REJESTRACJA
956 PL

955 PL

954 PL

  901 PL!

  900 PL!

  899 PL!

Homoseksualizm
Autor: Redrey dnia 23/10/19 21:20
Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Autor: Komimasa dnia 22/10/19 23:08
Steam
Autor: Ponury dnia 18/10/19 22:11
Rozdział 959
Autor: Wielki160 dnia 18/10/19 18:08
AnimeCon_baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
29. Dzień dwudziesty, popołudnie. Plan Corteza. Plan Białego Starca. Plan Słomianych Kapeluszy.


Wszystko powoli cichło. Ogromne pole u podnóża wulkanu spływało szkarłatem, niektórzy mieli wrażenie, że nigdy on już nie wsiąknie w grunt i na zawsze zabarwi ziemię. Inni wiedzieli, że nawet jeśli tak się nie stanie, to będą do końca życia pamiętać o tym, co się tu wydarzyło.
Wszędzie leżały ciała. Rebelianci przemieszani z The Guards choć w zupełnie nierównych proporcjach. Dzięki heroicznej postawie takich ludzi jak Takeyama, Kabuu czy Shin czarne płaszcze niemalże usłały pole walki. Resztki wojowników Corteza rozpaczliwie wycofały się do pobliskiego lasu, rebelianci nawet nie próbowali tego zrobić. Od początku nikt z nich nie zamierzał się wycofywać.
Kiedy wyczerpany do granic możliwości wielogodzinną walką Takeyama w końcu usiadł na kamieniu wiedział, że tej bitwy nie wygrali. Z około dwustu rebeliantów, połowa oddała swoje życia za wolność. Z tysiąca pięciuset The Guards, grubo ponad tysiąc padło w imieniu idiotycznych zapędów Corteza. Takeyama wiedział, że to niemały sukces, choć wiedział też, że ponad sto żon tej nocy będzie płakać zamiast świętować. Dlatego właśnie nie uważał, że zwyciężyli. Cel został wypełniony. Wojska wroga zostały zatrzymane. Sam nie wiedział jakim cudem udało im się dokonać czegoś tak niemożliwego, czy to było zrządzenie losu czy siła boska, nie myślał teraz o tym. Bardziej interesował go los tych którzy przeżyli. Każdy bowiem był ranny. Jedni ciężko, inni lekko, ale każdy. Co do jednego. Sam Takeyama zaciskał zęby starając się nie myśleć o trzech kulach tkwiących w różnych miejscach jego ciała, ani o tym, że lewa ręka nigdy nie będzie już tak sprawna jak była. Shin stracił dwa palce lewej dłoni, już teraz przeklinał wszystko, że już dobrze nie podeprze strzelby. Kabuu niemalże krzyczał z bólu, kiedy medycy zszywali jego okrutne rany, jakie poniósł ratując Marisę. Jin milczał. Stracił oko i niemalże połowę twarzy. Mimo tego stał jednak nad zmasakrowanymi ciałami ludzi ze swojej siatki wywiadowczej. Nie przyzwyczajeni do regularnego starcia zginęli co do jednego. Wszyscy wiedzieli, że nie ma sensu go pocieszać.
- Takeyama-san? – odezwał się Shin podchodząc do swojego dowódcy.
- O co chodzi?
- Czy możemy pozwolić sobie na to, by wysłać kogokolwiek na przeszpiegi do siedziby Corteza?
- Niby jak? – mężczyzna zaśmiał się gorzko. – W lesie roi się teraz od porozrzucanych resztek The Guards. A jedynym, który mógłby się tam przekraść niezauważonym jest Jin. I wiesz doskonale, że żadnego sensu nie ma go o to prosić.
Shin rzucił okiem na przyjaciela. Istotnie nie wyglądał zbyt dobrze. Obandażowany, ledwo stał, zaś jego barki przygniatał ciężar tego co się stało.
- W takim razie...
- W takim razie trzeba zabrać zabitych. – wtrącił Kabuu - Zrobić listę naszych... poinformować rodziny... Poleciłem już wykopać ogromny dół, do którego wrzucimy ciała The Guards...
- Jesteś w stanie się tym zająć? – zapytał Takeyama. – Jesteś w stanie zająć się wszystkim?
- Jestem.
- Więc zostawicie mnie teraz samego.
Shin i Kabuu spojrzeli po sobie. Zrozumieli. Strzelec ścisnął zdrową ręką ramię przywódcy i obaj odeszli. Takeyama natomiast ukrył twarz w dłoniach i gorzko zapłakał.


Nie tylko The Guards i Rebelianci ponieśli straty. Samo wejście do tajemniczej dziury w ziemi i przebycie pierwszych dwustu metrów kosztowało admirała Kizaru utratę wszystkich ludzi poza Rakim. Korytarz, który prowadził głęboko pod ziemię wypełniony był niesamowicie dziwnym promieniowaniem. Kizaru nie miał bladego pojęcia co to, wiedział jedynie, że słabsi ludzie po prostu nie wytrzymywali tego co tam panowało. Rozrywało ich to od środka sprawiało, że na miejscu się wykrwawiali, lub dusili. Raki nie wyglądał zbyt dobrze, ale twardo szedł do przodu. Admirał zaś czuł jedynie lekki wiaterek. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Nie było to osławione Haki, którym tylu władało. Nie był to żaden rodzaj diabelskiego owocu. Znał jednak na tyle Białego Starca, że zdawał sobie sprawę, iż może spodziewać się wszystkiego.
W końcu korytarz zaczął się coraz bardziej rozszerzać, aż w końcu Kizaru dotarł tam gdzie chciał dotrzeć. Przed nimi pojawiły się przeogromne stalowe drzwi. Na oko nie można było ocenić ich grubości, ale biło od nich coś tak niesamowitego, coś tak przepotężnego, że wiaterek zamienił się w dyskomfort, zaś Raki pobladł niemal zupełnie.
- Otworzyć? – zapytał drżącym głosem.
- Odradzam. Nie przeżyjesz. – rzucił admirał, po czym ruszył do przodu.
Powoli wysunął rękę przed siebie i po raz pierwszy w życiu zawahał się. Nie miał pojęcia co się stanie gdy otworzy te drzwi. Nie chciał ryzykować. Odwołał się do diabelskiej mocy. Poczuł przypływ euforii, który zawsze towarzyszył mu, gdy używał swoich zdolności. A potem błysnęło krótko i drzwi rozpadły się na kawałki.
Nastała chwila milczenia, a gdy opadł dym obaj mężczyźni ujrzeli najdziwniejszą salę jaką widzieli w życiu. Laboratorium Vegapunka wyglądało przy tym jak pokój dziecięcy. Ogromny podmuch ze środka niemal zwalił ich z nóg.
Naprzeciwko nich stał starszy mężczyzna o zupełnie łysej głowie i lekko przygarbionych plecach. Sprawiał wrażenie zupełnie pozbawionego włosów, zaś jego twarz wyglądała tak obłąkańczo, że nawet najstarsi więźniowie Impel Down sprawialiby przy nim wrażenie ułożonych chłopców.
Był to Biały Starzec. We własnej osobie.


Sanji wolnym krokiem wdrapywał się po schodach. Czuł, że z jego nogami nie jest najlepiej, do tego bolał go chyba każdy skrawek ciała, ale nie chciał się zatrzymywać. Było jeszcze zbyt wiele do zrobienia. Leżał około pół godziny, poczuł się już na tyle dobrze, że choć każdy krok sprawiał wrażenie jakby przebijało go tysiąc igieł to jednak był w stanie iść.
Kilka chwil później otworzył drzwi i wszedł do sporej owalnej sali. Uśmiechnął się szeroko widząc spoczywającego na ziemi Ozumę, z rozłożonymi na boki rękoma. Zoro musiał zadać naprawdę niesamowite cięcie. Martwy leżał w wielkiej kałuży krwi, Sanji dojrzał, że gdyby cięcie poszło dosłownie kilkanaście centymetrów dalej, człowiek Corteza rozpadłby się na dwie części. Ale to się w tej chwili nie liczyło. Najważniejszym było to, że przeciwnik nie żył i że Zoro prawdopodobnie zapewnił Nami i reszcie wsparcie.
Kolejne schody przysporzyły kucharzowi niemałych trudności. Wiedział, że jego przyjaciel jest co najmniej ciężko ranny, gdyż po schodach ciągnęła się szeroka smuga krwi. Nie było czasu. Kiedy wszedł do wielkiej, skalistej sali, wiedział już, że Roronoa istotnie jest ciężko ranny. I nie tylko on.
Marisa i Chopper klęczeli przy Usoppie. Oboje byli śmiertelnie poważni, coś tu nie grało. Zoro leżał praktycznie cały w bandażach, ledwo kilka metrów dalej. Sanji szybko zobaczył, że szermierz oddycha spokojnie, zobaczył też, że nigdzie nie ma Nami. Ale najważniejsze co zobaczył, to to, że Usopp jest blady. Blady jak ściana, a do tego trzęsie się lekko. Że umiera.
- Sanji!!! – krzyknął Chopper widząc kucharza dopadającego do nich ile tylko miał sił. – tracimy go...
Usopp był już nieprzytomny. Kiedy kucharz dotknął jego twarzy poczuł, że ulatuje z niego ciepło. Poza tym oddech strzelca był przerywany i nierówny.
- Co się stało?! –wrzasnął Sanji czując, że łzy napływają mu do oczu. – gdzie Nami-swan?
- Dostał z pistoletu – wyjaśniła Marisa. – A Nami przeszukuje gabinet Corteza.
Blondyn spojrzał na leżący obok martwej Kichiru pistolet. Zacisnął pięści.
- Czy naprawdę nic nie da się zrobić? – warknął pełen rezygnacji.
- Musiałbym go natychmiast zoperować. – jęknął renifer – ale istnieje za duża szansa, że po prostu umrze w męczarniach... A ja nie umiem... Nie jestem Doctorine....
- Nie jesteś, to prawda. – odparł Sanji odpalając papierosa. Chopper skulił się i zaczął płakać.

- JESTEŚ TONY TONY CHOPPER!!! – krzyk kucharza postawił go na nogi.
Lekarz spojrzał na swojego przyjaciela. Te same słowa. Te same słowa powiedział kiedyś doktor Hiluluk.
- Jeśli ty tego nie zrobisz to kto do cholery?! Usopp za chwilę umrze! – Sanji był potężnie wyprowadzony z równowagi – TYLKO TY JESTEŚ W STANIE GO URATOWAĆ, ROZUMIESZ?! TYLKO TY!!!
Nastała długa chwila ciszy. Oddech Sanji’ego zdecydowanie się pogłębił. Nawet taki krzyk wyczerpywał go teraz. Poczuł znaczący ból popękanych żeber i usiadł na ziemi.
- Jak się będziesz tak drzeć, to długo nie pożyjesz, cholerny kuku. – rzucił Zoro uśmiechając się lekko.
- Popatrz lepiej na siebie, ciołku. – Nawet w takiej sytuacji Sanji miał na tyle rezonu by się odgryźć.
Chopper natomiast spojrzał na Marisę, a gdy ta kiwnęła głową odwrócił się do przyjaciół.
- Zrobię to – oznajmił cicho.
Na każdej z twarzy pojawił się lekki uśmiech dający nadzieję.


Kizaru wiedział, że wystarczy jeden ruch. Jedno lekkie kopnięcie i kark Białego Starca dziwacznie się wygnie, zaś stary mężczyzna padnie bez ruchu na ziemię. Takie miał polecenie. W tej chwili było to nawet bardziej istotne niż Białobrody i jego załoga. Było to bardziej istotne niż wszyscy piraci na świecie. To Biały Starzec był głównym wrogiem Światowego Rządu i miał zostać zlikwidowany w pierwszej kolejności. Wagę tego podkreślało to, że do wykonania tego zadania został wybrany jeden z najsilniejszych ludzi marynarki.
- Wiesz po co tu jestem – bardziej stwierdził niż zapytał Kizaru.
- Wiem. – odparł krótko Biały Starzec i jak gdyby nigdy nic odwrócił się od niego plecami i ruszył w głąb sali.
To co admirał zobaczył w środku sprawiało, że ciężko było mu zachować zimną krew. Gdyby nie bezwzględny rozkaz zabicia tego mężczyzny, prawdopodobniej wyszedłby stąd w tym samym momencie w którym wszedł. I to nie tylko z winy dziwnej aury, która sprawiała, że Raki przyklęknął na jedno kolano próbując zatamować krwawienie z nosa.
Pod ścianą, naprzeciwko wyjścia znajdował się spory podest, na którym oprócz biurka zasłanego wszelkiej maści papierami znajdowała się najdziwniejsza rzecz jaką Kizaru kiedykolwiek zobaczył. W powietrzu wisiały trzy spore, stalowe okręgi, jednakże niedomknięte. Marines nie mieli najmniejszego pomysłu co może utrzymywać je w powietrzu, jednakże unosiły się one i nie było co do tego żadnej wątpliwości. Było dość cienkie, wisiały jeden nad drugim, o mniej więcej metr od siebie. Przestrzeń w ich wnętrzu jarzyła się na biało, zaś po nich samych przebiegały ładunki elektryczne.
Tuż obok okręgów stał dziwaczny szklany zbiornik wypełniony czerwoną cieczą, która ewidentnie się gotowała. Ulatniająca się para kierowała się w stronę okręgów, sprawiając, że biała poświata pulsowała coraz bardziej i bardziej.
- Co to do cholery jest? – Nie wytrzymał w końcu Kizaru.
Starzec z uśmiechem podniósł głowę znad ogromnej książki w której coś zapisywał.
- Coś co zmieni obraz obecnego świata – oświadczył sucho – ale chyba nie myślisz, że powiem ci więcej?
Admirałowi drgnęła brew. Istotnie, nie musiał wiedzieć.
- W takim razie przejdźmy do zakończenia sprawy. Tajemnicę zabierzesz do grobu.
Biały Starzec odpowiedział mu gromkim śmiechem. Tego było już za wiele. Kizaru napiął mięśnie gotów na szybki ruch. W tej samej chwili dwie płyty na których stał rozsunęły się i wyskoczyły z nich łańcuchy, które natychmiast owinęły się wokół jego kostek. Warknął krótko, ale już po sekundzie zrozumiał, że więcej się nie ruszy. Łańcuchy były z kariouseki. Biały Starzec wciąż nie przestawał się śmiać kiedy Kizaru opadł na kolana ogarnięty nagłą słabością.
- Przecież to oczywiste, że nie przyjąłbym cię tutaj od tak, z otwartymi ramionami. – rzekł pocierając dłonią nos.
- To jasne... - Powiedział cicho Admirał. – Ale zapomniałeś jeszcze o czymś.
Zza jego pleców wypadł Raki z obnażoną szablą. Natychmiast rzucił się na Białego Starca gotów do ostatecznego ciosu. Ten jednakże nigdy nie nastąpił. Kapitan odbił się od niewidzialnej ściany na metr przed Białym Starcem i padł bez ruchu na posadzkę. Kizaru wytrzeszczył oczy z zaskoczenia, zaś staruszek podszedł wolnym krokiem do leżącego. Wyciągnął zza pazuchy niewielki kozik i naciął Raki’emu ramię zaś spływającą szkarłatną krew nabrał do niewielkiej fiolki, która ni stąd ni zowąd pojawiła się nagle w jego drugiej dłoni. Potem odwrócił się i nalał kilka kropel do zbiornika z czerwoną cieczą, który absolutnie na to nie zareagował. Wtedy Kizaru zrozumiał. Ogromna szklana butla zawierała krew.
- Widzę, że jego posoka została przyjęta – rzekł Starzec z uśmiechem – zobaczymy jak twoja.
Krew admirała, teraz już podatnego na zranienia, także pasowała. Kizaru bardzo rzadko zostawał ranny i cienkie draśnięcie na przedramieniu niemalże doprowadzało go do szału.
- Do czego zmierzasz cholerny świrze? – warknął Marines – Zmienić świat chcesz? Aż tak nienawidzisz Gorousei? Tylko za to, że...
- Tylko za to, że mnie wystrychnęli na dudka? Tylko za to, że zrobili mnie w konia?! Banda starych oszustów!!! – Twarz Białego Starca wyglądała teraz jeszcze okropniej niż wcześniej. – Woleli wziąć sobie Vagapunka jako swojego pieska niż posłuchać mnie! Człowieka, który zawsze był z nimi na równi! Rokurousei! Tak się mieliśmy nazywać!!!
- Wiesz dobrze, że nie miałeś do tego kwalifikacji – rzekł Kizaru próbując zebrać wszystkie siły, by uwolnić się z mocy łańcuchów. – Od początku, gdy tylko cię odepchnęli robisz wszystko, by zniszczyć Światowy Rząd...
- Mam to w dupie gówniarzu – warknął Biały Starzec – Teraz wszystko się zmieni. Teraz... Cała Święta Ziemia zniknie z powierzchni morza!!!
- Nigdy tak się nie stanie.
- Stanie. Już niebawem – staruszek odłożył nóż, a wyciągnął sporych rozmiarów maczetę – A wasza krew doskonale mi w tym pomoże.
Potem ruszył w stronę admirała.

- Będzie żyć – powiedział krótko Chopper zakładając ostatni bandaż na ciele Usoppa. Udało mu się dokonać cudu bardzo szybko, pocisk wyjęty z trzewi snajpera spoczywał teraz na zakrwawionej szmatce obok. – Sanji, trzymasz się?
Zoro był już opatrzony, ramię Marisy także.
- Raczej nic nie poradzisz... – odparł kucharz. – Podobno mam w mięśniach ud dwa ogromne kawałki szkła.
- Co???
- Nie pytajcie... sam nie wiem jak to możliwe. Wiem, że cholernie ciężko mi chodzić, ból jest ogromny – Sanji niechętnie się do tego przyznawał, ale taka była święta prawda.
- W takim razie ciebie również trzeba zoperować. Ale nie tutaj, nie teraz – rzekł Chopper. - Póki co weź to i używaj, gdy ból powróci.
Podał przyjacielowi cztery malutkie buteleczki zakończone ostrymi igłami.
- Morfina? – zapytał Sanji.
- Tak. Usopp pomógł mi skonstruować te buteleczki. Samemu możesz sobie zaaplikować środek wbijając igłę w jakiś mięsień. Najlepiej właśnie uda, lub pośladek. Ból przechodzi natychmiast. Ale nie nadwerężaj tych nóg dopóki ci tego szkła nie wyciągnę.
- Dzięki Chopper – odparł kucharz wbijając sobie pierwsza igiełkę w udo. Po kilkunastu sekundach ból zaczął ustępować. – Chyba zapomnieliśmy o Nami. – dodał po chwili.
- Zaraz możemy po nią pójść. – wtrąciła Marisa.
- Ja pójdę. – Sanji wstał i ruszył przed siebie. Morfina działała cudownie. Choć czuł lekkie otępienie mógł spokojnie iść nie czując żadnego bólu. Prawie nie czuł też nóg, ale w tej chwili to był szczegół.
Wszedł do gabinetu Corteza i zobaczył ją. Siedziała przy biurku trzymając notatnik. Była zupełnie blada, zaś zimny pot dosłownie ściekał jej po twarzy. Podniosła głowę.
- Wszystko w porządku? – zapytał cicho widząc jak wygląda dziewczyna.
Nami po raz drugi tego dnia rzuciła się w ramiona Sanji’ego. Tym razem jednak był prawdziwy, co do tego nie było żadnych wątpliwości. Gdy tylko przywarła do jego piersi coś w niej pękło i zaczęła głośno płakać.
Kucharz nie spodziewał się czegoś takiego. Drżącymi rękoma delikatnie ją obiął niepewien tego co spowodowało taki jej stan. Mimo wszystko poczuł się błogo. To o niej myślał w czasie walki z Sigmą, to ją właśnie chciał wziąć w ramiona. Tylko dlaczego płakała?
- Nami-san co się stało? – zapytał cicho gładząc ją po zmierzwionych włosach.
- Sanji-kun... to koniec. Umrzemy tutaj, wszyscy...
- Ale dlaczego...? – nie zdążył powiedzieć nic więcej, kiedy dziewczyna podsunęła mu pod nos notatnik Corteza.
Ledwo rzucił okiem i w tym momencie nogi zupełnie odmówiły mu posłuszeństwa. Usiadł na ziemi nie mogąc uwierzyć w to co czyta.
- A więc taki to skurczybyk... – szepnął czytając dalej.
- Co teraz zrobimy?! To koniec.... – Nami ewidentnie była załamana.
To co teraz się działo zupełnie nie przypominało wesołej przygody piratów. Prawdziwość życia uderzyła w nią dopiero teraz. Niemalże rok od momentu w którym spotkała Luffy’ego.
- Coś zrobimy... – powiedział Sanji, choć sam nie miał żadnego pomysłu – Luffy coś zrobi...


Cortez wolnym krokiem obszedł krater wulkanu. Uśmiechał się. Wszystko zmierzało do tego krytycznego punktu. Cały ten czas czekał na to, a teraz nadawała się okazja. Można było tak wiele osiągnąć, można było tyle zmienić. Kilka godzin dzieliło go od największej zmiany w dotychczasowym porządku świata. Kiedy to już się stanie będzie o krok bliżej do spokoju na który tak wiele pracował. Spojrzał w dół na panoramę wyspy. Ten kawałek gruntu gówno dla niego znaczył, ale był doskonałą przykrywką dla jego działań. I dla Białego Starca. Jakże Cortez cieszył się, że poznał tego mężczyznę. Że obaj zrozumieli się doskonale i dzielili wspólne pragnienie. Pragnienie zniszczenia Światowego Rządu. A kiedy to już nastąpi wreszcie zapanuje spokój. Spokój na całym świecie. Nikt nie będzie walczył z piratami, nikt nie będzie się mordował. Nie będzie to już potrzebne. Kiedy nadejdzie zmierzch wszystko się zmieni. Kiedy nadejdzie zmierzch już nic nie będzie go obchodziło. Nie żałował nikogo ze swych ludzi, choć wiedział, że to co zrobi przyniesie wiele śmierci. Nie to było ważne. Wtedy pozostanie już tylko Siedmiu. Ale oni nie będą sprawiali problemu. Byli od tego wszystkiego odcięci. Przynajmniej miał taką nadzieję. Cortez uśmiechnął się nieświadom jednego. Monkey D. Luffy spotkał jednego z Siedmiu. Monkey D. Luffy żył.


- Słuchajcie... – rzekł Sanji cichym acz zdecydowanym głosem. Usopp powoli zaczynał odzyskiwać przytomność, Zoro, będąc na granicy wytrzymałości usiadł opierając się o ścianę. – Wiemy już co planuje Cortez.
Słomiani zamarli w oczekiwaniu. Cichy szloch Nami mówił im, że to na pewno nie są dobre wieści.
- Kiedy mu się to uda, nie będzie już istotne to o co walczą tutaj rebelianci. Nic już nie będzie istotne...
- Do rzeczy kuku! – warknął Zoro.
- Cortez zamierza zniszczyć Kaneyamę. – oznajmił kucharz. – wymazać ją do zera.
Nastała chwila milczenia. To stwierdzenie skonsternowało chyba każdego.
- Ale jak? – zapytała w końcu Marisa. – Mógłby ją spustoszyć prawda, ale nawet on nie ma takiej mocy by po prostu ją zmieść.
- On nie. Ale pokłady magmy pod wyspą mają.
- Co przez to rozumiesz? – spytał Zoro.
- Chodził na wulkan przez tak długi czas... Wiecie dlaczego? Używał swojej mocy by pobudzić wulkan. Ponadto zainstalował w kraterze przepotężne ładunki wybuchowe. Jeśli nastąpi erupcja, to lawa nie eksploduje do góry. Krater zostaje rozerwany, cała góra zniknie natychmiast... Cała wyspa po prostu wybuchnie!!!
- Przecież on tego nie przeżyje... – powiedział Chopper.
- Śmiem twierdzić, że jednak przeżyje – wtrąciła Nami - Jego moc mu na to pozwoli. Ma dzięki niej uratować siebie i jakiegoś tak Białego Starca.
- Czyli w takim razie... – rzekł słabo Usopp.
- Jesteśmy w czarnej dupie. – dokończyła za niego Marisa.
- Nie jesteśmy. – rzekł zdecydowanie Zoro. – Chopper szykuj więcej Morfiny.
- Ale co zamierzasz zrobić? – zapytał zdziwiony lekarz.
Zoro ogarnął spojrzeniem całą salę. Istotnie nie byli w najlepszym stanie. Franky’ego i Robin nie było razem z nimi, zaś tylko Nami i Chopper nie wyglądali na ciężko rannych. To on musiał działać. I doskonale o tym wiedział.
- Wiecie gdzie przebywa ten cały Biały Staruch czy jak mu tam? – zapytał w końcu szermierz.
- Jest tu napisane... kilka stron wcześniej – odparł Sanji wertując notatnik.
- Więc sprawa jest prosta. Część z nas pójdzie na wulkan i spróbuje zatrzymać Corteza. Bo wnioskuje, że właśnie tam można go znaleźć. Reszta natomiast uda się do Białego Starca. I tam zobaczy co da się zrobić.
- Niby jak, kiedy ty i Usopp ledwo się poruszacie? – zapytała Marisa.
- Normalnie. Po prostu musimy dać radę. Chopper, morfina!
- Ale to samobójstwo! – oponował lekarz.
- Nie kłóć się ze mną chrzaniony reniferze!!! Myślisz, że ja sądzę inaczej?! – Zoro wyraźnie był wyprowadzony z równowagi. – Ale do jasnej cholery, gdziekolwiek jest Luffy, on w nas wierzy! I nie możemy go zawieść!
- Prawda. – rzekł Sanji. – Ja w takim razie udam się na wulkan. Spróbuję zatrzymać Corteza. Przynajmniej dopóki nie zjawi się nasz kapitan.
- Niech reszta pójdzie z tobą. Tylko ja i Usopp udamy się do tego Starca. Nie powinno być na tyle niebezpiecznie, byśmy nie dali rady. A w razie czego, będę walczył. Chopper, daj nam ta cholerną morfinę.
- Nie popieram tego, ale masz. – rzekł z rezygnacją lekarz wciskając szermierzowi w dłoń kilka fiolek. Zoro natychmiast zażył jedną.
- Dobra. – powiedziała Marisa – Sanji z Nami i Chopperem na wulkan, Usopp i Zoro do Białego Starca. Proste i klarowne. Ja zaczekam tu na Luffy’ego. A jak już się pojawi, to natychmiast wyślę go na wulkan.
- Dobry pomysł. – rzekł Zoro i odpiął od pasa Ostrze Nocy. – Masz, będzie ci potrzebne.
- Nie, nie będzie. – odparła dziewczyna, ku jego ogromnemu zdziwieniu. – Duch Shigeru wybrał sobie ciebie na właściciela tego miecza. Po walce z Ozumą jestem tego pewna. Ja... nigdy nie zadałam takiego cięcia.... A przecież Ostrze Nocy naprawdę tnie tylko w rękach prawdziwego szermierza...
- Marisa-chan, ale przecież ten miecz... – zaczął Usopp.
- Nic nie mów. – Marisa już zdecydowała – Zoro, katana jest twoja.
Szermierz skłonił się nisko, czego wybitnie nie miał w zwyczaju.
- To nadzwyczaj cenny dar. – użył grzecznościowej formuły, choć słowami ciężko byłoby mu wyrazić co naprawdę czuł. Teraz z trzecim mieczem przy boku, jego własnym już, czuł się tak, jakby nikt go nie mógł zatrzymać.
Oboje z Usoppem podnieśli się, Marisa usadowiła się wygodnie pod ścianą.
Kiedy Słomiani zeszli już na dół Zoro wziął notatnik od Sanji’ego, a raczej przekazał go Usoppowi. Wiedział, że nie ma zbyt dobrej orientacji w terenie, a teraz to by się nie zgubić było cholernie ważne.
- Czyli co... – rzekł Sanji, gdy Roronoa przyjął już zeszyt. – Dasz sobie radę?
- Ja miałbym nie dać? – warknął szermierz. – Dupny kucharzyno, jestem twardszy niż ci się zdaje.
- Heh, skoro tak mówisz mchogłowy... Pewnie wszystko będzie dobrze. – kucharz odwrócił się.
- Ej Sanji. Daj zajarać. – odezwał się nagle Zoro.
- Co? – kucharz był zaskoczony. – przecież nie palisz.
- Dawaj, nie chrzań głupot. – Sanji wzruszył ramionami i podał mu papierosa, którego Roronoa odpalił. – Wiesz... – powiedział, gdy już zaciągnął się dymem – Gdy już będzie po wszystkim napijemy się czegoś dobrego, co?
- Świetny pomysł. – odparł kucharz i także zapalił. Oboje się odwrócili i stanęli do siebie plecami. Obaj mimo woli uśmiechali się lekko.
- Nie daj się zabić, głupi szermierzyno.
- Ty też, druny kuku.
Po tych słowach grupy rozbiegły się w dwa przeciwległe kierunki. Zoro uśmiechnął się. Może Sanji jednak nie był takim kretynem na jakiego wyglądał. Wyrzucił papierosa ciesząc się na myśl o tym, że już niedługo usiądą sobie na pokładzie sącząc rum jak prawdziwi przyjaciele.
Jednakże Zoro nie mógł wówczas wiedzieć, że już nigdy się razem nie napiją.
Nie mógł wiedzieć, że już nigdy się nie zobaczą.


Ciąg dalszy nastąpi.

Dramatyczne pytania:

Czy Zoro i Usopp zatrzymają Białego Starca i czy spotkają Kizaru i Raki’ego?
Czy Sanji’emu, Nami i Chopperowi uda się powstrzymać Corteza?
Czy Kaneyama rzeczywiście jest skazana na zagładę?
Czy Luffy zdąży na czas?

Część 30 to: Dzień dwudziesty, późne popołudnie. Pojedynek o wyspę. Pojedynek o świat.


bullet Napisane przez Komimasa dnia 05 wrzesień 2009 · Kategoria: Fanfiki ·
· 0 komentarzy · 1188 czytań · Drukuj

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
wojtas1993
11/10/2019 20:03:50
Siema! Czy ktoś posiada napisy do OP od 135- do najnowszego odcinka? Jest część napisów w dziale napisy, ale niestety nie wszystkie.

Komimasa
10/10/2019 20:05:10
Już niedługo powinniśmy Was zaspamić rozdziałami OP, bo ja skończyłem właśnie tłumaczyć 956. Reszta w rękach kolegów Smile

Komimasa
27/09/2019 10:44:14
W każdym rozdziale jest strona poświęcona rekrutacji i tam znajdziesz email do niego Smile

Komimasa
27/09/2019 10:43:10
Jeżeli jesteś zainteresowana pomocą także z innymi mangami, możesz spokojnie pisać do WT cyz kontaktować się właśnie z Rurim.

Komimasa
27/09/2019 10:42:19
Dziękujemy bardzo, ale Ruri świetnie się wywiązuje ze swoich zadań, to raczej moja wina, że tych rozdziałów nie ma. Zabiorę się za nie od 1.

Cara
27/09/2019 10:13:09
Hejka, potrzebujecie może pomocy do edycji mang? Wink

przemok123
24/09/2019 19:22:03
Dzięki Smile

Komimasa
23/09/2019 17:40:51
Niestety nic tak na szybko lepszego nie poradzę.

Komimasa
23/09/2019 17:40:02
Bo to jest, tylko nie uzupełnione niestety.Ktoś się miał tym zajmować, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Komimasa
23/09/2019 17:38:46
Ale Download nie był dawno uzupełniany. Cóż najlepiej i najłatwiej wziąć ostatni odcinek 793 w tym wypadku i zobaczyć ścieżkę, po czym zmienić nazwę odcinka. Ja tak pobierałemxd

przemok123
23/09/2019 17:19:34
Hej, mam pytanko, jak wchodzę ANIME-> DOWNLOAD -> NEW WORLD to mam 793 ocinków, gdzie mogę pobrać resztę? bo na środku strony widzę 899, 900 i 901. Dzięki za info i pozdrawiam

Komimasa
18/09/2019 23:28:31
wezmę się za nie od października. Chciałem już nie robić takich pleców, ale one kosztują bardzo dużo czasu i pracy.

Komimasa
18/09/2019 23:26:26
Bo Ruri nie dał mi cynkaxd A tak poważnie, do końca września jestem mało dyspozycyjny stąd niestety to opóźnienie. No i też niestety chwilowo nie będę tłumaczył rozdziałów,

teos
18/09/2019 20:20:12
Bo spostrzegawczy cieszą się dzień wcześniej Pfft

Roku
18/09/2019 11:24:06
Wyszedł 953 a nie ma newsa, czemu ???

HUMBOL
03/09/2019 11:21:33
No i super. Cieszę się, że kolejny rok będzie można oglądać One Piece z tak świetnym tłumaczeniem. Podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do opłacenia serwera!

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
7,946,239 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony