REJESTRACJA
955 PL

954 PL

953 PL

  901 PL!

  900 PL!

  899 PL!

Steam
Autor: Ponury dnia 18/10/19 22:11
Rozdział 959
Autor: Wielki160 dnia 18/10/19 18:08
Story Cubes 11: Szklana Pogoda -..
Autor: Szczery dnia 17/10/19 23:10
Breaking Bad
Autor: Devzan dnia 16/10/19 21:36
Spamiliada 12
Autor: Chisu dnia 16/10/19 21:25
Ostatnio widziane
Autor: Komimasa dnia 16/10/19 20:47
AnimeCon_baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
Praktycznie kopia mojego fika pisanego na innym forum, więc części z Was może to już być znane. Tematyka jest efektem wyjątkowo dziwacznego pomysłu na połączenie fandomów, ale widać są sytuacje, w których nie potrafię myśleć normalnie ^^"
Enjoy - albo i nie ;]

Tajemnica Słomkowego Kapelusza
Rozdział pierwszy: Skorupa.



Sprawa, którą pragnę tu opisać jest o tyle niezwykła, iż pomimo klęski mego przyjaciela w trakcie jej rozwiązywania, nie zdołała jednak wzbudzić w nim poczucia wstydu, zniechęcenia czy choćby żalu. Zamiast tego Holmesa, jak sam mi wyznał już w wiele lat po serii incydentów na Grand Line, przepełniała radość z możliwości bycia częścią historii tak nadzwyczajnego człowieka, nawet jeśli jego rolą w niej była jedynie porażka.
Zdarzenia te rozpoczęła wizyta, jakiej uświadczyliśmy pewnego marcowego dnia, w porze poobiedniej. Prowadziliśmy wówczas z mym drogim przyjacielem leniwe, beztroskie życie w kwaterze umiejscowionej na Baker Island. Pomimo ponad dwumiesięcznej odległości od słynnej wyspy sądów, wieści o jej upadku dotarły do nas dużo wcześniej, niż nieoczekiwany gość z tamtych okolic. Stało się to za sprawą plotek docierających na naszą wyspę dzięki Den Den Mushi, któremu to wynalazkowi Holmes nie potrafił zaufać, toteż nie uświadczyliśmy go nigdy w naszym apartamencie. Jednak hojnie opłacany przez mego przyjaciela, zaprzyjaźniony z nim chłopięcy gang uliczny (którego członkowie, nawiasem mówiąc, dzięki zapłatom za usługi dla Holmesa, byli już w stanie wynająć własnych podkomendnych) szybko doniósł nam o tym wydarzeniu. Zwłaszcza, że Sherlock niejednokrotnie dawał im do zrozumienia, jak go interesują wszelkie niecodzienne sprawy. Pamiętam, że już wtedy mój przyjaciel rzekł, że całkiem prawdopodobnym by było, gdyby ktoś z rządu uznał jego pomoc za przydatną w sprawie tego zdarzenia .
- Jak dobrze wiesz, Watsonie - powiedział wówczas, zwróciwszy się obliczem do okna - Żaden ze mnie pies myśliwski, który z wywieszonym jęzorem gna za zwierzyną. Obawiam się jednak, iż ktoś będzie chciał mnie w tej sprawie wykorzystać pomimo mego braku predyspozycji...
Dokładniejsza relacja, jaką tydzień później uzyskaliśmy wraz z dostawą gazet, zdawała się jedynie umocnić Holmesa w tym przekonaniu. Dlatego tamtego marcowego dnia, niespełna trzy miesiące po upadku Enies Lobby, nie usłyszałem w jego głosie ani śladu zdumienia, gdy ćmiąc spokojnie fajkę przy swym ulubionym oknie, przerwał panującą ciszę słowami:
- Wygląda na to przyjacielu, że wkrótce będziemy tu mieli gości. Mniej więcej za jakieś trzydzieści do trzydziestu trzech minut, odwiedzi nas wysoko postawiona osobistość. - z tymi słowami mój przyjaciel wstał i zbliżył się do kominka, na którego gzymsie znajdowały się jego skrzypce. Podczas gdy on rozpoczął to, co w całym uwielbieniu dla swej osoby ośmielał się nazywać muzyką, ja wyjrzałem przez okno, ciekaw widoku zastanego tam przez Sherlocka. Ku memu zawiedzeniu, nie znalazłem jednak tam nic, co mogłoby pełnić funkcję zapowiedzi rychłych odwiedzin. Morze, widoczne z naszych okien falowało jak zwykle, niosąc z sobą statek marines, lecz tutaj nie było to niczym specjalnym. W nieodległym porcie kręciło się niewielu ludzi, ale żaden nie odznaczał się żadnymi szczególnymi cechami.
- A cóż takiego pozwala Ci tak sądzić? - dobrze wiedziałem, że w odpowiedzi czeka mnie jeden z tych słynnych wywodów Holmesa na temat dedukcji, które pomimo swej wielkiej efektywności, potrafiły mnie już znużyć. Uznałem jednak, że zaspokojenie mej ciekawości przyniesie dodatkowy efekt, w postaci odciągnięcia detektywa od prób uszkodzenia mi słuchu. Sherlock najwyraźniej musiał ujrzeć zniechęcenie na mej twarzy, gdyż z urażoną miną i przesadną ostrożnością odłożył skrzypce i podchodząc jakby od niechcenia, począł roztaczać przede mną swój tok myślowy.
- Pierwszym, co powinno zwrócić Twoją uwagę, drogi Watsonie to obecność na wybrzeżu dobrze nam znanego Lestrade'a, który, jak nam obojgu wiadomo, powinien wciąż znajdować się na swym, tak przecież zasłużonym, urlopie.
- Pan porucznik? Gdzie, Holmesie, gdzie? - naparłem na szybę czołem, próbując przez nie do końca czyste szkło dojrzeć znajomą twarz.
- Nie mów mi tylko proszę, drogi Watsonie, że dałeś się omamić jego przebraniu - detektyw spojrzał na mnie wręcz z wyrzutem - Jego zdolności kamuflażu w najmniejszym stopniu nie dorównują przecież moim. Ten rybak, który tak przechadza się po brzegu, najwyraźniej czegoś wypatrując... czy go widzisz? To bowiem jest właśnie Lestrade.
- Niemożliwe... - odparłem, będąc autentycznie zdumionym możliwościami Holmesa, który nawet pomimo przebrania i dystansu dzielącego nas od interesującego nas człowieka, potrafił rozpoznać jego prawdziwą tożsamość. Który, dodajmy, mi osobiście w żaden sposób porucznika nie przypominał.
- To elementarne, Watsonie. Jak możesz zauważyć, w tej samej okolicy widać także innych osobliwie zachowujących się osobników, którzy zajmują się spacerem i najwyraźniej na coś oczekują. Dokładnie dziewięciu, przebranych za rozmaite postacie. Cóż my tu mamy... Jest dwóch tragarzy, jeden szyper, trzej dżentelmeni powracający zapewne z proszonego obiadu, a nawet... Cóż za śmiały człowiek zdobył się na takie przebranie... A nawet jedna staruszka. - tutaj mój przyjaciel na chwilę przerwał swą mowę, skupiając na czymś swe spojrzenie z dość niewyraźną miną - Wybacz Watsonie, ośmioro ludzi. To rzeczywiście była zbłąkana staruszka. Widzisz, jeden z tych młodych ludzi odciąga ją od kawałka portu, który oni, niby to swobodnie się poruszając, otaczają półkolem. Krok ich wszystkich różni się nieco od kroku codziennie spotykanych ludzi. Widzisz, jest to chód nieco bardziej chyboczący na boki, co sugeruje...
- Że są to ludzie nawykli do kołysania fal, najprawdopodobniej marynarze. - Sam długo jeszcze po swojej służbie doświadczając tego zjawiska, uzupełniłem myśl swego współlokatora, wzbudzając tym szczery uśmiech na jego twarzy - Nadal nie widzę jednak uzasadnienia twej teorii o Lestradzie.
- Spokojnie Watsonie, niczego nie osiągniesz, jeśli Twoja dedukcja będzie się zaczynała z każdej strony naraz. - Holmes zajął miejsce w fotelu, podczas gdy ja wciąż kierowałem swe spojrzenie na wspomnianych mężczyzn - Skoro tak Ci spieszno poznać przyczyny mej pewności w tej kwestii, przypatrz się raz jeszcze temu niby to rybakowi. Gdzie się znajduje, względem pozostałych mężczyzn?
- W środku stworzonego przez nich półkola. - przyznałem.
- Czy inni ludzie go obserwują? - Holmes rozpostarł przed sobą gazetę, nie poświęcając tyle co ja uwagi tak banalnej w jego mniemaniu sprawie.
- Ależ tak... - potwierdziłem - Wygląda na to, że czekają na jakiś jego znak.
- Jak więc widzisz, Johnie, mężczyzna ten sprawuje tam wyraźne dowództwo nad tymi marynarzami, sam więc musi być jednym z nich, lecz wyższy stopniem. Zauważ jednak, że jego chód jest pewny i bez żadnych oznak kaczego chodu. Dowodzi to, że nie przypłynął on tutaj z żadną jednostką, lecz pochodzi z tutejszej bazy Marines. Ostatecznie w przekonaniu, że to Lestrade, utwierdził mnie jednak ten charakterystyczny, czerwony nochal, którego nijak żadne przebranie nie pomogło mu... - Holmes zamilkł, najwyraźniej samemu wyczuwając, że dalece przekroczył granicę dobrego wychowania. Po chwili powrócił do swego wywodu - Czyż nie wydaje Ci się to dziwne, taka maskarada na wybrzeżu, i to z udziałem samego dowódcy bazy, porucznika Lestrade'a? Który, wspomnijmy, według opinii publicznej właśnie przebywa poza wyspą? Intrygujące, jak dalece zostały podjęte środki ostrożności, najwyraźniej chodzi o przybycie jakiejś niezwykle ważnej osobistości, które to wydarzenie powinno jednak pozostać w ścisłej tajemnicy. Zapewne dlatego wybrano tą właśnie porę dnia, kiedy ludzie znajdują się w swych domach, odpoczywając po obiedzie. Do tego okręt marynarki, który powoli dopływa do naszej wyspy, nie jest pierwszym, który dziś się tu zbliża. W sytuacji, gdy w okolicy widuje się zazwyczaj jeden statek Marines na tydzień, przypomina mi się stary fortel, który tu widocznie zastosowano. Sądząc po odmiennej budowie dzisiejszych statków, przypłynęły one tu z miejsca znajdującego się daleko na Grand Line, pewnie z okolic Siedziby Głównej Marines. Stamtąd zapewne w morze wyruszyło jednocześnie kilka jednostek, lecz tylko jedna z nich zawiera naszego gościa, co ma zmylić ewentualnych przeciwników w razie ataku.
- To istotnie ma sens. - przyznałem rację Sherlockowi, przymierzając się do kolejnego pytania: - Czemu jednak uważasz, że gość Lestrade'a ma przybyć właśnie do nas?
- Wystarczająco długo obserwowałem porucznika, aby móc stwierdzić, jak często kieruje on spojrzenie w stronę naszych okien, które z pewnością musi widzieć. Od obiadu cały czas widzi w nich któregoś z nas, co go wyraźnie uspokaja. Jestem jednak pewien, że gdybyś teraz, podobnie jak ja, oddalił się nieco, to Lestrade przysłałby kogoś do nas, aby upewnić się, że nigdzie nie wychodzimy.
Powodowany jakąś dziwną, nieprzyzwoitą ciekawością, istotnie odszedłem na parę kroków od okna, i powróciłem do niego po niespełna minucie. Ujrzałem wtedy, że rybak (teraz istotnie przypominający mi porucznika) będąc bardzo rozgorączkowanym woła coś do jednego ze swoich podwładnych, machając ręką w kierunku naszego domostwa. Gdy jednak mnie zauważył, udał że odgania się od uporczywej muchy i odwrócił się do mnie plecami. Nie chcąc niepotrzebnie obarczać go problemami, usiadłem na fotelu pod oknem tak, aby mógł baczyć na moją obecność.
- Sądząc po środkach ostrożności, jakie zostały podjęte już w punkcie startowym tej podróży, będziemy mieli do czynienia z człowiekiem mało pewnym swej siły, swych umiejętności, możliwe, że z nieprzyjemnymi doświadczeniami. - jakiś czas później odezwał się Holmes odciągając mnie od lektury interesującej rozprawy medycznej, podczas której czytania zapomniałem o całej tej sprawie. Krótki rzut oka w kierunku okna pozwolił mi stwierdzić, że zarówno Lestrade jak i tajemniczy marynarze, znikli - Dlatego otacza się takimi środkami ostrożności, jakie pewnie nawet admirał uznałby za zbędne. Wykorzystuje do tego swoje wpływy w marynarce, a zapewne nawet i w rządzie. Jeśli jest to człowiek, o którym myślę, to jest zapewne także...
- Gwałtowny i impulsywny. - podsunąłem, słysząc dobiegające nas z parteru odgłosy kłótni.
- Widzę Watsonie, że tobie także nieobca jest sztuka dedukcji - Sherlock uśmiechnął się do mnie, po czym z ciekawością zwrócił spojrzenie w kierunku drzwi. Słysząc stukoty na schodach, podążyłem za jego przykładem, powstrzymując szaloną ochotę, aby samemu otworzyć drzwi i wybiec na korytarz, pragnąc jak najprędzej poznać tożsamość naszego gościa. Wkrótce jednak drzwi otworzyły się w skutek mocnego szarpnięcia, a w progu ukazała się postać tak okrutnie powykrzywiana, iż w pierwszej chwili byłem pewien, że nosi jakąś szkaradną maskę. W rzeczywistości jednak jego twarz pokryta była po prostu taką ilością sińców, zaniedbanej opuchlizny i najwyraźniej niezrośniętych jeszcze złamań. Nawet przez piętnaście lat mej służby na morzu jako pokładowy lekarz w marynarce, nie widziałem nigdy równie pokiereszowanej twarzy, w której właściwie nie wiadomo gdzie zaczyna się nos, a gdzie kończy podbródek. Prawą stronę tego, co pozostało z twarzy naszego gościa, podtrzymywało coś w rodzaju maski, czy uprzęży. Gdy teraz o tym pomyślę, zdaję sobie jasno sprawę, iż musiało to być jakieś medyczne oszynowanie, być może po starszych obrażeniach, wtedy jednak byłem przekonany, że miało mu to ułatwić wywarcie na nas przerażającego wrażenia. Szyję mężczyzny, o ile można było tak łatwo stwierdzić płeć osoby przed nami, noszącej gęstwinę długich, jasnofioletowych, przetłuszczonych kudłów, okrywał gipsowy kołnierz. Lewa dłoń gościa, owinięta bandażem, zaciśnięta była na uchwycie kuli, która pomagała mu utrzymać się na jego lewej nodze, najwyraźniej także niedysponowanej. Tuż za tajemniczym, odrażającym przybyszem stał porucznik Lestrade, dość pociesznie wyglądający z rudą, przyprawioną brodą i odziany w stary, wyświechtany kapelusz oraz znoszoną kurtkę. Obydwaj zachowywali się nad wyraz głośno.
- Co ty robisz, ofiaro, przestań mnie pchać! - przechylający się do tyłu gość krzyknął piskliwie, wolną dłonią chwytając się kurczowo framugi drzwi.
- Nie pcham pana, tylko podpieram! Chybocze się pan jak pijak na wietrze i zaraz zrzuci nas pan oboje z tych schodów! - porucznik zdawał się robić wszystko co w jego mocy, aby uniknąć upadku z najwyższego stopnia schodów prowadzących na nasze piętro. Po jego nastroju odczuwałem, że nie jest to pierwszy raz, gdy rządowy przybysz daje mu się we znaki.
- Odsuń się, łazęgo! - okaleczony mężczyzna zamachnął się groźnie swą kulą, powodując, iż Lestrade posłusznie wykonał rozkaz, odskakując na bok. W wyniku tego nasz, pożal się panie Boże, gość stracił oparcie i upadając na plecy, pechowo dla niego sięgnął schodów. Jeszcze długie sekundy po tym, jak zniknął mi z oczu, słyszałem rumor ciała turlającego się po stopniach, oraz przeraźliwe jęki.
- Skaranie boskie, co ja z nim mam.... - bardziej zniechęcony niż przestraszony Lestrade zbiegł na dół, z rozmysłem przy tym gubiąc kapelusz. Ruszyłem natychmiast za nim, lecz przyznam szczerze i z pewną dozą wstydliwości, że początkowo przyświecała mi ku temu nie tyle wola spełnienia swej lekarskiej powinności, co zwykła ciekawość zobaczenia dalszego rozwoju tej niecodziennej sytuacji. Zostawiłem tym samym w pokoju samego Holmesa, który zdawał się być wyraźnie ubawiony tą sytuacją.
Kiedy, znalazłszy się z powrotem w salonie, zakładałem temu nieszczęśnikowi nowe, gipsowe opatrunki na szyję i nogę, (w miejsce starych które uległy pęknięciu) oraz nastawiałem mu nadgarstek, zrozumiałem dlaczego jego sińce i opuchlizna goją się tak tragicznie. Wolałem jednak nie wyrażać swych myśli głośno, gdyż zdążyłem się już zorientować, iż gość nasz ma niebywałe problemy z opanowaniem swych emocji. Siedzieliśmy we czterech w gabinecie, Holmes zajął miejsce przy mahoniowym biurku, prezencie od pewnego zadowolonego klienta, któremu pomógł kiedyś w rozwikłaniu sprawy grożącej skandalem dyplomatycznym.
- Panie Spandam. - widziałem po twarzy swego przyjaciela, że ledwie maskuje on uśmiech - Dawno już pana tu nie było, jak się sprawuje drogi sędzia Baskerville?
Mężczyzna nazwany Spandamem spojrzał na Holmesa opuchniętym okiem, w którym malowała się irytacja zmieszana z niezrozumieniem.
- Co? Ach, ten cały trójgłowy pomyleniec... Sądził dobrze, po mojej myśli, ale to był oszust jakich mało. Ich tam było trzech, a nie jeden!
- Cóż, mi się wydawało to tak oczywiste, że sądziłem, iż nie ma potrzeby o tym dodatkowo wspominać . Widać , iż nie zwraca pan uwagi na ludzkie paznokcie. Jeśli porównać sposób ich przycięcia na obu dłoniach...
- Dobra, dobra, skończ! Nie jestem tu po to, by słuchać tych Twoich wywodów. - wysoko postawiony człowiek z rządu, jak się później dowiedziałem będący głównym agentem okrytego złą sławą CP9, okazywał wobec mojego druha taki brak manier, iż postanowiłem odpowiedzieć mu tym samym i rozmyślnie "zapomniałem" o jego obecności, jedynie Lestrade'owi proponując szklaneczkę koniaku. Nerwowy przybysz jednak zdawał się w ogóle na to nie zwracać uwagi. W przeciwieństwie do Holmesa, który nieco zmarszczył brwi na takie potraktowanie jego gościa. Nic jednak na ten temat nie powiedział, zamiast tego zwracając się znów do głowy Cipher Pol 9.
- Poleciłem go wam, czy też raczej ich, na to stanowisko, aby sądzili wedle własnego uznania oraz obowiązującego prawa, nie wedle czyichś wytycznych. Mam nadzieję, że jakoś przetrwali ten głośny incydent... - Wciąż jestem pełen podziwu dla mego serdecznego przyjaciela, iż wydarzenia takiej rangi, jak przeciwstawienie się Światowemu Rządowi przez garstkę ludzi oraz całkowite zniszczenie Enies Lobby (Będącej jedną z najważniejszych instytucji rządowych na tych morzach!) mógł sprowadzić do poziomu ledwie 'incydentu'. - Panu jednak doradzam uspokojenie się, panie Spandam. Tak krótko po hospitalizacji powinien pan jeszcze długo wypoczywać.
- Hę? A ty skąd wiesz, że byłem... - Spandam przez bardzo krótką chwilę wyglądał na zaskoczonego, do chwili, gdy wszedłem mu w słowo.
- Z całym szacunkiem... - do dziś zastanawia mnie, z jaką łatwością zdołałem użyć tego słowa wobec takiego człowieka - Ale nie trzeba być znanym i cenionym detektywem jak pan Holmes, ani nawet lekarzem jak ja, by móc z całą pewnością stwierdzić, że dość niedawno doznał pan wielu uszkodzeń.
- Otóż to, Johnie. - Holmes zwrócił się do mnie, przygryzając lekko ustnik swej ręcznie rzeźbionej fajki, prezentu od zadowolonego klienta, którego Sherlock pomógł oczyścić z zarzutów wobec pewnej owieczki - Jednak mamy i inne ciekawe poszlaki. Pan Spandam, otóż widzisz, nosi pas zapięty na dodatkowej, dorobionej jakimś narzędziem dziurce, więc z całą pewnością niedawno musiał stracić na wadze. Jako ceniony medyk, musisz przyznać, że w szpitalu, nawet rządowym, ciężko o dobrą żywność. Do tego zwróć uwagę na to, jak nienaturalnie rozciągnięte są mankiety jego koszuli. Czyż nie wygląda to tak, jakby przez dłuższy czas były naciągane na ręce uwięzione w gipsie? Z nogami to samo. Jego włosy natomiast mówią mi, oprócz o oczywistym braku higieny naszego gościa, że do niedawna jeszcze zażywał cały szereg chemicznych świństw, mających zapewne wspomóc jego powracanie do zdrowia. Jak powszechnie wiadomo, nikt przy zdrowych zmysłach nie kontynuuje takiego leczenia po opuszczeniu placówki zdrowia, co udowadnia, że spod opieki lekarzy wydostał się pan stosunkowo niedawno.
- Miesiąc temu... - nasz gość, mimo iż udzielały mu się nerwy, pokiwał twierdząco głową - Ale dajcie z tym spokój, nie jestem tutaj po to, żeby słuchać jakichś teorii o mnie, o tym gdzie byłem, co mi się stało...
- Jeśli już miałbym oceniać pańskie obrażenia, panie Spandam - Holmes pozornie nie zważał na uniesienia naszego gościa, którego zacząłem mieć już serdecznie dość - to powiedziałbym, że przygniotło pana duże zwierze, jedno z rodzaju tych gruboskórnych. Zapewne jakiś słoń albo nosorożec. Świadczą o tym chociażby...
- Zamknij się, zamknij się, zamknij się! - fioletowowłosy agent zaczął raz po raz walić zdrową pięścią o blat stolika - Dobrze wiem, co mnie przygniotło, nie chcę nic o tym słyszeć, zrozumiałeś?! Powód, dla którego tu przyszedłem to...
W tym momencie człowiek nazywany Spandamem zwrócił swe złowrogie oblicze ku Lestrade'owi który, już bez gryzącej go w policzki brody, siedział na sofie przysłuchując się naszej rozmowie.
- Niech ten pan stąd wyjdzie - zwrócił się do mnie, jakby biorąc mnie za odźwiernego, czy lokaja - Nie będę mówił przy tej ofermie.
Bardzo mnie uraziła ta jawna nieuprzejmość wobec naszego starego znajomego, i już byłbym coś powiedział owemu "panu" o braku jego manier, lecz na szczęście Holmes zareagował szybciej.
- Pan porucznik, jak się domyślam, jest tu dla pańskiej ochrony. Ma więc pełne prawo tu przebywać, zwłaszcza, że jest także i naszym gościem. - Sherlock spojrzał na Lestrade'a wyjątkowo życzliwie, jak na ich wspólne relacje, dając mu do zrozumienia, iż pomimo wszelkich różnic między nimi, jest jednak mile widziany w naszej siedzibie. - Najwyraźniej przepadł panu tak pięknie zapowiadający się urlop, z całego serca nad tym ubolewam.
- Dam sobie radę, nie potrzebuję go! - warknął Spandam, nim porucznik zdołał otworzyć usta. Po chwili namysłu jednak dodał - Ale niech czeka na mnie przed domem.
Lestrade, ach jakże zacząłem podziwiać wtedy tego marynarza za jego opanowanie, wstał i bez słowa skargi ruszył w stronę drzwi. Jednak gdybym nie znał go tak dobrze, wyraz jego twarzy mógłby we mnie wzbudzić przekonanie, że gotów jest wypuścić ze swego więzienia paru piratów, aby nasłać ich na tego wyjątkowo nieprzyjemnego przybysza.
- No dobra, panie Holmes... - mając przy tym trochę problemów z powodu krępującego go gipsu, agent wyciągnął jakiś zwój dokumentów ze swej sakwy, położonej na blacie stojącego tutaj, zdobionego stolika do kawy, prezentu od innego zadowolonego klienta, któremu Holmes pomógł odzyskać zagrabioną pamiątkę rodzinną. Doprawdy, chwilami mam wrażenie, że na bogaty wystrój tego mieszkania mój drogi przyjaciel nie przeznaczył ani jednego beli. Z głośnym pogłosem Spandam cisnął plik papieru na blat biurka. - To jest powód, dla którego tu przychodzę!
- Cóż my tu mamy. - z dziwnym uśmiechem detektyw podniósł dokumenty do poziomu oczu i zaczął je przeglądać, równocześnie wręczając mi te, którym się już przyjrzał wystarczająco. Były to listy gończe, opatrzone kolorowymi ilustracjami. Przedstawiały szereg ludzi o, z tego co mogłem stwierdzić, dość zwichrowanych osobowościach. Łącznie osiem listów ukazywało całą załogę słynnego po ostatnich wydarzeniach na Enies Lobby, Monkeya D. Luffy'ego. Przyznam szczerze, że do tamtej chwili niezbyt interesowały mnie losy piratów, nawet tych najsłynniejszych, więc był to pierwszy raz, kiedy ujrzałem jego twarz. Patrząc na to uśmiechnięte radośnie oblicze, otoczone gęstymi, czarnymi włosami i z narzuconym słomkowym kapeluszem, nie mogłem zrozumieć, jak można mu mieć cokolwiek za złe. Nie umiałem sobie wyobrazić, aby to... wręcz dziecko jeszcze, mogło dokonać wszystkich tych czynów, jakie zarzuca mu marynarka. Nie czułem żadnej chęci, aby w jakikolwiek sposób gnębić tego chłopca swoją skromną osobą, sądząc, że uznanie go za pirata musi być jakimś żartem, bądź gorzką pomyłką. Chwilę później jednak spojrzałem na cenę, jaka została podana pod portretem.
- Sherlocku, Sherlocku! - nie do końca panując nad swymi odruchami, chwyciłem mego przyjaciela mocno za przedramię, odwracając tym samym jego uwagę od ostatniego listu, którego jakoś mi dotąd nie przekazał, a na którym widniało imię "Nami" - Widziałeś tę nagrodę?
- Widziałem, Watsonie i proszę Cię, nie ulegaj zbytniej ekscytacji. Nic dobrego z niej nie wynika. - po czym z lekkim zakłopotaniem zwrócił się do Spandama - I co pańskim zdaniem mógłbym zrobić z tymi ludźmi?
- Złapać, pojmać, zniszczyć, zabić! - ostatnim ze swych uderzeń dłonią o blat Spandam doprowadził do strącenia stojącego na nim imbryka (kolejny prezent), co wzbudziło moje i Holmesa wyraźnie zaniepokojenie. Na szczęście naczynie nie odniosło żadnych obrażeń. W przeciwieństwie do agenta, na którego stopie wylądowało.
- Panie Spandam... - zaczął Holmes, unosząc imbryk i stawiając go z powrotem na biurku - Pan dobrze wie, że nie jestem człowiekiem skłonnym do przemocy, a mimo to przychodzi pan do mnie z taką prośbą. Naprawdę pan ode mnie oczekuje, że ruszę... pojmać, zniszczyć, zabić kilkoro piratów, którzy wedle pogłosek mają siłę gotową zmieść mnie z powierzchni ziemi?
- Trochę mnie poniosło... - niechętnie przyznał nasz gość - Chodzi oczywiście jedynie o pojmanie ich... zwłaszcza tej dwójki. - wyciągnął z rozsypanego na blacie stosu dwa listy gończe, wysuwając je w naszą stronę z malująca się na opuchniętej twarzy nienawiścią. - Cutty Flam i Nico Robin.
Następne słowa, jakich Spandam użył na określenie tych dwoje z załogi Słomianego Kapelusza, sprawiły, że Holmesowi fajka wypadła z ust, a ja poderwałem się na równe nogi.
- To nie jest słownictwo akceptowalne w żadnym towarzystwie! - niemalże krzyknąłem, czując jak krew napływa mi do głowy. Agent Spandam wyglądał na autentycznie zaskoczonego.
- Co, wy aż tak reagujecie na "mendę" i "wcieloną diablicę"? - w sposób jawnie bezwstydny oprych ten powtórzył swoje plugawe zwroty, powodując że Holmes pobladł w jednej sekundzie, ja natomiast przez dłuższą chwilę byłem pewien, że dostanę zawału. Usiadłem ciężko, nie będąc pewnym czy w razie zatrzymania akcji mego serca, cała ma wiedza medyczna zdałaby mi się na cokolwiek.
- Jeśli dalej zamierza pan tak przeklinać, to nie mamy o czym rozmawiać! - surowo przestrzegł mój przyjaciel, który szybciej niż ja doszedł do siebie.
- Mówili mi, że jesteście staromodni, ale nie, że aż tak... - oczy Spandama otwierały się niemalże na pełną szerokość, co przy stanie jego fizjonomii musiało oznaczać naprawdę wielkie zdumienie. Po chwili jednak powrócił do przerwanego wątku - Panie Holmes, z tymi piratami walczyli moi podwładni i odnieśli druzgocącą klęskę. A niech mi pan wierzy, byli to najsilniejsi ludzie tego świata. I wszyscy zawiedli, nawet Rob Lucci! - nagle agent sam sobie zatkał dłonią usta, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że nie powinien zdradzać imion swych byłych podwładnych. Po chwili jednak kontynuował - Jak więc pan widzi, siła na nich nie skutkuje, zawsze znajdą sposób, by się wzmocnić, zawsze opracują bezbłędną metodę, dzięki której umykają pogoni. Nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Chyba nie muszę mówić, jak wielkim zagrożeniem jest ta banda dla wszystkich ważnych dla naszego systemu instytucji, jakie znajdą się na ich drodze. Więc skoro siła zawiodła, pozostaje ich przechytrzyć jedynie sprytem i inteligencją! - Spandam znów huknął potężnie pięścią o biurko, najwyraźniej czując jakąś nieopisaną nienawiść do tego bogu ducha winnego sprzętu - Do kogo więc mam się zwrócić, jeśli nie do najinteligentniejszego człowieka wszystkich znanych mórz?
Jęknąłem bezgłośnie, w skrytości ducha bowiem zdawałem sobie sprawę, jak próżnym jest mój drogi przyjaciel i wiedziałem już, że Spandam, który wręcz emanował podłością, złapał go już na swój haczyk.
- Istotnie, jestem ceniony za swoje umiejętności - słyszałem po głosie Holmesa, że to jego duma została mile połechtana - Jednak wciąż nie wiem co taki stary... jak to mówicie, Watsonie..? Ach tak. Co taki stary szczur lądowy jak ja, może poradzić w tej sytuacji. Przecież nie nadaję się na gonitwę za piratami, od tego są Marines. Którą to instytucję idealnie reprezentuje nasz drogi Lestrade, który z pewnością się już nieco niecierpliwi oczekiwaniem pana na dole.
Spojrzenie mego przyjaciela było na tyle wymowne, iż sądziłem, że ta sprawa zostanie bezpiecznie zakończona. Przyznam się, że całym sercem pragnąłem nie ruszać się z Baker Island, gdzie zdążyłem zadomowić się niczym ślimak w tej skorupie, stając się wręcz podobnym mu w kwestii ospałości. Historia ta jednak potoczyła się inaczej, niż tego sobie życzyłem.
- Niech pan się jeszcze zastanowi, Holmes. - polecił Spandam, wspierając się ciężko na kuli, a ja poczułem w jego głosie coś jakby groźbę. Choć nie wiem, czy ośmieliłby się do czegokolwiek zmuszać detektywa, który zdążył sobie pozyskać wdzięczność niejednego wpływowego człowieka - W końcu jest pan jedyną osobą, która była by w stanie upleść i zacisnąć pętlę na tych piratów. - I pokuśtykał powoli do wyjścia, mamrocząc coś pod nosem. Przy drzwiach jednak odwrócił się znów do nas, i z nadzwyczaj poważnym wyrazem twarzy powiedział te słowa, które nie raz później wspominaliśmy z mym druhem. - Wraz ze śmiercią Gold Rogera, skończył się tak wygodny dla was świat. Cała przestępczość jest teraz na morzach, więc albo podążycie za nią, by dalej móc bronić sprawiedliwości, albo staniecie się reliktami minionej epoki.
Dłoń Spandama oparta już była o klamkę, gdy dziwnie pochmurny Holmes rzekł:
- Niech pan dziś jeszcze nie opuszcza Baker Island, panie Spandam. Zastanowię się nad tym, co pan mówi. Wyślę panu odpowiedź jutro, przed śniadaniem.
Agent Spandam nie powiedział już do nas nic tego dnia. Zamiast tego spróbował wzruszyć ramionami, w czym przeszkodził mu nieco kołnierz, a następnie pokuśtykał na korytarz, wołając Lestrade'a jednym ze swych obelżywych i nieprzyzwoitych słów.
- Wybacz mą śmiałość, Sherlocku, lecz z całą pewnością nie zaliczyłbym tego pana do grona dżentelmenów - wyraziłem swą opinię, gdy tylko umilkły hałasy związane z wyjściem naszego gościa.
- Tak... nieznośny głupiec, niestety dzięki jego ojcu, zyskał o wiele potężniejsze stanowisko, niż jest w stanie utrzymać. - z twarzy Holmesa dalej nie zniknął ten bolesny dla mnie wyraz przygnębienia.
- Zamierzasz przyjąć tą propozycję? - zapytałem chwilę później mego przyjaciela, który wpatrywał się smutno w widok za oknem.
- Widzisz, mój druhu, kiedy usłyszałem o egzekucji Gol D. Rogera, nie czułem się z tym zbyt dobrze. Choć wtedy miałem jeszcze dużo pracy na wyspach, to jednak nie sposób było nie zwrócić uwagi na człowieka, który tak zatrząsł morskim światem. - pamiętam, że w dokładnie tej chwili nastała dłuższa chwila ciszy, którą Sherlock jednak ponownie przerwał - Zawsze go chciałem poznać, dowiedzieć się jaki jest człowiek, którego uważa się za największego przestępcę naszych czasów. Nawiasem mówiąc, większego niż Ci, których osobiście pochwyciłem. - w głosie Holmesa zadrżała jakaś nuta zawiści, szybko jednak się rozwiała w dalszych słowach - Byłem tak zajęty, zawsze była jakaś sprawa do rozwiązania, zawsze ktoś mnie potrzebował i ciągle to odkładałem na później, aż któregoś dnia... Głupiec ze mnie. Raz na zawsze straciłem okazję poznania człowieka, którego nazywają Królem Piratów. Poznania legendy.
Tym razem mój przyjaciel zamilkł na dobre. Mój wzrok padł na pozostawione przez Spandama listy. Wyłowiłem jeden z nich, ten który mnie szczególnie zainteresował. I patrząc na to upstrzone blizną pod okiem oblicze, pełne niezmąconej pewności siebie i wręcz emanujące wewnętrzną siłą, już wiedziałem, jakiej odpowiedzi jutro udzieli mój przyjaciel.
- Przyda Ci się więc moje doświadczenie, Sherlocku. Zarówno jako marynarza, jak i lekarza. - Odparłem całkiem poważnie, wiedząc, że nie potrafiłbym pozostawić przyjaciela samego w tej sytuacji.
- Drogi Johnie! - głos Holmesa ożywił się, a on sam odwrócił się do mnie - Nawet nie śmiem Ci przecież proponować, abyś na rzecz moich niespełnionych ambicji porzucał tak wygodne życie, jakie tu możesz przecież wieść i pod moją nieobecność.
- Widzisz, Sherlocku - zacząłem, nawet całkiem udanie parodiując styl wypowiedzi mego przyjaciela - Jeśli ślimak nie opuści swej skorupy na czas, to zamiast domem, stanie się ona jego grobowcem.
Słowa te prawdziwie rozbawiły Holmesa, który patrząc na mnie spojrzeniem widywanym częściej u figlarnych chłopców z ulicy, niż u dojrzałych mężczyzn, nalał nam hojnie koniaku, po czym wzniósł toast:
- Za świat, który czeka za naszą skorupą, Watsonie!


Koniec rozdziału pierwszego
bullet Napisane przez Imi dnia 16 grudzień 2013 · Kategoria: Fanfiki ·
· 0 komentarzy · 889 czytań · Drukuj

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
wojtas1993
11/10/2019 20:03:50
Siema! Czy ktoś posiada napisy do OP od 135- do najnowszego odcinka? Jest część napisów w dziale napisy, ale niestety nie wszystkie.

Komimasa
10/10/2019 20:05:10
Już niedługo powinniśmy Was zaspamić rozdziałami OP, bo ja skończyłem właśnie tłumaczyć 956. Reszta w rękach kolegów Smile

Komimasa
27/09/2019 10:44:14
W każdym rozdziale jest strona poświęcona rekrutacji i tam znajdziesz email do niego Smile

Komimasa
27/09/2019 10:43:10
Jeżeli jesteś zainteresowana pomocą także z innymi mangami, możesz spokojnie pisać do WT cyz kontaktować się właśnie z Rurim.

Komimasa
27/09/2019 10:42:19
Dziękujemy bardzo, ale Ruri świetnie się wywiązuje ze swoich zadań, to raczej moja wina, że tych rozdziałów nie ma. Zabiorę się za nie od 1.

Cara
27/09/2019 10:13:09
Hejka, potrzebujecie może pomocy do edycji mang? Wink

przemok123
24/09/2019 19:22:03
Dzięki Smile

Komimasa
23/09/2019 17:40:51
Niestety nic tak na szybko lepszego nie poradzę.

Komimasa
23/09/2019 17:40:02
Bo to jest, tylko nie uzupełnione niestety.Ktoś się miał tym zajmować, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Komimasa
23/09/2019 17:38:46
Ale Download nie był dawno uzupełniany. Cóż najlepiej i najłatwiej wziąć ostatni odcinek 793 w tym wypadku i zobaczyć ścieżkę, po czym zmienić nazwę odcinka. Ja tak pobierałemxd

przemok123
23/09/2019 17:19:34
Hej, mam pytanko, jak wchodzę ANIME-> DOWNLOAD -> NEW WORLD to mam 793 ocinków, gdzie mogę pobrać resztę? bo na środku strony widzę 899, 900 i 901. Dzięki za info i pozdrawiam

Komimasa
18/09/2019 23:28:31
wezmę się za nie od października. Chciałem już nie robić takich pleców, ale one kosztują bardzo dużo czasu i pracy.

Komimasa
18/09/2019 23:26:26
Bo Ruri nie dał mi cynkaxd A tak poważnie, do końca września jestem mało dyspozycyjny stąd niestety to opóźnienie. No i też niestety chwilowo nie będę tłumaczył rozdziałów,

teos
18/09/2019 20:20:12
Bo spostrzegawczy cieszą się dzień wcześniej Pfft

Roku
18/09/2019 11:24:06
Wyszedł 953 a nie ma newsa, czemu ???

HUMBOL
03/09/2019 11:21:33
No i super. Cieszę się, że kolejny rok będzie można oglądać One Piece z tak świetnym tłumaczeniem. Podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do opłacenia serwera!

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
7,941,885 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony