REJESTRACJA
945 PL

944 PL

943 PL

  891 i 892 PL!

  880 PL!

  879 PL!

CC9 - Trupiarniane śniadanie mi..
Autor: Orzi dnia 17/07/19 14:29
CC9 - ogłoszenia
Autor: okiren dnia 17/07/19 13:56
SC -10: Szybko i Śmiesznie w Pr..
Autor: Grigorij dnia 17/07/19 12:32
Zajawki nowych filmów/seriali
Autor: Komimasa dnia 17/07/19 09:53
Odcinek 892 Rozpoczyna się Wano
Autor: Komimasa dnia 16/07/19 21:27
Opening 22 do Wano!
Autor: Komimasa dnia 16/07/19 18:51
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
34. Żegnaj przyjacielu.


Sen był tym czego Luffy pragnął najbardziej. Pozwalał zapomnieć o wszystkim, odpocząć, uciec od trosk, jednakże nie mógł trwać wiecznie. Siły regenerowały się szybko, choć tym razem nikt tego nie chciał. A najbardziej Luffy. Tym razem bał się wracać do rzeczywistości.
Kiedy już się obudził praktycznie wcale się nie ruszał. Wpatrywał się w sufit martwym wzrokiem wciąż widząc Franky’ego zamykającego oczy i Zoro znikającego w białym rozbłysku. Wiedział, że już nigdy nie będzie tym samym człowiekiem. W brzuchu burczało mu niesamowicie, do tego zobaczył, że praktycznie całe ciało miał w bandażach, zaś lewą rękę, w ogromnym i na temblaku. Absolutnie jej nie czuł, ale strach przed tym, że już nigdy może nią nie poruszyć natychmiast przeszedł kiedy poczuł zapach mięsa.
Drzwi otworzyły się i do sali wszedł Sanji podpierając się kulą. W wolnej dłoni ściskał olbrzymi talerz.
- Pewnie jesteś głodny. – powiedział cicho stawiając posiłek na szafce obok Luffy’ego.
- Sanji... – jęknął kapitan.
- Wszyscy już wiemy. I o Frankym, i o Zoro. To nie była twoja wina.
- Sanji...
- Nie rycz idioto. Jeszcze nie pora! – warknął ostrzegawczo kucharz – Masz dzisiaj się ładnie prezentować. Zalatujesz trochę...
- A co dziś ma być? – zapytał Luffy przełykając łzy.
- Pogrzeb... pogrzeb rebeliantów.



Nikt nie żartował. Nikt się nie śmiał. Ba, chyba nawet nikt się nie cieszył. Na Kaneyamie po prostu panowała głucha cisza. Mieszkańcy miasteczka szybko dowiedzieli się co się stało, dowiedzieli się czym to zostało okupione i zachowali się z klasą. Bitwa dobiegła końca, życie w niej oddało niemalże stu rebeliantów. Zginęło ponad siedmiuset The Guards.
Cały dzień upłynął w ponurej atmosferze, obie strony konfliktu przeżywały to co się stało inaczej. The Guards w milczeniu zapakowali się na statki jakie stały w porcie i w takim samym milczeniu opuścili Kaneyamę. Nikt ich nie niepokoił oni nie zaczepiali nikogo. Stracili wszystkich dowódców, nic ich tutaj nie trzymało, a status mieszkańców wyspy stracili już dawno. Nikt nie chciałby żyć tutaj z ludźmi Corteza. Zwłoki swoich towarzyszy zabrali ze sobą. Więcej nigdy nie widziano już czarnych prochowych płaszczy.
Z głównego placu miasteczka zniknęła szubienica. Ze ścian zerwano plakaty. Nagrody nie miały już żadnego znaczenia, bo tego który je wyznaczył już nie było. Wszystkie ślady uzurpatora zniknęły, poza siedzibą, a i ona miała zostać zburzona. Ciała Sigmy, Ozumy i Mashiro zostały wrzucone do morza, The Guards ich nie zabrali, a nikt nie chciał ich grzebać wraz z rebeliantami. Mimo sprzeciwu Słomianych, Kichiru i Reiko zostały powieszone o wschodzie słońca. Rebeliantów nie obchodziło to, że były ciężko ranne, chcieli raz na zawsze rozprawić się z przeszłością. I nietrudno było o zrozumienie. Nawet Sanji przyjął tą decyzję. To nie była jego wyspa, nie on ustalał tu prawa.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy na centralnym placu stanęła w końcu olbrzymia drewniana konstrukcja, przetkana słomą i chrustem. Spoczęli na niej wszyscy rebelianci, którzy tego dnia stracili życie.

- Nami-san, chyba nie powinnaś tu być... – powiedział cicho Sanji widząc jak dziewczyna wspierając się na ramieniu Robin zbliża się do nich.
Plac był już zapełniony niemalże wszystkimi mieszkańcami wyspy.
- Muszę... Przecież trzeba ich godnie pożegnać. – odpowiedziała nawigator.
Robin nic nie mówiła. Na jej twarzy malowało się czyste cierpienie. Sanji dokładnie wiedział o co chodzi.
- Zaraz się zacznie. – wtrącił Usopp.
On także był cały w bandażach i także nie miał sił by się uśmiechnąć. Zwykle to on żartował, teraz był spokojny, przygaszony.
Luffy stał kawałek dalej i w milczeniu patrzył na platformę. Zaciskał zęby, nie chciał płakać. Jeszcze nie teraz. Odetchnął z ulgą widząc jak cała załoga, poza Frankym i Zoro gromadzi się za nim. Byli razem z nim. Byli razem z rebeliantami.
Robiło się już zupełnie ciemno, kiedy w końcu pojawił się Takeyama. Opatrzony tak jak i reszta, szedł dumnie wyprostowany z Marisą i Jinem przy boku. Ten drugi obie ręce miał w gipsie, połowę twarzy ukrytą w bandażach, widać było, że każdy krok sprawia mu niewysłowiony ból.
Zatrzymali się pod platformą obok dwóch mniejszych, na których spoczywali Shin i Kabuu. Ten pierwszy wyglądał spokojnie, leżał wśród kwiatów, które przykrywały mu okrutną dziurę w piersi, drugi zaś okryty był białym całunem, jego ciało zostało zbyt zmasakrowane. Na płachcie położono jego tasak i czerwoną chustę.
Wszyscy zamilkli wpatrując się w przywódcę rebelii, czekając aż przemówi. Bardzo osobliwie wyglądał bez bandany na głowie, ale walka już się skończyła, to było bezsprzeczne.
Cisza trwała kilka długich minut w trakcie których każdy sam zmagał się ze swoimi stratami. Takeyama w ciszy spuścił głowę, a gdy ją podniósł twarz miał spokojną, jakby ze wszystkim się już pogodził.

- Mieszkańcy – rzekł zaś jego głos potoczył się echem po niemal zaciemnionym placu. Światło padało jedynie z kilku pochodni, trzymanych przez niektórych z byłych rebeliantów – Wszystko dobiegło końca. Tak. Wszystko. Nie ma już Corteza, nie ma już The Guards. Nie ma nikogo kto mógłby nam zagrozić. Wyspa jest wolna. Ale nie dzięki naszemu zwycięstwu. Bo zwycięstwem tego nazwać nie można. Wyspa jest wolna dzięki poświęceniu tych ludzi. – mówiąc to wskazał na platformę – Byli z nami, śmiali się z nami, dzielili z nami trudy. A teraz nie żyją. Zapłacili najwyższą cenę... za wolność. Wolność, której Cortez nigdy nie zrozumiał... – jego ramiona zaczęły się trząść.
- Ci dwaj – wtrąciła Marisa wskazując na ciała Shina i Kabuu. Wiedziała, że Takeyama nie jest już w stanie mówić – zostali uśmierceni przez samego Corteza. Walczyli z nim do końca. Shin... mój najlepszy przyjaciel. Nigdy nie lubił durnych uroczystości. Dlatego wszystko szybko się skończy. Ale ja go nigdy nie zapomnę. Kabuu natomiast... Ja... nigdy... nigdy go nie lubiłam – łzy napłynęły jej do oczu, ale dzielnie kontynuowała – On uratował mi życie w trakcie tej bitwy... Powiedział mi, że jesteśmy dla niego ważni... Że szanował Shigeru... a teraz....
Luffy stał wyprostowany wpatrując się w dziewczynę. Ileż ona miała w sobie siły. Nie mógł wyjść z podziwu, że może mówić mimo takiego bólu. Rozejrzał się, ludzie mieli łzy w oczach. Płakali. Rozumieli, że byli wolni, ale to zostało okupione zbyt wielkim cierpieniem.
- Nie tylko my się poświęciliśmy. – powiedziała Marisa. – Są tutaj ludzie, którzy nam pomogli. Przelewali z nami swoją kres. To oni zabili Corteza.
Wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. Skłonili w ciszy głowy w kierunku Słomianych.
- Wszyscy będziemy wam wdzięczni. Zawsze. A ja... Luffy.... – powiedziała i coś w niej pękło. Zaczęła płakać jak dziecko padając na kolana. – Luffy.... DZIĘKUJE!!!!!!!!!
Kapitan zadrżał. Zacisnął pięści.
- Nauczyłeś mnie, że trzeba wierzyć!!! Zupełnie jak... zupełnie jak Shigeru!!!! Zabiłeś Corteza.... Pomogłeś nam...
- Marisa... – szepnął Słomiany i podszedł do niej.
Spojrzała mu w oczy, zaś ten jednym ruchem pomógł jej wstać.
- Zrób to co do ciebie należy. Zakończ to z godnością.
Zapadła głucha cisza. Dziewczyna otarła oczy. Takeyama wyprostował się. Jeden z rebeliantów podszedł do niego i dał mu pochodnię, jednakże przywódca pokręcił głową i wskazał na Marisę.
- To jej zadanie. – rzekł cicho.
W następnej chwili dziewczyna ściskając w dłoni pochodnię podeszła do platform Shina i Kabuu. Obejrzała się na Luffy’ego i resztę. Słomiany skinął głową.
Potem pochodnia musnęła chrust i wszystko. Pierwsza, druga i w końcu trzecia platforma. Momentalnie płomień ogarnął ciała zabitych. Cały czas rósł. Takeyama i Marisa odsunęli się nieco od ognia w milczeniu odwracając się i patrząc na to co się dzieje. Tylko Luffy się nie cofał. Wiedział, że ma coś jeszcze do zrobienia.
Podszedł powoli do platformy i wyciągnął coś z kieszeni.
Marisa zadrżała. Potem znów poczuła jak łzy spływają jej po policzkach.
Czerwona chusta zabłysła w wyciągniętej w górze ręce Luffy’ego. Chłopak milczał. Trwał przez chwilę w tej pozycji.
- Wzięliście, prawda? – zapytał Sanji wyciągając z kieszeni taką samą chustę.
- Oczywiście. – odparł Usopp po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechając się.
Wszyscy ruszyli do przodu.
Luffy jednym ruchem wrzucił chustę, pozwalając by strawił ją ogień. Słomiani postąpili za jego przykładem.
Chwilę potem jakieś małe dziecko wybiegło z tłumu i rzuciło na wielką platformę brudną, zakrwawioną bandanę.
- Tatusiu... – jęknęło.
Ktoś wybiegł z tłumu. Cisnął chustę w ogień.
- Cholera z tobą Cortez! – wrzasnął – Koniec Rebelii Czerwonych chust! Koniec twoich rządów!!!
Słomiani stali tuż przed platformami. Mieli spuszczone głowy, zaś ludzie jeden po drugim mijali ich wrzucając bandany, by spłonęły wraz z właścicielami.
Koniec walki.
Marisa złapała się za twarz. Łzy trysnęły z jej oczu. Nic nie powiedziała.
- Ja też... ja też ją mam... – jęknęła podchodząc do Shina i Kabuu.
Luffy uśmiechnął się lekko.
- Dzięki za wszystko... – powiedziała dziewczyna do swojego najlepszego przyjaciela. – mam chustę. Tą którą ty mi dałeś. Teraz odejdzie z wami.
Niewiele się zastanowiła, przedarła symbol rebelii na dwie części i pożegnała się z nim na zawsze.
Ogromny obłok dymu uniósł się nad wyspą, niosąc za sobą duchy tych, którzy zdobyli wolność dla Kaneyamy. To był koniec.
Luffy w końcu odwrócił się. Załoga stała wyprostowana i wpatrzona w niego. Wszyscy wiedzieli co teraz musi nastąpić, nikt nie zamierzał tego przedłużać. Twardo się trzymali, wiedzieli, że czas na łzy jeszcze nie nadszedł, że jeszcze odrobinę.
Kapitan widział ich rany, widział swoje. Czuł ich zranione dusze, serca, byli jego przyjaciółmi, rozumiał ich. Wiedział też, że teraz nadeszła pora na najtrudniejszą w jego życiu rzecz.
- Chodźcie. Zostało coś jeszcze.
- Ja... pójdę z wami... – szepnęła zapłakana Marisa.
- Zostań. – powiedział szybko Luffy – Pożegnaj się z Shinem.
Kiwnęła głową, zaś Piraci Słomianego Kapelusza szybko opuścili plac. Zmierzali na najważniejsze dla nich miejsce. Na Thousand Sunny.
Kiedy gwar zaczął powoli cichnąć Takeyama podszedł do platformy Kabuu. Spojrzał na trawionego ogniem przyjaciela. Nie ukrywał już łez, ramiona już dawno mu opadły.
- Dzięki. Byłeś przy mnie cały czas... – powiedział cicho. – Mam dla ciebie prezent, wiesz?
Wyciągnął z kieszeni czerwoną chustę i położył ją na całunie skrywającym ciało przyjaciela. Płomienie go parzyły, ale zacisnął zęby.
- Do zobaczenia po tamtej stronie.
Marisa uśmiechnęła się przez łzy widząc jak Takeyama daje sobie radę z własnym cierpieniem i odwróciła się. Nie mogła tu wytrzymać. Potrzebowała tylko wrócić do domu i okryć się ciepłą kołdrą. Pożegnała się z Shinem, jej prawdziwym przyjacielem. Teraz nie zostało już dla niej nic. Nagle poczuła delikatny uścisk na ramieniu. Odwróciła się natychmiast, ale nikogo za nią nie było. Spojrzała w niebo. Zrozumiała.
- Żegnaj, Shigeru. Dziękuje ci.


Luffy zręcznie przeskoczył na pokład Thousand Sunny, mimo ran. Pomógł wspiąć się Usoppowi, zobaczył, jak Sanji i Nami także się wdrapują. Za nimi weszli Robin i Chopper.
Ich statek. To na nim trzeba było to rozegrać. Przez poprzedni dzień nie próżnowali i wszystko przygotowali. Usopp wraz z kilkoma rebeliantami zbudował niewielką drewnianą łódź, która teraz stała po środku pokładu. W niej zaś, spoczywał Franky. Wyglądał jakby spał, i gdyby nie rana na piersi nikt nie uwierzyłby, że cieśla Słomianych Kapeluszy może naprawdę nie żyć. Ale tak się stało. Nie było już wesołego cyborga. Nigdy już nie usłyszą jego głosu, nigdy do końca go nie poznają. Był z nimi tak krótko.
Dla Robin było to zbyt wiele. Uklękła przy łodzi przytulając głowę Franky’ego.
- Wiem jakie to dla ciebie ciężkie. – wycedził Luffy przez zaciśnięte zęby. – Ale musimy oddać mu ostatnią przysługę. Musimy oddać go morzu.
- Wiem... – szepnęła po raz ostatni całując zimne czoło.
Nami spojrzała na nią z litością. Ona go kochała. On kochał ją. Dlaczego to tak musiało się skończyć. Kurczowo przypadła do Sanji’ego zaciskając ręce na jego koszuli. Potrzebowała ciepła i nie obchodziło ją co sobie pomyśli reszta. Łzy popłynęły jej z oczu.
- Spokojnie Nami-san... – szepnął kucharz. On także miał łzy w oczach – za chwilę będzie po wszystkim...
Luffy napiął mięśnie i jedyną zdrową ręką spróbował podnieść łódź.
- Pomóżcie mi... – powiedział, ale Robin klepnęła go w ramię.
- Ja to zrobię... – powiedziała ledwo trzymając się na nogach.
Kapitan nie oponował, kobieta zaś używszy swoich diabelskich mocy przeniosła łódź z Frankym na wodę.
I w tym momencie zerwał się wiatr. Zupełnie jakby dawał upust swojej rozpaczy, powiódł łódź w morze.
Tyle słów nie zostało powiedzianych. Tyle gestów nie zostało wykonanych. Robin padła na kolana i zaczęła gorzko płakać. Chopper spróbował ją pocieszyć, ale po dwóch krokach ból w nim eksplodował, padł załzawiony na ziemię. Usopp ukrył twarz w dłoniach. To było gorsze niż Going Merry... Wiedział, że już nic nigdy nie będzie takie samo. Stracili przyjaciela. Stracili Nakama. Sanji i Nami płakali po cichu, brakowało im słów. To uczucie było czymś zupełnie nowym.
Luffy natomiast wiedział, że w końcu nadszedł ten moment. Że teraz pora na łzy. Jak dziki wskoczył na barierkę i wziął głęboki wdech.

- FRANKYYYY!!!! – ryknął z całych sił. – JESTEŚ TAM GDZIEŚ, PRAWDA?!! ZAWSZE BĘDZIESZ!!!!
Ryczał jak dziecko. Łzy spływały mu po policzkach niczym już nie powstrzymywane.
- MIAŁEŚ MARZENIE, TAK?!!! ZBUDOWAĆ NAJWSPANIALSZY STATEK NA ŚWIECIE!!!!!
- JUŻ JE SPEŁNIŁEŚ!!!! – ryknął Usopp dopadając do barierki.
Łódeczka coraz bardziej się oddalała.
- ZBUDOWAŁEŚ STATEK DLA KRÓLA PIRATÓW!!!!! – wrzeszczał Luffy – BO NIM ZOSTANĘ!!!! PRZYSIĘGAM!!!! A SUNNY BĘDZIE NAJBARDZIEJ ZNANYM STATKIEM NA ŚWIECIEEE!!!!!!!
- Franky!!!!- krzyknęła Robin bijąc pięściami w ziemię.
- JESTEŚMY NAKAMA!!!!! NA ZAWSZE!!!! – kapitan zaczął dławić się łzami. – NA.... ZAWSZEEE!!!!! NA.... ZAWSZEEEEE !!!!!!
- Jesteśmy Nakama!!! – zawtórował Usopp ocierając oczy raz po raz.
Łódeczka była już ledwo widoczna, mimo jasnego księżyca. Odpłynęła. A wraz z nią Franky. Cieśla Piratów Słomianego Kapelusza.
- JESTEŚMY.... – ryknął Luffy, ale ktoś położył mu dłoń na ramieniu.
Robin.
- Luffy... już wystarczy. Pozwól mu odejść. – szepnęła.
Z jej oczu wyczytał chyba wszystko. Po chwili kobieta wyciągnęła rękę i wcisnęła mu na głowę jego kapelusz, tak jak niegdyś Shanks. Słomiany kapelusz.
Luffy zaciągnął go na oczy i skulił się siadając na pokładzie.
Nie było już Franky’ego.
Nastała głucha cisza.



Na Kaneyamie Słomiani zostali jeszcze trzy tygodnie. Ich zmęczone ciała musiały się choć trochę wzmocnić po niesamowicie ciężkiej walce, tak samo jak ich dusze musiały znaleźć ukojenie. Luffy jadł już tyle co wcześniej, Usopp zapoznawał się z Thousand Sunny. W końcu przyjęli do siebie to, że Franky nie żyje, że teraz zdani będą na siebie jeśli chodzi o naprawę statku. Robin wyglądała nadzwyczaj marnie. Mimo, że wszyscy powoli zaczynali się godzić ze stratą przyjaciela, to dla niej było to najcięższe. Nie zdążyli się sobą nacieszyć. Z takim smutkiem patrzyła na Nami i Sanji’ego, jak wspólnymi siłami radzą sobie ze stratą. Jej nie miał kto przytulić.
Luffy jeszcze następnego ranka po pogrzebie popędził ile miał sił do domku Eleny. Obiecał rozwalić drzewo, obiecał ją uwolnić. I przeżył największy szok swojego życia. Drzewa już nie było. Roztrzaskane kawałki drewna leżały w promieniu kilkunastu metrów, domek także był opustoszały. W środku znalazł jedynie kartkę, na której na szybko napisane było „Dziękuję za wszystko. Nie przejmuj się”. Skonsternowany kapitan podzielił się tym z Chopperem i wspólnie zdecydowali nie rozdmuchiwać sprawy.
Władcą wyspy został oczywiście Takeyama, natychmiast zniósł zakaz opuszczania Kaneyamy i setki innych bezsensownych praw wymyślonych przez Corteza. Ręce Jina powoli wracały do normy, robił więc wszystko, by pomóc w rozwoju wyspy. List do Światowego Rządu z informacją o śmierci uzurpatora został już wysłany, jasne było, że to kwestia dni, kiedy nagrody za rebeliantów zostaną ostatecznie zdjęte. Powoli życie wracało do normy, mimo iż sporo osób miało problemy z przystosowaniem się do życia na powierzchni. Zanotowano nawet jedno samobójstwo. Chociaż czy z rozpaczy po stracie bliskich czy ze zmian, nie było wiadomo.
Na temat Zoro Słomiani przeprowadzili długą rozmowę, w której nie brakowało łez, krzyków, postanowień. Wiedzieli, że żyje, wiedzili, że wróci. Nie mieli co prawda bladego pojęcia gdzie jest, ale wierzyli w niego.
- Powiedział, że wróci. – rzekł Luffy – to ucina temat.
W trakcie tych trzech tygodni Marisa robiła wszystko by pomóc i wyspie, i słomianym. Wraz z Usoppem rozpracowywała plany Franky’ego, wraz z Jinem robiła przegląd pól, które wcześniej niezagospodarowane teraz miały stać się źródłem pożywienia dla wyspy. Po kolejnej nieprzespanej nocy udała się jak co dzień na pole, by pomóc mieszkańcom w oraniu i sadzeniu.
- Przesadzasz – usłyszała za sobą głos.
Odwróciła się i ujrzała Takeyamę, który w wymiętej koszuli także pomagał w gospodarowaniu terenu.
- Chcę zrobić jak najwięcej... jak Shigeru... – powiedziała.
- Wystarczy. – rzekł zdecydowanie dowódca – Dla tej wyspy zrobiłaś już wystarczająco.
- Ale...
- Powiedziałem. Powinnaś teraz zatroszczyć się o siebie, tak? Pomyśl. Co chciałabyś w życiu robić. Kim chciałabyś być...
Spojrzała na niego. On ją rozumiał. On wiedział, że już znalazła swoje miejsce. Uśmiechnęła się wpadając mu w ramiona.

Zaczynał się już czwarty tydzień odpoczynku kiedy Luffy zdecydował iż w końcu nadeszła pora.
- Ruszamy dalej – rzekł. – Przygoda czeka.
- Log Pose jeszcze się nie rozregulował – powiedziała Nami – Ale w każdej chwili może się to stać. Powinniśmy płynąć.
Załoga zgodziła się bez szemrania. Chwile spędzone na Kaneyamie pozwoliły im pogodzić się z tym co się stało, ale nadeszła pora by kontynuować podróż. Bez Franky’ego i Zoro przy boku, ale za to z przekonaniem, że postąpili dobrze.

W ciągu godziny byli gotowi. Takeyama, Marisa, Jin i kilkaset osób zebrało się przy przystani (bo tam został przeniesiony Sunny), by po raz ostatni zobaczyć tych, którzy pokonali Corteza.
- Pamiętajcie, że na zawsze macie w nas przyjaciół. – rzekł nowy władca wyspy z powagą – Zawsze możecie się tu pojawić, zawsze zostaniecie przyjęci z otwartymi ramionami.
- Hehe, dzięki. – powiedział Luffy. – I dzięki za mięso.
Takeyama kazał wcześniej napełnić spiżarnie statku.
Marisa wystąpiła parę kroków w przód.
- Obiecajcie, że jeszcze tu wpadniecie... – powiedziała cicho.
Luffy spojrzał na nią dziwnie. Usopp uśmiechnął się o podbiegł do barierki.
- Wiesz co... kiedyś byłem w podobnej sytuacji do ciebie. – powiedział – stałem tam gdzie ty. A tu gdzie ja, stał Luffy.
- Usopp nie odbieraj mi tej przyjemności!!! – warknął kapitan lejąc go po głowie.
- Luffy proszę! – krzyknął Usopp oddając mu z całej siły.
Zaczęli się bić, zaś Takeyama i mieszkańcy wyspy roześmiali się w głos. Po krótkiej wymianie ciosów stało się jasne, że to kapitan jest górą, niemniej łaskawie uśmiechnął się do pokonanego.
- Niech ci będzie. Tym razem ci pozwolę. Ale to ostatni raz! – roześmiał się w głos i odwrócił się do kucharza – Sanji! Mięso!!!
- O co chodzi? – Marisa była lekko skonsternowana.
- No i... kontynuując – zaczął Usopp znów dopadając do barierki. – Powiem ci to co on mnie, wtedy.
- Czyli?


- O CZYM TY CHRZANISZ?! PRZECIEŻ PŁYNIESZ Z NAMI!!!!


Luffy uśmiechnął się pod nosem. Usopp wesoło rechotał zapraszając Marisę gestem. Dziewczyna zamarła odwracając się w stronę Takeyamy i wszystkich innych.
- Ja... ja....
- Wiemy, że chcesz. – powiedział mężczyzna – idź.
- Ale... – w jej oczach zabłysły łzy.
- Nienawidzę pożegnań!!!! – ryknął Jin i zaczął gorzko płakać.
Wszyscy zaczęli wrzeszczeć.
- Idź. – rzekł Takeyama.
- A co z wami?!
Władca wyspy nie wytrzymał napięcia, schwycił Marisę, podniósł nad głowę i cisnął nią z taką siłą, że upadła na pokład Sunny’ego, obok Usoppa i Luffy’ego.
- TRZYMAJ SIĘ!!!! – ryknął Takeyama machając ręką z całej siły.
Wszyscy inni zrobili to samo.

- PŁYNIEMY!!!! – ryknął Luffy.
- Sanji-kun, Chopper – żagle! – zawołała Nami.
Obaj grzecznie się tym zajeli i już po chwili Thousand Sunny zaczął się szybko oddalać od Kaneyamy.
- TRZYMAJCIE SIĘ!! – krzyczała Marisa machając swoich przyjaciół. – DO ZOBACZENIA!!!!
- Uważaj na siebie!
- Szerokiej drogi!!!
- Powodzenia!!
W końcu stali się tak mali, że nie było ich już widać, zaś statek Piratów Słomianego Kapelusza wypłynął na otwarte morze.
Luffy z lekkim uśmiechem spojrzał w dal.
- Teraz musimy tylko znaleźć Zoro. – powiedział.
- Znajdziemy. – rzekł Sanji klepiąc go przyjaźnie po ramieniu. – mięso gotowe.
- I O TO CHODZI!!!!
Zaciągając ze sobą Marisę wskoczyli do jadalni, gdzie już czekała reszta siedząc przy długim stole. Statek płynął przed siebie.
Był spokojny letni dzień. W sam raz na porządne plażowanie.

Koniec księgi pierwszej.

Ciąg dalszy nastąpi



bullet Napisane przez Komimasa dnia 05 wrzesień 2009 · Kategoria: Fanfiki ·
· 0 komentarzy · 1277 czytań · Drukuj

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Komimasa
11/07/2019 12:56:07
Nie rozumiem, w czym problem z tym miejscem na avatar. Imo jest w dobrym miejscu.

Komimasa
11/07/2019 12:55:19
Regulaminem w skrócie jest nie przeklinanie i nie spolerowanie wydarzeń z mangi. Po więcej szczegółów odsyłam do kompasu po prawej u gory "forum" i tam "regulamin"

apap
10/07/2019 01:31:09
Ogólnie, pomyliłem miejsca publikowania awatarów na profilu, jest mi wstyd dałoby radę jakoś to odwrócić? xd

apap
10/07/2019 01:24:39
Siemanko wariaciki, jak coś jestem dobry na ból głowy po zbyt krótkich odcinkach. Jestem świerzak, potrzeba mi kocenia, gdzie znajdę regulamin forum? Z Wyrazami Szacunku apap

Komimasa
05/07/2019 17:43:18
Siemka. Zależy których. Czasem też jest tak, że to nie działa u kogoś. Możesz wysłać mi po prostu PW. Wtedy, na ile będzie się dało, będziemy działać Smile

Ishiyan
04/07/2019 18:21:03
Hej. Jestem nowy, więc dzięki za wyrozumiałość. Gdzie można zgłosić, których odcinków nie można pobrać/oglądać? Jest tego troszkę.

Komimasa
27/05/2019 01:16:52
Dziwne pytanie. Z założenia to raczej jak kończy się oglądać i czuje się niedosyt, ludzie biorą się za mangę. Myślę, że to zależy od indywidualnych preferencji.

AlfaOmegaXD
26/05/2019 21:10:52
potem zacząc czytac

AlfaOmegaXD
26/05/2019 21:10:24
Aha, rozumiem ale mam jeszcze jedno pytanie tez sie nawiazuje do anime i mangi a mianowicie lepiej przeczytac mange teraz jak jestem juz w trakcie ogladania OP czy lepiej pierwsze skonczyc ogladac a p

Komimasa
25/05/2019 10:36:10
Czasem kreska potrafi być bardziej dynamiczna niż animacja. No i można lepiej oddać postacie i teksty ich ciekawsze zrobić, bo jest więcej miejsca.

Komimasa
25/05/2019 10:35:02
głosy, więc bardzo przyjemnie się to ogląda, tylko właśnie momentami irytują pewne przedłużenia. A manga, cóż, słowotok, masa tekstu na stronę, ale bardzo ładnie narysowane.

Komimasa
25/05/2019 10:34:02
Ciężkie pytanie. Gdy odcinki pokazują bardziej to, co było w mandze, to bardzo przyjemnie się je ogląda, ale te ostatnie retrosy na cały odcinek... uch. Mamy całkiem ładną kreskę i świetne

AlfaOmegaXD
24/05/2019 19:48:20
Ej mam takie jedno pytanie. Co jest lepsze wedlug was anime OP czy manga ?

Komimasa
22/05/2019 12:03:19
Aczkolwiek szkoda, bo muszę przyznać, że przy takim arku jak Wano, gdzie co chwile trzeba lukać do poprzednich rozdziałów, posiadanie ich na readerze jest niezwykle pomocne.

Komimasa
22/05/2019 12:02:15
Wysłałem właśnie do korekty 942, uprzedzam, że z pojawieniem się tego rozdziału zniknie z 10 poprzednich, także kto nie nadrobił, radzę szybko działać Smile

Zibii
22/05/2019 09:42:38
Ja tam nie wiem co mam pisać, ale też codziennie wchodzę Smile No dobra nie codziennie raz na parę dni xD

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
7,726,025 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony