAS ZAATAKOWAŁ? KTO IM TO ROZKAZAŁ?
Podnosząc się z ziemi, Brook popatrzył zdziwiony na zjawę. Nigdy nie podejrzewał, żeby za tym atakiem miał stać ktoś szczególny. Na Grand Line tego rodzaju ataki zdarzały się codziennie, zresztą nie raz sami złupili jakąś mało czujną załogę...
- Czemu mi to wszystko mówisz? - coś w Brooku znów się zbuntowało - Czemu pokazujesz mi te rzeczy, wiedząc, że nie mogę nic z tym uczynić? Bo chcesz ze mnie zakpić?
NIE. BO TEGO CHCIAŁEŚ odparło widmo zaskakująco trafnie A TAKŻE PONIEWAŻ NIE ŻYCZĘ CI ŹLE. JEŚLI WIĘC ZECHCESZ, MOGĘ CI WSKAZAĆ TEGO, KTO NAPRAWDĘ STOI ZA TYMI, KTÓRZY CIĘ MNĄ URACZYLI. A ZARAZEM TEGO KTÓRY MNIE STWORZYŁ, ABY NASTĘPNIE PODSTĘPEM ZMUSIĆ DO SŁUŻBY.
Śmierć uniósł dłoń, w której coś się zmaterializowało. Brook nachylił się by się temu przyjrzeć i odkrył, że jest to łańcuch. Wszystkie ogniwa lśniły tą samą zwiewną czernią, prowadząc do pary kajdan przytwierdzonych do nadgarstków zjawy.
- Nie... to niemożliwe... Kto może uwięzić Śmierć? - Brook był zszokowany. Czy to możliwe by istniała istota tak potężna, posiadająca tak nieskończone możliwości, aby zniewolić w swym ręku nikogo innego jak istotę odwiecznego porządku końca? Co prawda Brook pomyślał raczej "Nie no ja chyba śnię! Oczom nie wierzę! Bo ich nie mam!" ale nastrój wypowiedzi był mniej więcej ten sam.
SŁYSZAŁEM, ŻE PARU OSOBOM SIĘ JUŻ UDAŁO, CHOĆ NIE DOTYCZY TO NASZEGO ŚWIATA. TA OSOBA KTÓRA JEST STWORZYCIELEM MEGO JAK I TWEGO STANU... POKAŻĘ CI JĄ.
Świat znowu zafalował, niczym w taniej, telewizyjnej wersji Opowieści Wigilijnej. Po czym wszystko się rozpłynęło, pozostawiając... nic.
Brook wrzasnął ile miał sił w płucach, choć trzeba uczciwie przyznać, że nie był ku temu specjalnie uwarunkowany. Wrażenie stania w absolutnej nicości było zbyt nagłe i zbyt odmienne od wszystkiego co przeżył w życiu - a trzeba pamiętać, że życie dalekie miał od normalności. Wszystko wokół było no... Nie było bielą, nie było czernią, nie było nawet kosmiczną pustką. Po prostu... nie było. Przypominało to trochę wrażenie, jakie pozostawia widok pustego miejsca po czymś, co znajdowało się tu od lat, a co nagle zostało zabrane. W tym przypadku był to cały świat.
O dziwo, nawet sam Śmierć wstał, rozglądając się z czymś co można by nazwać zaskoczeniem, gdyby w jego widmowej postaci istniała twarz zdolna to wyrazić. Coś tutaj wyraźnie nie pasowało. Wyciągnął przed siebie swe ramię, spoglądając na nie uważnie. Coś się działo, z początku wolno, potem zaczęło przyspieszać - jakiegoś rodzaju postępująca, całkowita dematerializacja. Bardzo powoli odwrócił głowę w stronę Brooka, wciąż szaleńczo wyszczerzony, aby powiedzieć, ze swym chłodnym, przerażającym spokojem:
TO NIE TAK MIAŁO BYĆ.
Po czym w ostatniej chwili, nim absolutna nicość pochłonęła także i ten uśmiech, pochwycił dłoń Brooka. Szkielet poczuł w tym momencie dziwną, smutną więź, kiedy widmowa ręka znikała w objęciu jego własnej kościanej ręki. Była to więź, która nie zdarzyła się nigdy przedtem ani nie zdarzy się nigdy więcej, w żadnym świecie. Śmierć splatający uściskiem swą dłoń z dłonią własnej ofiary. Umarły, żałujący losu jego własnej śmierci. Sekundę później było już po wszystkim. Odczuwając nagle przytłaczającą samotność, Brook osunął się z nóg. Z ulgą odkrył fakt, że jego kolana uderzyły o twardy, chropowaty grunt. Prawdziwy grunt. Uniósł głowę, akurat w porę by poczuć na swej czaszce pierwsze krople rozpoczynającego się deszczu. Znów był na Dysku.
Zdał sobie nagle sprawę, że w swej dłoni wciąż czuje jakiś ciężar. Spojrzał na nią i odkrył, że świadomie czy nie, lecz Śmierć pozostawił mu w niej własne kajdany. Nienaturalna wręcz czerń jakby spłynęła z ogniw, odsłaniając dużo bardziej realny, skorodowany metal, zimny i przyziemny jak cały ten dziwny świat.
Choć trzymał się dzielnie, nagłe poczucie zakończenia się wszystkiego uwolniło w nim cały smutek. Konieczność ponownego przeżycia śmierci swoich towarzyszy, własna niemoc, nagła śmierć tej dziwnej lecz najwyraźniej niewinnej istoty aż w końcu umknięcie mu niemalże z rąk ostatecznej odpowiedzi tajemnicy własnej śmierci, zmusiło go do głośnego ryku rozpaczy, niosącego się wraz z nocną burzą. Słone łzy mieszały się na bruku z kroplami deszczu.
Wzmocnił uścisk dłoni na łańcuchu i wstał. Nie mógł się poddać, musiał przywrócić tą istotę. Ale przedtem musiał znaleźć Ridcully'ego.

W podobnym miejscu i podobnym czasie, w nastałej ciszy rozległo się nagłe chrupnięcie. To Bibliotekarz w końcu przypomniał sobie o fistaszku, z którym jego dłoń zastygła w powietrzu już w początkach opowieści Brooka. Dźwięk ten przywrócił też świadomość Nadrektorowi, który właśnie ten moment wybrał, aby zamknąć w końcu usta.
- A niech mnie ogolą i na Osiowy wiatr wystawią... - wymruczał pod nosem - Musisz przyznać, że brzmi to nieprawdopodobnie... Sądzisz, że umiałbys zagrać jeszcze raz tą piosenkę, którą...
- Nadrektorze Ridcully, której części zdania: 'Wiedziałem zatem, że już nigdy nie będę w stanie jej powtórzyć, że ten utwór będzie mi dane wykonać tylko raz.' pan nie zrozumiał? - zapytał Brook z pozorną uprzejmością, lecz pewna nietypowa dla niego szorstkość dawała się odczuć w jego tonie. Ridcully nie zdążył jednak nic odpowiedzieć, gdyż do gabinetu wtoczyła się garbata, tłusta stonoga. Po chwili okazało się, że to wlokący się jeden za drugim magowie, z niepewnym Myślakiem zamykającym pochód oraz drzwi za sobą.
- Miejmy to za sobą Mustrum, błagam... - burknął Dziekan, uwalając się od razu na największym fotelu, co wzbudziło wyraźną reakcję Bibliotekarza, gdyż na tym właśnie fotelu położył on tomy wiedzy magicznej. - Och, przepraszam, ja nie... Są całe, zapewniam Cię. Widzisz? Możesz mnie już odstawić z powrotem? Dziękuję. O czym ja... A tak. Mamy wszystko czego potrzebujemy?
- Już tak, dzięki... Odwadze pana Brooka. - Nadrektor jeszcze raz spojrzał na trzymane w rękach kajdany. Nie różniły się w zasadzie niczym od najzwyklejszego łańcucha, ciężko było sobie wyobrazić, aby coś takiego mogło powstrzymac Śmierć. Jeszcze trudniej było jednak wyobrazić sobie istotę, która jest w stanie Śmierć uwięzić. Kto miałby wystarczającą ku temu moc? Magowie? Mogą go jedynie przywołać i wymusić parę odpowiedzi, ale ich kontrola w tym względzie jest dość umowna. Bogowie? Nie, nawet oni nie są trwalsi niż śmierć. Ktoś ponad bogami? Tylko kto...?
- No to do roboty, panowie. - krzyknął, unosząc wysoko nad głową łańcuch - Pora poznać parę odpowiedzi!



W tym samym czasie lecz całkiem innym miejscu, właśnie następowała jedna z najbardziej przełomowych chwil ostatnich dekad, a Mortimer miał niewyobrażalne szczęście doświadczyć jej na własne oczy. Będzie miał co opowiadać swojej wnuczce, Susan. Mimo wszystko wolałby nie musieć tu być, ani nigdy do tego nie dopuścić. Niestety, jego zmagania okazały się próżne, a ostatnie słowa Białowłosego wciąż rozbrzmiewały mu echem w głowie. Brzmiały nieźle, choć naprawdę nie miał pojęcia co owo zdanie oznacza, ani czym u licha jest ten cały One Piece.
A teraz, podobnie jak w chwili śmierci Ace'a, wszystko stopniowo ucichło i zostało zastąpione przez rozmytą szarość, w której znajdowali się tylko oni dwaj - Śmierć i Edward "Białowąsy" Newgate. Ten drugi postąpił o krok naprzód, nawet nie oglądając się na stojące za nim, jego własne ciało. Jak możnaby oczekiwać, jego dusza nie miała na sobie żadnych śladów minionej batalii, lecz zdawała się także wyglądać jakoś... młodziej. Pirat zmierzył stojący przed nim szkielet wzrokiem.
- Wiedziałem, że to będziesz Ty... - oznajmił spokojnie, patrząc Śmierci prosto w oczodoły - Odkąd przywiedli Cię do mnie bracia DeCalvan. Miałem jednak nadzieję, że przybyłeś tylko po mnie. - Śmierć konsekwentnie milczał, Newgate dodał więc - Nie winię Cię jednak. Widziałem, że naprawdę dawałeś z siebie wszystko, aby ocalić mego syna od tego losu. Dziękuję. - I po tych słowach Najpotężniejszy Ex-Człowiek Świata skinął lekko Śmierci głową, jak gdyby w geście dziękczynnym. I to było wszystko, nie powiedział już ani słowa więcej. Milczał, gdy rapier Śmierci przecinał jego linię życia i w tym samym milczeniu odszedł, gdziekolwiek prowadziła go jego droga. Szkielet patrzył za nim, dopóki nie zdał sobie sprawy, że to już koniec. Wykonał w pełni swoje zadanie tutaj i nie miał pojęcia, co się stanie następne. Nie był w stanie dłużej widzieć przyszłości. Dotąd, choć również towarzyszyła mu w tym świecie niewiedza, posiadał przynajmniej te kilka uchwytnych momentów przyszłości, jak gdyby kotwic utwierdzające go w tej rzeczywistości. Teraz wszystko zniknęło. Zaniepokojony tą sytuacją poczuł potrzebę szybkiej zmiany tej sytuacji.
A TERAZ...? powiedział, wstrzymując pirata na jego drodze w zaświaty CO SIĘ STANIE TERAZ?
Newgate odwrócił głowę, rzucając Śmierci swoje typowe spojrzenie mogące być równie dobrze wyrazem zaciekawienia, co wzgardy.
- Mam nadzieję, że pytasz o świat po wojnie. Bo wolę nie zgadywać, że TY nie masz pojęcia co się dzieje po tym gdy ktoś umiera.
JESTEM... Śmierć zawahał się. Nie sądził by ktoś taki jak Białowąsy miał być zainteresowany jego podróżą między światami, ani opowieściami o Świecie Dysku CÓŻ, NIE JESTEM Z TYCH STRON.
- Ha, to widać. Zagubiony jesteś jak trzeźwy bosman. Ty naprawdę nic nie wiesz o... Woli D.?
Zakłopotane milczenie rozmówcy sprawiło najwyraźniej, że jakiś indyk zadławił się budyniem. Było to jednak pierwsze, złudne wrażenie. W rzeczywistości to po prostu Newgate wybuchł swoim gardłowym rechotem.
- Nowe Morze nie ucieknie. - mając najwyraźniej na myśli coś w rodzaju swojego raju, pirat zawrócił i zbliżył się do Śmierci - Pomogłeś mojemu synowi, więc opowiem ci coś, co dawno temu usłyszałem od Gol D. Rogera. - Rozsiadając się po turecku, Newgate otworzył niewiadomego pochodzenia bukłak sake, pociągając spory, bulgoczący łyk - No, to słuchaj uważnie...
Kilkanaście minut później, Newgate raz na zawsze odszedł, pozostawiając Śmierć z mnóstwem pytań... I kluczem do wszelkich na nie odpowiedzi. Błękitne światła w jego oczodołach lśniły jasnym, czystym gniewem. Cała ta prawda... Nie znalazłaby przypuszczalnie aż takiego oddźwięku w Śmierci, był to więc odpowiedni czas, by wciąż być Mortimerem - trzęsącym się ze złości piratem.
Rozejrzał się bacznie. Nie znał do Niego drogi. Ale teraz, gdy wiedział czego szukać... Tak, potrafił go wyczuć. Jego ślady pozostawały praktycznie wszędzie. A gdy już go zlokalizuje, droga będzie mu niepotrzebna.
Wiedziony niemalże całkowicie ludzkimi uczuciami, Mortimer zaczął biec.
Teraz, gdy znał prawdę o One Piece, własnoręcznie to wszystko zakończy.


- Jest! Udało się! - Zawołał Dziekan, gdy w środku magicznego kręgu zaczęła się materializować jakaś zwiewna postać o ponurych barwach.
- Dajcie mi z nim pogadać! To w końcu moje zadanie! - Brook przepchnął się na czoło grona magów.
- Mam chyba jedno z tych diabelnych Deja Vu... - mruknął Ridcully, ponownie zmagając się z problemem oktarynowych iskier, szybko jednak porzucając to zajęcie na rzecz skupionej obserwacji wydarzeń.
- Jesteście pewni, że nic nam nie może zrobić, prawda? - rozległ się teatralny szept Wykładowcy Run Współczesnych, który ciągnął pomimo prób szeleszczących uciszenia - Bo jakoś tak mam wrażenie, że on się z nas śmieje... Jakby coś knuł, o to mi tylko chodziło, nie musicie mnie wszyscy szszszować, byłbym wdzięczny gdybyście przestali zwłaszcza ty Dziekanie, bo parskasz przy tym śliną, dziękuję bardzo.
Brook jednak nie zwracał już całkiem uwagi na to, co działo się za jego plecami, wpatrzony w zmaterializowaną zjawę, rozglądajacą się wokół z wciąż nieodłącznym, szerokim wyszczerzem.
TY wskazał Brooka, u którego spowodowało to niecodziennie radosną reakcję.
- Panowie, on mnie poznał! - Szkielet uśmiechnął się dumnie do magów, jednak dalsze słowa monotonnego głosu szybko przywróciły go na odpowiedni tor wydarzeń.
NIE ISTNIAŁEM. MOJA EGZYSTENCJA ZOSTAŁA WYMAZANA. ZOSTAŁEM ODESŁANY Z POWROTEM DO NIEBYTU. A MIMO TO, ZDOŁAŁEŚ MNIE Z NIEGO WYCIĄGNĄĆ. JAK? przez beznamiętność tonu, Brook dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że było to skierowane do niego pytanie.
- Po prostu ufałem twoim słowom. Wiedziałem, że gdzieś ciągle musisz się znajdować, że nie da się cie całkiem zniszczyć. Reszta jest zasługą tych oto dżentelmenów, przywołali Cię dzięki kajdanom, które pozostawiłeś. - ruchem ręki wskazał magów, którzy wyjątkowo dla nich zdawali się być średnio zadowoleni staniem się centrum uwagi.
ŚMIERCI NIE DA SIĘ COFNĄĆ. powtórzyło swe słowa widmo, przywołując je jakby z głębokiej otchłani MIAŁEM RACJĘ LECZ NIE SĄDZIŁEM, ŻE KIEDYKOLWIEK ZASADA TA ZADZIAŁA NA MOJĄ KORZYŚĆ. ROZUMIEM, ŻE CZEKASZ NA SWĄ ODPOWIEDŹ?
Brook nagle całkiem zmienił nastawienie. Przerwał prowadzone właśnie po cichu przedstawianie po kolei wszystkich Magów i skupił swój oczodołowy wzrok na Śmierci. Skinął głową.
NIE CZUJĘ, ABYM MIAŁ TUTAJ JAKĄKOLWIEK MOC. TWOI PRZYJACIELE SĄ W STANIE ODESŁAĆ MNIE DO NASZEGO ŚWIATA?
To spowodowało niemałe zamieszanie** pośród senatu uczelni. Przekrzykiwano się w rozmaitych teoriach sztuki magicznej, w chwilach kryzysowych wspomagając się choćby i argumentacją pierwszeństwa wieku. Cały ten rejwach ucichł jednak równie nagle, co się rozpoczął. Ridcully odchrząknął i powiedział:
- Zdaniem sporej części z nas, byłoby to możliwe, a kanapki z pastą łososiową smakują dużo lepiej gdy są krojone ukośnie. Musicie wybaczyć, moi koledzy trochę zgłodnieli i przy okazji dyskusji ciężko było ominąć ten temat.
- A co mówi reszta z was? - zaniepokoił się muzyk.
- Że lepsze są krojone wszerz! - wtrącił się wyjątkowo zapalczywie Kierownik Studiów Nieokreślonych. - Ale także, że czeka go bolesny powrót do niebytu. Przykro mi. - dodał z względów formalnych.
ROZUMIEM. Wciąż niewzruszony Śmierć zwrócił się ponownie do Brooka MUSISZ WIĘC ZARYZYKOWAĆ, JEŚLI CHCESZ POZNAĆ PRAWDĘ I UDAĆ SIĘ W TĄ PODRÓŻ ZE MNĄ. JESTEŚ NA TO GOTÓW? wyciągnął dłoń do Brooka, tą samą którą trzymał go w momencie własnej niby-to-śmierci.
Brook z początku cofnął się zaskoczony i zaszokowany. Miałby ryzykować, że przestanie istnieć? Ale właściwie po co, dlaczego? Odpowiedź jednak szybko przyszła mu do głowy, w postaci wspomnienia ich ostatniej piosenki. Dla piratów Rumba. Ktoś wydał na nich wyrok, bezdusznie pozwalając aby wszyscy zginęli. Jeśli jest szansa na to, aby Brook ukarał sprawcę, to po prostu musiał to uczynić.
Sięgnął do wnętrza swej czaszki, wyciągając z niej Tone Dial. Wręczył go Ridcully'emu.
- Nadrektorze. - rzekł wyjątkowo poważnie - Jest to rzecz dla mnie droższa od życia. Dlatego proszę Cię, jeśli coś pójdzie nie tak i po prostu... mnie już nie będzie, dołóż wszelkich starań aby to powróciło do mego świata, do Crocusa mieszkającego przy Mount Reverse. Będzie wiedział, co z tym uczynić. I nigdy nie wciskajcie... - Jako iż zdążył spędzić trochę czasu z magami, przemyślał naprędce sprawę - A jak wciśniecie dwa razy przycisk to nic się nie stanie, więc nie warto tego robić.
- Ale co jeśli Ci się jednak uda? - zauważył przytomnie Nadrektor - Jak odzyskasz to.. coś?
- Wtedy z pewnością wrócę do was, aby wam wszystkim podziękować! - ochoczo zawołał Brook, nie mając jeszcze pojęcia, jak dalekie od prawdy były to zapowiedzi - I zabiorę go z powrotem!
SŁYSZĘ WIĘC, ŻE JESTEŚ ZDECYDOWANY. Śmierc skinął głową NIM JEDNAK RUSZYMY, POZWÓL ŻE PRZYGOTUJĘ CIĘ NA TO SPOTKANIE I OPOWIEM CI O NIM.
- O kim tak właściwie? - niespokojnie spytał Brook.
O NASZYM STWÓRCY.


Był już na miejscu. Można było to nazwać aurą, przeczuciem, jakąś formą haki, ale rozpoznał to miejsce natychmiast, gdy do niego trafił. Pozbawione koloru drzwi, posiadające jedynie kontury, nie stawiały żadnego oporu, gdy nacisnął czarną klamkę. Wsunął się do pomieszczenia, które skrywały.
Biel i czerń nie tyle dominowały w tym miejscu, co wręcz je tworzyły. Cały przepych i szczegółowość wypełniające to miejsce, posiadały tą samą konturowość co drzwi. O ile tutejszy świat zwiedzony dotąd przez Mortimera zdawał się być jakby karykaturalnym, uproszczonym rysunkiem o jaskrawych barwach, to miejsce sprawiało za to wrażenie jakby ilustracji stanowiącej tło jakichś jakichś wydarzeń rozgrywanych jedynie w mieszaninie tych dwóch odwiecznie przeciwstawianych sobie barw.
Na samym krańcu wielkiej, bogato umeblowanej sali, znajdował się jedyny akcent kolorystyczny. Na wysokim, niemalże całkowicie czarnym tronie, zasiadał człowiek - wyraźnie odmienny od wszystkiego w tym świecie, wydawał się być bowiem w pełni rzeczywisty. Mort ruszył szybko w jego stronę.
Człowiek zauważył jego obecność i powstał z tronu. To był błąd z jego strony, gdyż w ten sposób nie mógł zamaskować budzącej śmiech różnicy między jego niziutkim wzrostem, a ośmioma stopami długości Mortimera. W zasadzie dla szkieletu postać ta, płci zresztą męskiej, budziła wyraźne skojarzenia z mieszkańcami Kontynentu Przeciwwagi na Dysku. Łączyła ich oprócz wzrostu karnacja, czerń gęstych włosów oraz dostrzegalna skośnookość. Odziany był dość dziwacznie i przy tym chyba nieformalnie, jednak na swe ubranie narzucone miał przewieszone na krzyż przez barki, dwa pasy na naboje. Nie nosił w nich jednak amunicji, lecz wszelkiej maści ekwipunek rysowniczy i kreślarski, w tym niezliczoną liczbę piórek do tuszu. Dziwny człowiek.
Był to sprawca całego zamieszania, osoba której szukał Mort. Każący nazywać siebie Stwórcą, uzurpator tej rzeczywistości. A jego imię brzmiało: Eiichiro Oda.
- Po co tu przybyłeś... Jak się tu dostałeś... Po co tu przybyłeś? - zaniepokojony człowiek musiał najwyraźniej zadecydować, które pytanie jest w tym momencie ważniejsze. Szybko jednak jego żółta twarz przybrała uśmiechnięty, spokojny wyraz, a on ponownie zasiadł na swym tronie - Rozumiem, masz prawo mieć pytania. Postaram się więc Ci na nie odpowiedzieć.
DLACZEGO ZABIŁEŚ ACE'A. DLACZEGO ZABIŁEŚ NEWGATE'A. Mortimer nie zamierzał marnować czasu na zbędne gadulstwo z tym... Człowiekiem.
- Och, nie sądziłem, że zaczniesz tak ostro... - Oda skrzywił się niechętnie, najwyraźniej rozczarowany swym gościem - Liczyłem raczej na odrobinę egocentryzmu, że spytasz skąd się tu wziąłeś i tak dalej... A ty od razu wyjeżdżasz z pompatycznym dramatyzmem. To nie manga, człowieku! - zawołał radośnie, co jednak nic Mortowi nie mówiło. - Odpowiem Ci najpierw na pytania, które oczekiwałem się usłyszeć jako pierwsze, dobrze?
NIE. CHCĘ USŁYSZEĆ, DLACZEGO PŁONĄCA PIĘŚĆ MUSIAŁ ZGINĄĆ.
- Ściągnąłem Cię tu, ponieważ potrzebna mi była twoja pomoc! - ze stężałą nagle twarzą, człowiek z premedytacją zignorował żądanie rozmówcy - Świat, który stworzyłem, miał być światem wolnym od zbędnego okrucieństwa i śmierci. Takim go zawsze pragnąłem, aby owoce mej pracy mogły zamieszkać w nim wolne od tego wszystkiego, co plewi się w innych światach... Choćby w twoim, gdzie ludzie giną w drastycznych okolicznościach każdej minuty. Ale jednak są sytuacje, gdy w drodze do lepszego dobra trzeba... odsunąć pewne osoby. Nawet jeśli to nie jest łatwe.
ACE I NEWGATE ZGINĘLI DLA LEPSZEGO DOBRA? CO TY PRAGNIESZ MI WMÓWIĆ, EIICHIRO?
-Tak właśnie było. Wierz mi, nie było to dla mnie łatwe. - Oda westchnął cicho, pocierając z namysłem swe czoło - Ale przynajmniej postarałem się aby uzyskali godny ich sposób odejścia z tego świata. Ale by śmiertelne obrażenia naprawdę skończyły się śmiercią, potrzebny jest pewien elementarny składnik, którym władać nigdy nie zdołałem.
ŚMIERĆ. stwierdził Mortimer krótko, głosem jak zgrzyt płyty nagrobnej. DLATEGO JESTEM TU JA.
- Dokładnie. - wyraźnie ucieszony człowieczek pomachał palcem z ekscytacją - Wydawałeś się być idealny do tej roli! Niestety odkryłem twe istnienie dość późno, musisz mi więc wybaczyć, że nastąpiło to w tak nagły i niezorganizowany sposób. Przywoływanie obcych Śmierci to w zasadzie nowość w moim procesie twórczym. Zazwyczaj próbuję sam stworzyć odpowiednią Śmierć, lecz to krótkotrwałe i wyczerpujące wyobraźnię rozwiązanie. Stąd ta metoda. Zasady działania twego świata sprawiły mi niemało problemów... Ale zdołałem je pokonać aranżując wymianę na Brooka...
KONKRETY, ALBO WYPATROSZĘ CIĘ JAK RYBĘ. Śmierć spróbował obcej sobie sztuki perswazji, nie zrobiło to jednak wrażenia na ciągnącym wciąż euforystycznie Odzie.
- Mam nadzieję, że biedak jakoś sobie poradził. To jeden z moich ulubieńców, wiesz. Bardzo podobny do Ciebie, dlatego zamiana poszła po mojej myśli. Gdybyście mogli się kiedykolwiek poznać, z pewnością byś go polubił.
WIEM JUŻ, DLACZEGO TU SIĘ ZNALAZŁEM. ABYŚ MÓGŁ MOIMI RĘKOMA UCZYNIĆ DWÓCH WIELKICH LUDZI ZIMNYMI ZWŁOKAMI. NIE ROZUMIEM JEDNAK DLACZEGO? Mortimer powoli ruszył w stronę Eiichiro, zatrzymując się tuż przy samym tronie. Nachylił się nisko, zbliżając czaszkę do twarzy człowieczka OKAZALI SIĘ ZBYT SILNI? ZBYT NIEBEZPIECZNI? POZNALI TWÓJ UTOPIONY W KŁAMLIWYCH SŁOWACH SEKRET? TO JEST TO TWOJE WIĘKSZE DOBRO, ZAKŁAMANY MORDERCO?
- Nie podoba mi się to co insynuujesz! - Oda zerwał się z miejsca, nie wiadomo czy z gniewu, czy też aby móc oddalić się od przerażającego oblicza Śmierci. Podszedł do jakiejś gabloty która zawierała naszkicowane różne twarze. Jak się okazało, Stwórca skierował swój wzrok na tą, która przedstawiała młodszego nieco Płonącą Pięść. - Lubiłem Ace'a. Wszyscy go lubiliśmy. Nigdy nie zabiłbym go dla prywatnej przyczyny. - odwrócił się gwałtownie do Morta - Poświęciłem go dla dobra całego świata. Kosztem jego życia, przedłużyłem istnienie każdego na tym świecie. Takie są niestety okrutne prawa rządzące naszym środowiskiem....
MÓW JAŚNIEJ. CIĄGLE NIE WIDZĘ POWODÓW, DLA KTÓRYCH TA DWÓJKA MIAŁA ZGINĄĆ.
- To te cholerne listy popularności! - Oda nagle stracił panowanie nad sobą, jakby dotknął wyjątkowo drażniącego go sedna sprawy - Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ciężko jest utrzymać się na ich szczycie, kiedy masz tak nietypowe poglądy na śmierć w mandze. Przez to Kishimoto ze swoimi emo-ninja nie raz mnie wyprzedzał, a czasami nawet i Kubo! Kubo, rozumiesz to? - człowiek zaczął chodzić nerwowo, wymachując przy tym dłońmi - Przecież on nawet tła nie umie porządnie stworzyć! Biała ściana, dwóch ludzi i cztery liście, to wszystko jeśli chodzi o jego dwustronicówki! A potem ja wysłuchuję, jaka to piękna kreska wychodzi spod jego rąk, jak to się chłopina napracował! Napracował? Gówno prawda!
MÓW JAŚNIEJ! ALBO ODNAJDĘ TWOJĄ LINIĘ ŻYCIA, CHOĆBYM MIAŁ PRZESZUKAĆ TYSIĄCE ŚWIATÓW! nie tyle zawarta w nim groźba, co sam ton Mortimera najwyraźniej pomógł Odzie oprzytomnieć, powrócił bowiem do przerwanego dygresją wątku.
- Wiedziałem, że w ten sposób nie będę mógł długo pozostać ulubieńcem młodzieży. Tak zwanym królem shounenów... - powracając do swego tronu, Oda niemalże z czułością pogładził jego lśniącą czarno poręcz - Musiałem więc obmyślić plan, plan osiągnięcia epickości absolutnej. I własnie dziś, po paru latach przygotowań, osiągnąłem swój cel. Z twoją pomocą stworzyłem rozdziały, które będzie musiał przeczytać po prostu każdy w Japonii. Już teraz są one niemalże obiektem kultu, lecz wkrótce, z wydaniem tomowym... Sprzedaż będzie osiągała rekordowe wyniki z każdym kolejnym tomem, a świat znów zachłannie będzie pożądał mojego dzieła! Powracam na szczyt i nie strąci mnie z niego już nikt! Sam popatrz! - machnął ręką, a w powietrzu zamigotały nic nie znaczące dla Morta liczby - Będę bogaty i uwielbiany... Znaczy, bogatszy i uwielbiańszy - przeszedł gładko ponad językowymi zawiłościami - A to wszystko dzięki temu, czego dotąd tak unikałem... Dzięki Śmierci!
CHCESZ POWIEDZIEĆ, ŻE KIEROWAŁ TOBĄ... ZYSK? Mortimer stracił cierpliwość, czy też raczej taki model zachowania postanowił wprowadzić w życie. Wyszarpując swój rapier z pochwy ciął nim na odlew. Nim jednak ostrze zdołało sięgnąc Ody, coś czarnego oplotło mu rękę, i szarpnęło mocno, wytrącając mu broń z ręki.
- Nie, nie, nie... - mężczyzna zacmokał z dezaprobatą. Z pióra trzymanego w jego dłoni wysuwała się długa, czarna smuga, o zachowaniu podobnym do bicza - Nie powinieneś był tego robić. Jesteś gościem w MOIM świecie, gdzie mogę zrobić wszystko... A ty nie jesteś mi już potrzebny. Wiesz dlaczego jeszcze żyjesz? - z cichym, okrutnym śmiechem Oda wyszarpnął z pasa drugie pióro, dość szybko tworząc jego tuszem szerokie ostrze, którego płazem odtrącił usiłującą go sięgnąć pięść. To spowodowało, że Mort stracił na chwilę równowagę. Wystarczyło, aby padł ciężko na tron. Ostry jak brzytwa, tuszowy nóż przyszpilił jego dłoń do poręczy. - Tylko dlatego, że potrzebuję Cię do odzyskania Brooka.
Mortimer popatrzył ciekawie na swoją rękę. Takie rzeczy mu się zdecydowanie nie zdarzały. Tuszowy bicz przyciągnął jego drugie ramię do kolejnego oparcia, po czym w nim również w mgnieniu oka znalazło się ostrze. Spojrzał na nie z uwagą. To nawet nie bolało.
- Teraz wybacz, muszę stworzyć jakieś stosowne miejsce przeskoku. Stęskniłem się za Brookiem, wiesz. - Oda odszedł na bok, do stojącego pod ścianą, sporego blatu. Zasiadł przy nim, od razu zaznaczając parę kresek na rozłożonym przed nim arkuszem. Wciąż jednak nie przestawał ględzić - Szkoda, że nikt nie dowie się nigdy o twoim w tym udziale. Nie powiem, jak na nowicjusza miałeś całkiem ciekawe przygody ale powiedzmy sobie szczerze... To by się nie sprzedało. Mimo wszystko żałuję, że to musiało się tak skończyć. Liczyłem na nieco więcej zrozumienia dla mego planu. Śmierć zaprzyjaźniająca się ze swoją ofiarą, to nie powinno się zdarzyć... Ale zaraz coś wymyślimy i historia wróci do swego naturalnego biegu...
CZYLI DO POSZUKIWANIA ONE PIECE? podsunął Mortimer.
- Tak, tak, dokładnie - wymamrotał zakłopotany nagle Oda - Ale do odnalezienia go jeszcze wiele czasu...
TEGO NIE WIESZ. MOŻE WŁASNIE W TEJ CHWILI KTOŚ, O KIM NIE MASZ POJĘCIA, ODNALAZŁ TO CO TAM JEST. I DOBRZE WIESZ, ŻE TO BĘDZIE TWÓJ KONIEC.
- Hę? Nie, zapewniam Cię, że moja historia nie skończyłaby się...
NIE TWOJEJ HISTORII. przerwał Mort KONIEC CIEBIE. ONE PIECE TO POCZĄTEK TWOJEGO SUKCESU JAK I KLĘSKI.
Eiichiro Oda bardzo powoli odwrócił swą głowę. Jego wytrzeszczone szeroko oczy patrzyły z mieszaniną przerażenia i ciekawości na uwięziony szkielet.
- Chcesz powiedzieć, że... Że TY wiesz co to jest...? - odsuwane gwałtownie krzesło upadło hałaśliwie, gdy Oda zrywał się na równe nogi - Powiedz mi to! Powiedz mi to natychmiast!
WIĘC TO PRAWDA. NIE WIESZ, CZYM JEST TEN LEGENDARNY SKARB. POWSTAŁ NIEZALEŻNIE OD CIEBIE. BO JESTEŚ ZAKŁAMANYM SZCZUREM, UZURPUJĄCY SOBIE PRAWO DO TEGO ŚWIATA... KTÓREGO NIE STWORZYŁEŚ!
- N-nie, to nie tak! - chciał zaprotestować Oda, lecz wdzierający się do czaszki głos Mortimera nie dawał się zagłuszyć.
WDARŁEŚ SIĘ DO NIEGO SIŁĄ! NIEUCZCIWIE PRZEJĄŁEŚ NAD NIM WŁADZĘ! A ŻEBY TO UZYSKAĆ, WSZYSTKICH JEGO MIESZKAŃCÓW, KTÓRZY CIĘ W TYM POPARLI, UCZYNIŁEŚ NAJWYŻSZYMI JEGO NAJWYŻSZYMI AUTORYTETAMI. WŁAŚNIE TO WYDARZYŁO SIĘ W PUSTYM WIEKU, NIEPRAWDAŻ? Mortimer powstał z tronu. Tuszowe noże, broń całkowicie wręcz bezużyteczna dla kogoś będącego Śmiercią Świata Dysku, opadły u jego stóp STĄD POCHODZI POTĘGA ŚWIATOWEGO RZĄDU ORAZ TENRYUUBITO, Z TWOJEJ PODSTĘPNEJ, BEZPRAWNEJ UZURPACJI.
- Nie... Jak ty zdołałeś się uwolnić... Nie, Ty nie możesz tego wiedzieć... Nie masz prawa! Przestań, rozkazuję Ci to zapomnieć! - Eiichiro był dosłownie przerażony. Stał tam tylko, z drżącymi ustami, próbując zakrzyczeć słowa, którymi atakował go głos szkieletu.
Z PEWNOŚCIĄ BYŁA TO DLA NICH ZBYT DUŻA POKUSA. CZŁOWIEK GOTOWY POZWOLIĆ ROZKWITNĄĆ ŚWIATOWI ICH MŁODEJ, NIEWIELKIEJ OPOWIEŚCI, A PRZY TYM OBDAROWAĆ ICH MIEJSCEM U SZCZYTU NOWEGO PORZĄDKu. W ZAMIAN JEDYNIE ZA CO? ZA WŁADZĘ ABSOLUTNĄ NAD JEJ LOSAMI. ALE JAKBYŚ SIĘ NIE STARAŁ, W LUDZIACH KTÓRYCH PRÓBUJESZ KONTROLOWAĆ, ZAWSZE POZOSTAJE PRAGNIENIE WOLNOŚCI. STĄD ONE PIECE, UKRYTY PRZEZ ROGERA. STĄD WŁAŚNIE NARODZIŁA SIĘ WOLA D.
- Ty wiesz... ty wiesz nawet co znaczy to cholerne D? Ten cholerny spisek! Oni spiskują przeciwko mnie, ja tego nie stworzyłem! Nie kazałem im! - Z każdym kolejnym słowem Morta, głos Ody brzmiał coraz bardziej neurotycznie. Mortimer trafiał bezbłędne zaliczenia w słabe punkty uzurpatora - Co, co może oznaczać ta cała Wola D.? Powiedz mi! Wreszcie będę mógł to ujawnić w swoim dziele!
JESTEŚ NAJGORSZYM CO MOGŁO SPOTKAĆ TEN ŚWIAT. ciągnął dalej Mort, nie zważając nawet na słowa Ody SPRAWIASZ, ŻE LUDZIE KOCHAJĄCY ŻYCIE UŚWIADAMIAJĄ SOBIE, ŻE NAPRAWDĘ WOLNYM ŻYWOTEM NIE BĘDĄ MOGLI CIESZYĆ SIĘ NIGDY, DOPÓKI ICH ŚWIATEM RZĄDZISZ TY. DLATEGO WŚRÓD NIEKTÓRYCH POZOSTAJE WŁAŚNIE TA UŚPIONA WIEDZA, PRZEKAZYWANA W RODACH SIĘGAJĄCYCH KORZENIAMI DO PUSTEGO WIEKU... WOLA D. WOLA ŚMIERCI!***
Eiichiro Oda zdawał się być całkowicie zagubiony w otrzymanych informacjach. Nie rozumiał ich, było to oczywiste. Szkoda, bo wiedza ta zasługiwała na to by być druzgocącą dla psychiki mężczyzny. Mortimer spróbował więc naprowadzić go na właściwy trop.
DLATEGO OSOBY NIOSĄCE Z SOBĄ WOLĘ ŚMIERCI, ZAWSZE UMRĄ SPOKOJNE I SZCZĘŚLIWE. BO ICH DUSZE WIEDZĄ, ŻE DLA NICH TO JEST NIE TYLKO KONIEC ŻYCIA, ALE TAKŻE POCZĄTEK. POCZĄTEK PRAWDZIWEJ WOLNOŚCI, W JEDYNYM MIEJSCU GDZIE NIE SIĘGNIE ICH TWOJA CHORA KONTROLA. I DLATEGO TEACH NIE BYŁ JEDNYM Z NICH, BOJĄC SIĘ ŚMIERCI. TAK. skinął głową, kiedy oda najwyraźniej zaczął pojmować znaczenie tych słów NIKT INNY JAK TY WŁAŚNIE UCZYNIŁEŚ ŻYCIE W TYM ŚWIECIE TAK TRAGICZNYM, ŻE TWOJE WŁASNE WYTWORY PRAWDZIWEJ ULGI DOZNAJĄ DOPIERO PO ŚMIERCI.
-Tragicznym...? - twarz Ody stężała w wyrazie gniewnego buntu wobec zastanych faktów - Tak, masz rację. Nie byłem panem tego świata od początków jego istnienia, lecz to ja zamieniłem tą krótką, nic nie wartą opowieść w słynne, epickie dzieło! A przy tym, choć odtąd byłem jak Bóg... wciąż zachowałem ludzkość! Tak! Tak było! - oskarżycielsko wymierzył w Morta palcem - Nawet nie próbuj zaprzeczać! Czyż nie dbałem o istoty, które stworzyłem? Czy moja ukochana załoga nie doświadczyła przygody swego życia, jednocząc się równocześnie w przyjaźni tak mocnej, jakiej nigdy nie ujrzy twój ponury, cyniczny Świat Dysku? Starałem się... - mężczyzna spuścił wzrok na swe dłonie, którymi to kształtował losy narodów jak i jednostek - Naprawdę się starałem, aby ludzie w tym świecie żyli szczęśliwie, a dobro zawsze triumfowało. Jak możesz mówić, że ich życie było tragiczne... Ja uchroniłem ich od śmierci! - wykrzyknął ostatnie zdanie, podnosząc wzrok. W jego wąskich oczach szkliły się łzy. Nie, żeby na Morcie zrobiło to jakiekolwiek wrażenie - Owszem, dawnymi czasy musiałem stracić kilka ze swoich cennych postaci... Ale wierz mi, zrobiłem to dla dobra mojej załogi... Aby stała się silniejsza. I nie przychodziło mi to łatwo. Jak więc mogli obrócić się przeciwko mnie?
DZISIAJ TO POWTÓRZYŁEŚ... DLA ZYSKU gdyby jego głos kiedykolwiek brzmiał choć odrobinę ciepło, Mortimer zdecydowanie by go w tej chwili ochłodził BAWISZ SIĘ LOSEM LUDZI, WYKORZYSTUJESZ ICH NICZYM AKTORÓW W TEATRZE. A KIEDY BĘDĄ JUŻ ZBĘDNI... ZABIJASZ ICH!
- Milcz! Nie zabiłem nikogo, rozumiesz? Nikogo! - wydarł się straszliwie Oda, a na końcu jego ramienia pojawił się długi miecz, koloru tuszowej czerni. Nie zdążył jednak zaatakować. Jeden cios rapiera Morta zamienił oręż człowieka w parującą kałużę.
Mortimer już od dłuższej chwili był w pełni przygotowany na słowa mężczyzny. Cała sztuczna kurtyna niewiedzy opadła, gdy tylko kontrolujący ją Oda utracił panowanie nad sobą.
ABBOT. CROOKE. REDSSON. MOIKISUWA. BANDOOR. DONATELLO. AUSTIN. MARTINS. CLOONEY. ALMA. BRENDAN. STARK. TIGOR. WUDONG. BJOMIR. STEVENSON. lista nazwisk ciągnęła się długo, a Mortimer nie przestawał. Nie wiadomo jak długo by to trwało, gdyby Oda nie krzyknął.
- Co to ma być?! Co to za brednie?!
LUDZIE. ŻYWI LUDZIE, KTÓRZY POLEGLI W BITWIE O MARINEFORD. W KONFLIKCIE SKYPIEAŃSKIM. W WOJNIE W ABALAŚCIE. W BITWACH MORSKICH, CZY CHOĆBY W PRÓBACH UJĘCIA GROŹNYCH PIRATÓW. LUDZIE, KTÓRYCH KREW MASZ NA SWOICH RĘKACH, EIICHIRO.
- Nie... łżesz... To niemożliwe... - mokre oczy Ody otworzyły się jeszcze szerzej - Przecież ja tego nie narysowałem! Nie stworzyłem ich śmierci!
STWORZYŁEŚ WOJNĘ. A WOJNA ZAWSZE ZABIERA OFIARY.
Przez chwilę Mort myślał, że wygrał, gdy Oda osunął się dramatycznym gestem na kolana. Że złamał jego ducha, przez co uzurpator zmuszony będzie wycofać się raz na zawsze z tego świata. Był to błąd. Mając doświadczenia w tej kwestii powinien wiedzieć, że bogowie nigdy nie dają się łatwo strącić ze szczytu świata.
- Więc One Piece... Jest dowodem przeciwko mnie, tak? - jego głos brzmiał niepokojąco cicho i spokojnie, w porównaniu z dotychczasowymi krzykami - To jest ten skarb...?
NA RAFTEL ISTOTNIE SKRYTE SĄ DUŻEJ ILOŚCI BOGACTWA NATURY FINANSOWEJ, TAK JAK SĄDZIŁEŚ. ROGER JEDNAK UKRYŁ TAM ZA ŻYCIA RÓWNIEŻ INNE, WAŻNIEJSZE RZECZY.
-Poneglyph, tak? - urwał krótko Oda - Tym mnie chcecie zniszczyć? Wyryty w kamieniu napis może bardzo łatwo ulec zatarciu... Kiedy dosięgną Raftel, nie zostanie już tam nic, co mogłoby mnie obciążać... I wciąż będę mógł dawać moim postaciom szczęście, a one nigdy więcej nie zwrócą się przeciwko mnie... - wątły uśmiech szaleńca zjawił się na twarzy udręczonego Ody.
OWSZEM, CAŁA HISTORIA PUSTEGO WIEKU JEST WŁAŚNIE TAM SPISANA przyznał spokojnie Mort, po czym powtórzył słowa dokładnie tak, jak wypowiedział je Edward Newgate. ALE PRAWDZIWY ONE PIECE TO... ONE PIECE.
- NIE! - o dziwo, te słowa Oda pojął natychmiast - Jak u licha to możliwe?! To się nie dzieje naprawdę!
KTOŚ W PUSTYM WIEKU ZASTAWIŁ NA CIEBIE PUŁAPKĘ. STWORZYŁ TWOJĄ HISTORIĘ WEWNĄTRZ ICH WŁASNEJ HISTORII. NIE TYLKO TWOJE DZIEŁO ZAWIERA ICH ŚWIAT ALE I ICH ŚWIAT ZAWIERA TWOJE DZIEŁO. ONE PIECE... TO TWOJE DZIEŁO NAZWANE TAK PO SKARBIE, KTÓRYM SAMO JEST. NIE ZDOŁASZ WIĘC ZNISZCZYĆ ONE PIECE, PĘTLI NIESKOŃCZONEGO ODBICIA, NIE NISZCZĄC TYM SAMYM WSZYSTKIEGO, CO OSIĄGNĄŁEŚ. A WTEDY... TO BĘDZIE TWÓJ KONIEC.
- Kiedy ktoś go odnajdzie... Będe skończony... - Oda rozmyślał, próbując znaleźć ratujące go rozwiązanie sytuacji. Nagłe olśnienie spłynęło na niego niespodziewanym pomysłem. - w takim razie... Nikt go nie może odnaleźć. - znów mówił spokojnie, jakby planował wyjątkowe świństwo - Luffy go znajdzie, niezależnie od tego czy mu to rozkażę, czy nie. Wiem, że tak będzie. W takim razie nie pozostawiasz mi innego wyboru... - Oda powstał na równe nogi, uśmiechając się w ten pusty sposób niezbicie dowodzący, że zdrowy rozsądek już dawno pozostawił go samego z tą sytuacją - Muszę po prostu zabić Luffy'ego...
PO MOIM TRUPIE. YO-HO-HO.!
Wiele wydarzyło się w tej sekundzie. Mortimer na ten przykład dostrzegł krótki błysk i niezwykle nagłe pojawienie się w pomieszczeniu dwóch skrytych czernią sylwetek. Równocześnie też doznał ciężkiego do opisania, przykrego uczucia, kiedy w jego myśli wwiercił się Głos - Głos nie należący do niego.
Eiichiro Oda zaś na ten przykład, został przebity mieczem. Z początku zareagował na to jedynie rozkojarzonym zaskoczeniem, dostrzegając przechodzące przez jego pierś ostrze. Żadna broń tego świata ani nic co stworzył, nie mogłoby zadać mu najmniejszej rany, jaki był więc tego cel? Szybko jednak poczuł obcy sobie ból. Uniósł do góry głowę z tępym, ogłuszonym cierpieniem wzrokiem wbitym w sprawcę tego czynu. Ze swej niskiej pozycji zdołał dojrzeć skrytą kapturem twarz.
- Et tu Bruke...? - wyszeptał boleśnie po czym krzyknął, kiedy przeszywający go miecz został wyrwany nagłym szarpnięciem.
To prawda, że żadna broń tego świata nie zdołałaby zranić Ody. Jednak żadna broń tego świata pod względem realności zagrożenia nie mogłaby równać się z pięcioma stopami najprzedniejszej, Ankh-Morporskiej stali. A Brook nie opuścił Świata Dysku nieprzygotowany.
NIE! krzyknął Mortimer, stając dokładnie pomiędzy odzianą w czerń, zakapturzoną wysoką postacią a opadającym na ziemię Odą. Tym samym powstrzymał ją od zadania drugiego, śmiertelnego ciosu, wzniesionego białą ręką szkieletu. JEGO ŚMIERĆ TEGO NIE ROZWIĄŻE! SPOWODUJE TYLKO ZNISZCZENIE ŚWIATA! I WYBACZ ŻE PYTAM, ALE CZY TEN PŁASZCZ PRZYPADKIEM NIE JEST MÓJ?
To co się stało następne, zaskoczyło obydwa szkielety w równym stopniu.
TYYYYYYYYYYYYYYYY! Osobę która znała ten dotąd pozbawiony wszelkiej emocji głos, zdumieć musiałaby niezmierzona ilość nienawiści wydobywająca się z każdej mikrosekundy dźwięku. To już nigdy więcej nie miał być głos beznamiętności. Straszliwy ryk drugiej przybyłej isto
bullet Napisane przez SLAWO89 dnia 02 kwiecień 2012 · Kategoria: FANFIKI NOWE ·
· 0 komentarzy · 757 czytań · Drukuj

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
wojtas1993
11/10/2019 20:03:50
Siema! Czy ktoś posiada napisy do OP od 135- do najnowszego odcinka? Jest część napisów w dziale napisy, ale niestety nie wszystkie.

Komimasa
10/10/2019 20:05:10
Już niedługo powinniśmy Was zaspamić rozdziałami OP, bo ja skończyłem właśnie tłumaczyć 956. Reszta w rękach kolegów Smile

Komimasa
27/09/2019 10:44:14
W każdym rozdziale jest strona poświęcona rekrutacji i tam znajdziesz email do niego Smile

Komimasa
27/09/2019 10:43:10
Jeżeli jesteś zainteresowana pomocą także z innymi mangami, możesz spokojnie pisać do WT cyz kontaktować się właśnie z Rurim.

Komimasa
27/09/2019 10:42:19
Dziękujemy bardzo, ale Ruri świetnie się wywiązuje ze swoich zadań, to raczej moja wina, że tych rozdziałów nie ma. Zabiorę się za nie od 1.

Cara
27/09/2019 10:13:09
Hejka, potrzebujecie może pomocy do edycji mang? Wink

przemok123
24/09/2019 19:22:03
Dzięki Smile

Komimasa
23/09/2019 17:40:51
Niestety nic tak na szybko lepszego nie poradzę.

Komimasa
23/09/2019 17:40:02
Bo to jest, tylko nie uzupełnione niestety.Ktoś się miał tym zajmować, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Komimasa
23/09/2019 17:38:46
Ale Download nie był dawno uzupełniany. Cóż najlepiej i najłatwiej wziąć ostatni odcinek 793 w tym wypadku i zobaczyć ścieżkę, po czym zmienić nazwę odcinka. Ja tak pobierałemxd

przemok123
23/09/2019 17:19:34
Hej, mam pytanko, jak wchodzę ANIME-> DOWNLOAD -> NEW WORLD to mam 793 ocinków, gdzie mogę pobrać resztę? bo na środku strony widzę 899, 900 i 901. Dzięki za info i pozdrawiam

Komimasa
18/09/2019 23:28:31
wezmę się za nie od października. Chciałem już nie robić takich pleców, ale one kosztują bardzo dużo czasu i pracy.

Komimasa
18/09/2019 23:26:26
Bo Ruri nie dał mi cynkaxd A tak poważnie, do końca września jestem mało dyspozycyjny stąd niestety to opóźnienie. No i też niestety chwilowo nie będę tłumaczył rozdziałów,

teos
18/09/2019 20:20:12
Bo spostrzegawczy cieszą się dzień wcześniej Pfft

Roku
18/09/2019 11:24:06
Wyszedł 953 a nie ma newsa, czemu ???

HUMBOL
03/09/2019 11:21:33
No i super. Cieszę się, że kolejny rok będzie można oglądać One Piece z tak świetnym tłumaczeniem. Podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do opłacenia serwera!

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
8,004,284 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony