REJESTRACJA
958 PL

957 PL

956 PL

  901 PL!

  900 PL!

  899 PL!

Nasza codzienność
Autor: Devzan dnia 19/11/19 20:41
Story Cubes 11: Szklana Pogoda -..
Autor: Eikichi dnia 19/11/19 18:01
Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Autor: fuszioms dnia 19/11/19 13:54
Rozdział 961
Autor: Kaioken dnia 16/11/19 22:41
Nakamowy wyjazd do Budapesztu
Autor: Devzan dnia 16/11/19 17:32
Cenzura wyszukiwania w Google i ..
Autor: Trace dnia 15/11/19 11:05
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
- ...Odpłynęli.
Jackie stała na molo i patrzyła na pusty horyzont. Trzymany za ucho plecak został postawiony na ziemię. Nie miała już powodów do pośpiechu.
Fakt, wspominali coś o tym, że się będą zbierać rano. Fakt, zaspała trochę.
Ale było dopiero południe! Mogli przecież chwilę poczekać!
Wydawało jej się, że całkiem nieźle się dogadują...
- A pies wam mordy lizał i waszych matek też! - krzyknęła w stronę morza. – Niech no ja was spotkam na morzu, to wam soczyście wygarnę, co o wam myślę, dranie sparszywiałe!
Miotała się jeszcze chwilę bezradnie na pustym molo, póki jej złość i rozgoryczenie nie przeszły.
Myślała, że już się polubili...
Prychnęła, zarzuciła plecak na ramię i wróciła do portu.
To niemałe miasto. Co dzień przechodzi przez niemałą rotację statków. Na pewno znajdzie się ktoś, kto ją zabierze dalej.

Barman Tito rozejrzał się po lokalu. Była to typowa karczma, taka sama jak wiele innych na świecie. Większość miejsca zajmowały porozrzucane tu i ówdzie… no dobrze, powiedzmy, że „krzesła i stoły”. Trzeba przyznać, z daleka sprawiały wrażenie solidnych, drewnianych wyrobów mistrzów rzemiosła. Wystarczyło jednak podejść bliżej, by przekonać się, że jest to tylko złudna iluzja. Po pierwsze – określenie tych mebli, jako „drewniane” jest nie tyle błędne, co obraźliwe dla wszystkich drzew, krzaków a także dla tego dziwnego gościa grającego we wszystkich przedstawieniach drzewo. Stoły i krzesła były wykonane raczej z trocin i jakiejś dziwnej substancji, przywodzącej na myśl połączenie słomy i gnoju. Tutaj dochodzimy do drugiej konkluzji - zapomnij o słowie „solidne”. Żółtodziobom pierwszy raz goszczącym w barze często zdarzało się zostać z kawałkiem krzesła w dłoni, gdy zbyt mocno chwycili się oparcia. Można by pomyśleć, że takie wyposażenie jest obelgą w stronę klientów, odstraszającą potencjalnych gości. Jednakże po głębszym namyślunku dochodziło się do stwierdzenia, że inwestowanie w meble drewniane (do tego solidne!) jest stratą pieniędzy. Biorąc pod uwagę częstotliwość wybuchających w karczmie bójek, żaden mebel nie miał prawa do zbyt długiej egzystencji w jednym kawałku. Natomiast imitacji „mebli” nikomu nie było szkoda, co awanturnicy często podkreślali rozwalając krzesło na czyjejś głowie. Dziś wieczorem było jednak spokojnie. Wszystko za sprawą tych wrednych piratów. Nie żeby piraci stanowili jakiś problem. Korsarze często odwiedzali lokaj pana Tito, który przyjmował ich z otwartymi ramionami, pewny, że zdoła uszczypnąć coś z ich skarbca. Oczywiście zdarzało się, że piraci wywoływali zamieszki, okradali innych klientów, krzyczeli niczym stado pawianów i pożywiali się z manierami… właściwie to bez manier. Jednakże, kto tak nie robił? Być może nie tak intensywnie, każdemu jednak zdarzało się zachować w niekulturalny sposób. Jednakże ci piraci… byli mili. Na pierwszy rzut oka zachowywali się jak na ludzi morza przystało: byli głośni, niewychowani i często kłócili się między sobą. Jednak wbrew oczekiwaniom wszystkich, piraci nikogo nie zaczepili, nikogo nie obrabowali a ich stół niepokojąco długo pozostawał w całości. Ludzie nie byli przyzwyczajeni do takiego zjawiska, dlatego woleli nie przebywać w obecności przybyszów. Nic dziwnego. Źli korsarze bywali nieprzyjemni, jednak obcując z nimi, człowiek wiedział na czym stoi. A raczej, że już długo nie postoi. Przynajmniej nie w tych samych spodniach. Jednak względnie dobrzy piraci… Są dużo gorsi. Nigdy nie wiadomo, z czym tacy wyskoczą. Stanowią niezgłębioną przez nikogo zagadkę. A ludzie boją się tego, czego nie mogą zrozumieć.

W kącie pubu „Pod uchem zapchlonego psa” siedziała przy stole grupka piratów. Wszyscy jak jeden mąż nachylali się nad swymi kuflami, ze zdegustowanymi minami przyglądając się ich zawartości. Rudowłosa dziewczyna, będąca przywódcą tej zbieraniny, odsunęła od siebie kufel i z zmarszczonymi brwiami zwróciła się do siedzącego obok niej dwumetrowego olbrzyma:
-Chopper, jesteś pewien, że to piwo?
-Oczywiście- odparł pewnie.
-Tam się coś poruszyło…
-To dobrze. To znaczy, że napój składa się z samych naturalnych składników.
-Chopper ma rację – stwierdził Grigorij, osobnik zarośnięty i nie gustownie ubrany. –Według starego porzekadła, w najczystszych studniach żyją jaszczurki. Zatem cokolwiek pływa w twoim piwie, świadczy o jego wysokiej jakości.
-Wydaje mi się to, co najmniej niehigieniczne.
-Niewierna!! Jak śmiesz wątpić w mądrość twych przodków!!
-Gdybyś widział wujka Jo w czasie świniobicia… też byś zwątpił. – W barze zapanowała na chwile cisza. W końcu jeden z piratów powstał ściskając w dłoni kufel. Był to Tater – właściciel różowej czapeczki błazna z dzwoneczkami, a także niezły przystojniak.
-Ja nie mam zamiaru pozwolić, by dobre piwo się zmarnowało! Tak postąpiłby prawdziwy mężczyzna! - Trefniś rozejrzał się po obecnych. – Czy wśród nas są jeszcze jacyś prawdziwi faceci?! Co?! – Piraci spojrzeli niepewni na siebie, po czym trójka nieco drżących śmiałków powstała od stołu. Tater podniósł wysoko kufel i krzyknął:
-Nac, Xaton, Cruss! Wasze zdrowie!- Wyżej wymienieni odwzajemnili toast Tatera, za jego przykładem przytknęli kufle do ust, po czym pociągnęli łyk zielono-brązowej cieczy. Zareagowali różnie. Xaton usiadł gwałtownie, co przerosło granice wytrzymałości krzesła. Zamaskowany strzelec upadł wraz z drewnianymi szczątkami na podłogę, gdzie już pozostał. Nac przybrał siny kolor i zaczął się krztusić, natomiast Cruss stał w miejscu z dość nieobecnym wyrazem twarzy.
-Idioci. W jaki sposób wpadliście na pomysł wypicia tych szczyn?- powiedział Tater, trzymający w dłoni wciąż pełny kufel.
-Kiedy odzyskam wzrok… zabije cię – powiedział Cruss. Tater uśmiechnął się szyderczo.
-Pod warunkiem, że doskoczysz mi powyżej kolan, knypku.
Wirujący z zawrotną szybkością kufel przeleciał koło ucha Tatera.
-Kurduplu, co to było?!
-Cholera! Nie trafiłem?!

Niedaleko piratów siedziała pochylona nad mapą Jackie. Przed chwilą dziewczyna zjadła spory posiłek. Niestety po zaspokojeniu głodu, jej sakiewka okazała się nieprzyjemnie pusta. Było to dość niepokojące, zwłaszcza dla kogoś, kto planował wyruszyć w dalszą podróż. Jackie zachowała jednak typową dla siebie pogodę ducha i opracowała misterny plan. Postanowiła zatrudnić się jako pomywacz na którymś z statków. Jednakże podsumowując wszystkich obecnych w porcie kapitanów...
- Mtaa... Do tego grubego nie mam się co zaciągać… Z pozostałymi podobnie. Ten płynie do miasta handlowego, na wyspa pokrytej tylko budynkami… Ha! Może to ciekawe dla architekta, ale generalnie nie ma na czym zawiesić oka... - Jackie patrzyła ponuro na mapę. Statki kursujące wyłącznie do sąsiednich wysp jej nie interesowały, ale wszystko wskazuje na to, że będzie musiała się gdzieś cofnąć, żeby złapać inny statek o dalekim zasięgu...
Jackie zacisnęła pięści, po czym zatrzymała przechodzącą kelnerkę.
- Co to za banda się tak drze? Myśli zebrać nie idzie!
Dziewczyna spojrzała na nią z przestrachem.
- To piraci, proszę pani! Przybyli dzisiaj rano, wszyscy widzieli ich statek, ich banderę. Pozamawiali jedzenie i alkohol, i teraz się głośno śmieją, co chwila słychać jak się przechwalają jeden przez drugiego. Dzikusy, proszę pani, prawdziwe dzikusy!
Przestała mówić widząc w oczach Jackie dziwny błysk. Odsunęła się od niej, zasłaniając się trzymaną w dłoniach tacką jakby chciała się obronić przed dziwnymi pomysłami dziewczyny, po czym odeszła pośpiesznie.
Na ustach Jackie wykwitł szeroki uśmiech. Zebrała swoje rzeczy i ruszyła w stronę roześmianych ludzi.
”Piraci... z nimi jeszcze nie płynęłam.”

- Heeej - przywitała się pogodnie, przystawiając sobie krzesło do ich stolika. – Jeden wróbel wyćwierkał mi, że macie sporo miejsca na statku, może mogłabym się z wami zabrać?
Piraci zastygli w bezruchu. Większość w dość nietypowych pozach. Nad głową Tatera zawisł wciąż sztywny Xaton, który posłużył niewielkiemu Crussowi za maczugę. Chlor nieprzytomnie wpatrywała się przed siebie, śliniąc się obficie i mamrocząc pod nosem jakieś prorocze słowa, które starannie zapisywała Ryba. Chopper siłował się na ręce… sam ze sobą. Nac znalazł sporego karalucha, którego z satysfakcją dźgał zardzewiałym widelcem. Grigorij siedział naburmuszony i ociekał jakąś śmierdzącą substancją. Zapewne miała z tym coś wspólnego Sakana, która chwilkę wcześniej opryskała go piwem. Obecnie wszyscy wpatrywali się w przybyłego gościa. Jackie odsunęła się nie znacznie od korsarzy.
-Tem… nie będę wam przeszkadzać…
Dziewczyna odwróciła się, widocznie mając zamiar opuścić lokal, gdy czyjaś silna dłoń chwyciła ją za ramię. Jackie spojrzała za siebie i ujrzała wielkiego osiłka o sympatycznym wyrazie twarzy. –Dziewczyno… Czy właśnie ośmieliłaś się zwątpić w potęgę załogi Soge?!
-Nie, skądże znowu. Po prostu… zostawiłem w domu wyłączone żelazko i…
-Aha! Mam cię! Żelazka jeszcze nie wynaleziono!
Dziewczyna zaklęła brzydko pod nosem. Jakim cudem mogła wymyślić tak beznadziejne kłamstwo?! Gdyby nie wiedziała, pomyślałaby, że występuje w niszowej opowieści, której autor z braku pomysłu wymyślił jej taką a nie inną kwestię. Pod naciskiem Choppera dziewczyna ponownie usiadła przy stole.
-Nie dopuszczę, by taka lask… to znaczy młoda dziewczyna, chodziła po świecie z błędnym przeświadczeniem o naszym wspaniałym teamie! Pozwól, że opowiem ci historię o naszym męstwie. O naszej mocarności, odwadze i wspaniałości. Opowieść o lojalności i próbie przyjaźni. O pokonywaniu przeszkód, walce z potworami oraz złem w najgorszej postaci. Jest to historia naszego największego triumfu, w której bezsprzecznie zginęlibyśmy… gdyby nie moje męstwo!
W dłoni Grigorija pojawiła się drewniana laska, która zatoczyła łuk w powietrzu i wylądowała na głowie wielkoluda.
-Ała! To znaczy… nasze męstwo…

Ekscelencja Hachigoro siedział przy biurku zawalonym stertami papierów i zawzięcie gryzmolił w grubym zeszycie. Mężczyzna lubił swoją pracę. Pozwalała zaspokoić pragnienie biurokratyzacji świata, dostarczając jednocześnie sporo rozrywek. Obecnie pochłaniało go niezmiernie ekscytujące zajęcie, w postaci składania dziennego raportu. Jak na pana Hachigoro, była to czynność wręcz ekstremalnie podniecająca. Ten orzeźwiający zapach świeżego papieru i atramentu… Mężczyzna pozwolił sobie nawet na odrobinę szaleństwa i skorzystał z pióra prawdziwego ptaka południowego. Dzień byłby wyśmienity… Gdyby nie te wrzaski… Hachigoro spojrzał znad okularów przed siebie. Na środku niewielkiego gabinetu siedział przykuty do żelaznego krzesła młody człowiek. Był on nienaturalnie blady, co silnie kontrastowało z jego zakrwawionym ubraniem. Obok niego stał muskularny osiłek z tępą twarzą, trzymający w dłoni spore obcęgi. A w nich – kawałek palca.
-Hisaki.
Z cienia wyłonił się człowiek noszący czarny habit.
-Słucham Ekscelencjo?
-Kto to jest?- spytał urzędas wpatrując się w napakowanego kata.
-To Ejami Pstoko. Nowy w tej branży. Zaczął dość niedawno…
-Źle. To partacz. Partacz, który swoją niekompetencją psuję naszą dobrą opinię. Trafiający do nas ludzie oczekują profesjonalizmu. Profesjonalizmu! A ten kretyn, co zrobił? Owszem, zaczął dobrze. Zadał pytanie i w razie braku współpracy zagroził wyrwaniem paznokcia. Więzień zgodnie z wszelką normą odmówił zeznań, więc nasz idiota przystąpił do działania. I tu wszystko się posypało. Zamiast paznokcia wyrwał mu cały palec. To tak… jakby okłamał tego nieszczęśnika! A okłamywanie ludzi nie jest właściwe…
Hachigoro zamyślił się na chwilę.
-Każ go ubiczować. 100 razy. I wyrwijcie mu kciuka… To powinno go nauczyć, że tortury nie są zabawą.
-Tak jest ekscelencjo. – Mnich w czarnej szacie pstryknął palcami. Po chwili zarówno więzień jak i jego oprawca zostali wyprowadzeni z sali przez dwójkę uzbrojonych ludzi. Hachigoro przyglądał im się z satysfakcją. O tym właśnie mówił. Profesjonalizm. Wystarczyło pstryknięcie Hisakiego, a oni bezbłędnie odczytali intencje swego pana i wykonali rozkaz. Biurokrata westchnął, po czym krzyknął:
-Następny!! – Do gabinetu został wprowadzony kolejny więzień. Był to młody chłopak z blizną na twarzy. Hachigoro uśmiechnął się promiennie.
-Ach… Toż to nasz gość specjalny! Pan…- tu zerknął do zeszytu – …Nac! Cóż za niezmierna radość, że w końcu pan do nas trafił. Mam nadzieje, że został pan przyjęty z odpowiednimi honorami.
-Właściwie to nie zostałem jeszcze… obsłużony.
Hachigoro zacmokał zatroskany.
-To niedopuszczalne! Proszę jednak zachować spokój, dopilnuje by jak najszybciej dane było panu doznanie wszystkich naszych… atrakcji. Ha ha ha.
W pokoju rozległ się donośny rechot. Pozornie wydawało się, że zawiera w sobie wszystko, czego potrzebuje radosny chichot. Jednakże wsłuchawszy się uważniej… nie znajdowało się w nim wesołości. Zupełnie jakby jego właściciel nauczył się śmiechu z instrukcji na papierze. W dodatku pisanej po japońsku. I bez obrazków. Nac wpatrywał beznamiętnie w Hachigoro, po czym również wybuchnął śmiechem.
-Pozwoliłem ci się śmiać nikczemniku?! - krzyknął Hachigoro. Z jego twarzy zniknął wcześniejszy spokój, zastąpiony Srogą Surowością. Nac zamrugał zdziwiony.
-Przepraszam… To z grzeczności. Jesteś tak żałosny, że nie miałem sumienia by nie zaśmiać się z twojego kiepskiego żartu.
Na czole Ekscelencji Hachigoro zapulsowała żyłka, mężczyzna nie dał się jednak porwać emocjom. Uważał on uczucia za wyjątkowo niebezpieczne, a przecież aktywował już Srogą Surowość. „Oj, jestem dziś niezwykle pobudzony” pomyślał Hachigoro. Potrząsnął głową i przybrał zwykłą dla siebie pozbawioną wyrazu twarzy.
-Twa troska wzruszyła me serce. Już dawno nikt mnie tak nie poruszył. Ha ha ha.
Hachigoro zmrużył oczy, Nac jednak siedział cicho jak mysz pod miotłą. Ekscelencja kiwnął głową zadowolony.
-By okazać ci wdzięczność, poz…
-HA HA HA HA!!! Przepraszam!! Ha hah ha Haaah! Dopiero teraz załapałem!! A hią hią hią.
Hachigoro zmarszczył brwi i nacisnął duży, czerwony przycisk zainstalowany na biurku. Jednocześnie przez metalowe krzesło przepłynął prąd, porażając śmiejącego się Nac’a. Śmiech momentalnie ucichł.
-Jak już mówiłem, by okazać ci wdzięczność za twą niezmiernie litościwą duszę, mogę ułatwić ci twój nieszczęsny los. Wystarczy, że powiesz nam wszystko, czego zażądamy, a…
-Wypuścicie mnie? Ale mnie tu się podoba. Poznałem wielu miłych ludzi. No, oraz ciebie.
-Oczywiście, że tu zostaniesz. To twój nowy dom, w którym spędzisz resztę żywota. Jednak w zamian za współpracę, zamiast Zestawu De Lux otrzymasz zwyczajową dawkę tortur.
-Och, niezwykle kusząca oferta. Sam nie wiem. Co właściwie miałbym wam powiedzieć?
-Och, ty dobrze wiesz, co.
-Przykro mi. Nie wiem.
-Lepiej przypomnij sobie szybko. Nie chcesz, żebyśmy musieli ci w tym pomóc. Prawda? Więc jak będzie? Zdradzisz nam umiejętność czytania Poneglyphów?
-Hm, najpierw naradzę się z Poneglyphową wróżką, która nauczyła mnie tej sztuki. Zaraz! Ona przecież nie istnieje! Podążając tym tokiem rozumowania… Nie mogła mnie niczego nauczyć! Czyżbym nie umiał czytać Poneglyphów?! Niesamowite, czego człowiek może się o sobie dowiedzieć…
-Rozumiem. Twój wybór.
Hachigoro pstryknął palcami. Nic się nie stało. Ekscelencja pstryknął ponownie. Znowu bez rezultatu.
-Ech, Hiaski, możesz?
Z cienia dobiegł odgłos strzelających palców. Wkrótce dwójka strażników odprowadziła Naca do lochów. Hachigoro otwarł opasłą księgę i zamaszystym ruchem nakreślił w niej kilka znaków. Po chwili podniósł głowę i krzyknął:
-Następny!!

Typowa karczma, identyczna niczym wiele innych na świecie. Z kupami trocin udającymi meble, z lepiącą się od brudu podłogą i z powietrzem przesiąkniętym przeróżnymi zapachami. Głownie ludzkim potem, fermentującym alkoholem oraz kiszoną kapustą. Z niewyjaśnionych przyczyn, w takich miejscach zawsze zalatywało kiszoną kapustą. Jest to jedna z wielu zagadek wszechświata, które czynią nasz świat odrobinę ciekawszym miejscem. I odrobinę śmierdzącym.
W zwykłej karczmie, przebywał niezwykły gość. Rudowłosa, piegowata dziewczyna siedziała przy barze i piła. Bynajmniej nie sok owocowy. Chałtama Lampucera Otomana von Raszpla ( dla przyjaciół, wrogów, przystojnych nieznajomych, miłych starszych osób i słodkich zwierzątek – Chlor) odstawiła pusty kieliszek, wzbudzając w poruszenie swą okultystyczną biżuterie, która zabrzęczała dźwięcznie. Nieco chwiejnym głosem poprosiła o następną kolejkę. Barman uśmiechnął się przymilnie i z radością przystąpił do wykonania poleconego zadania. Sięgając po kolejną butelkę, barman rzucił okiem w stronę środka lokalu. Jego spojrzenie skrzyżowało się z spojrzeniem łysego starucha, który niemal niezauważalnie przytaknął głową. Barman mrugnął konspiracyjnie. Korzystając z nieuwagi Chlor, dosypał do sake trochę białego proszku. Po czym jakby nigdy nic, nalał słodkiego trunku do kieliszka i z promiennym uśmiechem na twarzy podał klientce.
-Proszę uważać. Sporo już pani wypiła. Chce chyba pani trafić do domu?
-Nie martw się o mnie. Mam mocną głowę. – Mówiąc to upiła sake z kieliszka. – Właściwie, to nie pamiętam, kiedy ostatnio urwał mi się fil…- Dziewczyna zakołysała się, wybulgotała coś niezrozumiałego i legła jak długa na ziemie. Barman pochylił się nad nią kręcąc współczująco głową.
-Naprawdę, niektórzy nie wiedzą, kiedy przestać.
Fenomenalny upadek nie został niezauważony przez klientele. Co bardziej szlachetni młodzieńcy, liczący na gorącą wdzięczność przebudzonej Chlor, wstali od stołów z zamiarem wyruszenia na ratunek damie w opałach. Niestety zostali wyprzedzeni. Łysy starzec w towarzystwie trzech szpetnych osiłków podszedł do nieruchomego ciała Chlor. Jeden z zbirów bez zbędnych ceregieli zapakował dziewczynę do worka. Wszyscy obserwatorzy jednocześnie odwrócili wzrok. Nawet ci, którym marzyła się rola księcia z bajki. W końcu… nie ma zmartwienia. Ten miły, starszy pan, na pewno zajmie się tą damą jak trzeba. Wygląda na dobrodusznego altruistę, czyż nie? Ha, pewnie to nawet jej dziadek. Tak, zdecydowanie nie ma czym się niepokoić…

-Niepokoiłem się. – ciągnął swą opowieść Chopper. – Chlor wyjątkowo długo nie wracała. Odkąd pamiętam zdarzało się jej wizytować miejscowe bary w pojedynkę (Zapewne większość z was rozumie, że Chlor nie uczęszczała do tych miejsc w celach turystycznych. Jednakże zgodnie z Dekretem Edukacyjnym nr 44, moim zas…adniczym obowiązkiem jest zwrócenie na to ponownie uwagi, żeby co niektórzy mniej szczwani czytelnicy lepiej orientowali się w przebiegu wydarzeń. Zatem: tak, Chlor tam piła. Owszem, spożywanie alkoholu jest złe. Nie próbujcie robić tego w domu. Od tego są bary). Nigdy jednak nie znikała na tak długo. Oczywiście ci beztroscy kretyni niczego nie zauważyli. Ja jeden poczułem szarpnięcie w sercu – to więzy przyjaźni. Dały mi znać, że z naszą Chlor dzieje się coś niedobrego…
-Kłamca!!- krzyknęła cała załoga.
-Prawda boli, co?
-Jakim prawem wypowiadasz te banialuki?- Głos doszedł z poziomu podłogi. Głos ów zmierzał coraz wyżej, aż nagle spod stołu wyjrzała zamaskowana twarz Xatona. Wkrótce wyłoniła się cała postać Super-snajpera, który energicznie trzepocząc peleryną wskoczył na stół.
-Nie słuchaj ich panienko – zwrócił się do Jackie. – Tylko Xaton powie ci prawdę. Nie jest tajemnicą, kto jako pierwszy zauważył zniknięcie Chlor-san.
-Złaź ze stołu idioto!- krzyknął Grigorij, karcąc przebierańca za pomocą swej nieodzownej laski. Wszyscy umilkli na chwilę, by obserwować lot Xatona. Trzeba przyznać, że Grigorij nabierał wprawy. Okładanie wszystkich laską po głowach, z pewnością wspaniale wyrabiało mięśnie. Tater oderwał wzrok od sunącego w powietrzu Niby-Sogekinga i skupił się na Jackie.
-Xaton ma niewątpliwie rację. Faktycznie to ja najszybciej zorientowałem się w sytuacji. Wewnątrz duszy czułem, że Chlor stało się coś… złego.
Wraz z ostatnim słowem Tatery zabrzmiało uderzenie grzmotu. Jackie zaświeciły się oczy. Z podejrzliwością spojrzała na chłopaka w czapce błazna.
-Jak… jak to zrobiłeś?!
Tater uśmiechnął się chytrze.
-Posiadam wiele… umiejętności.
Ponownie dane było usłyszeć ryk błyskawicy.
-Jeszcze raz! Jeszcze raz!
-Mówisz – Grzmot – i – Grzmot – masz – Grzmot. – Mogę – Grzmot – tak – Grzmot – cały – Grzmot – dzień – Grzmot. – Sialala, mydełko Fa. - GrzmotGrzmotGrzmot.
-Przestań wykorzystywać bezbronną matkę naturę!!!- Drewniany postrach Grigorija skupił się tym razem na głowie Tatery.
-Ała!! Odwal si… Ała!!
-Nie odzywaj się w tak ordynarny sposób przy damie!!
-Ta, jasne. Zaraz dopiszę to do mojego notesika „Złote myśli Grigorija”. Nie wiem tylko, w której kategorii… Pewnie w „Yeti i ja –znajdź różnice” albo w „Miłość – czyli mały chłopiec i kij”. Jak myślisz Grigorij?
Obaj nakama powstali gwałtownie skorzy to rozpoczęcia małego starcia, jednakże dzięki interwencji Kapitana Ryby obaj równie szybko usiedli na miejsca. Rozcierając obolałą głowę, Tater wrócił do przerwanego wątku.
-Na czym to ja? Ach, no tak, złe przeczucia. Ufając swemu niezawodnemu szóstemu zmysłowi niezwłocznie zmobilizowałem załogę i zaproponowałem misję ratunkową. Jak pewnie zdążyłaś się zorientować, cieszę się sporym szacunkiem w drużynie…
-Oczywiście – przytaknęła Jackie. – To pewnie przez tę czapkę.
-… posłuchano mnie więc bez zadawania zbędnych pytań. Wkrótce dotarliśmy do celu. Ze mną na czele wkroczyliśmy do karczmy. W barze momentalnie zapanowała cisza. Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. A musisz wiedzieć, że tamtejsza klientela składała się z najgorszych zabijaków na Grand Line. Całym sobą czułem, że mają ochotę na rozróbę. Nie wiedzieli jednak, z kim mają do czynienia. Wystarczyło, że rozejrzałem się władczo wokół siebie. Nikt nie wytrzymał mego palącego jak rozgrzane żelazo wzroku. Bez problemu udowodniłem, że jestem samcem alfa w tym stadzie. Ruszyłem powoli przed siebie. Nagle zobaczyłem go… Czerwonowłosy mężczyzna ze trzema szramami na twarzy. Pozbawiony jednej ręki. Rudy Shanks. Nasze spojrzenia skrzyżowały się. Atmosfera w lokalu zagęściła się, zelektryzowała, gdy dwie ogromne potęgi stanęły ze sobą twarzą w twarz. Nie wiem jak długo siłowaliśmy się. W końcu, udało mi się go złamać. Shanks uśmiechnął się szeroko i wzniósł kufel piwa na moja cześć. Kiwnąłem mu uprzejmie głową. Wtedy się zaczęło. Oszalałe kobiety piszczały, mdlejąc jedna po drugiej. Mężczyźni rozmawiali ze sobą szeptem, niektórzy bili nam brawo, jeszcze inni rzucali nam się do nóg. Patrząc na to z perspektywy czasu, nie dziwię się. Byliśmy godni. I zacni.

Typowa karczma, identyczna niczym wiele innych na świecie. Wypełniona po brzegi tłumem ludzi pijącym piwo i bawiącym się w najlepsze… Gdy wtem, ogromny meteoryt… pfu! Nie ta bajka. Oczywiście, że żadne skalne ciało niebieskie nie wleciało do baru dokonując totalnej masakry. Powiedzmy sobie szczerze, meteoryty w gruncie rzeczy nie radzą sobie za dobrze z takimi sprawami. Dużo lepiej wychodzi to ludziom. Dwójka z nich właśnie wleciała do baru roztrzaskując w drobny pył drzwi speluny. Jeden z nich nosił różową czapkę błazna. Drugi był dwumetrowym wielkoludem. Oboje wydając szaleńcze wrzaski poczęli dewastować otoczenie. Za sprawą Trefnisia i jego pistoletów wkrótce wszystkie szklane przedmioty rozleciały się na kawałeczki, a ścianom przybyło trochę dodatkowych otworów. Olbrzymi facet wolał bardziej kontaktowe działanie. Dzierżąc dwuręczny miecz z niezwykłym upodobaniem rozczłonkowywał krzesła i stoły.
Gdy Ryba wraz z resztą załogi dotarła do karczmy, jej oczom ukazał się niecodzienny obraz. Tater stojąc pośrodku lokalu obracał się wte i wewte, mierząc pistoletami w kulących się przy ścianach klientów. Każdy, kto znalazł się na celowniku wykonywał rozpaczliwy ruch, mający na celu uczynienie go mniejszym niż jest w rzeczywistości. O dziwo, niektórym się udawało. Niesamowite, co człowiek może osiągnąć, gdy tylko dostarczy mu się odpowiedniej motywacji. Nad jedną z przerażonych grupek stał Chopper, który wymachując swym długim ostrzem krzyczał w niebogłosy:
-No?! Chcecie poznać historię mego miecza?! Chcecie?!
-Wystarczy Chopper.
Drągal drgnął na dźwięk głosu swego kapitana.
-Ale… oni bardzo chcą usłyszeć tą opowieść. Prawda?- spytał z nadzieją w głosie.
-Oczywiście!!
-Co tylko powiesz o wielki i szlachetny!!
-Nie zabijaj nas!!!
-Widzisz? Nie mogę im odmówić.
Ryba pokręciła głową i zostawiła Choppera samego sobie. Podeszła do Tatera.
-Więc to był twój wielki plan. Zaiste, twój geniusz jest niezrównany.
Tatra zarumienił się.
-Och, no wiesz… Dzięki. Wiedziałem, że kiedyś ktoś to dojrzy.
-To była ironia idioto!
-Później pogadamy o owocach! Ratujmy Chlor!
-Och, świetny pomysł! Tyle, że… tu jej nie ma!
-…więc wtedy wpadłem do jaskini, gdzie znalazłem wbity w skałę miecz!!
-Przychodzenie tutaj było błędem.- Głos należał do mężczyzny w średnim wieku, który wyłonił się nagle z zaplecza. – Wasza koleżanka jest już stracona. Nie zdołacie jej pomóc.
Tater uśmiechnął się szeroko.
– Aha! Wiedziałem, że wystarczy narobić zamieszania, a szczury wyjdą z ukrycia! Wpadłeś w moją pułapkę!
-Tia, jasne – powiedziała Ryba, zerkając krzywo na towarzysza. – Mniejsza o to! Gadaj gdzie jest Chlor!
-Czy to ważne? I tak nigdzie nie dojdziecie, gdy połamię wam nogi.
-Och, ty i twoja armia, tak? – parsknął Tater.
-Brawo! Zgadłeś.
Do załogi doleciały odgłosy ciężkiego człapania. Z zaplecza wyszła grupa 10 muskularnych… Hmm, stwierdzenie „ludzi” było by zbyt śmiałe. Wzrost i aparycja goryli poddawały w wątpliwość ich przynależność gatunkową, myślę więc, że najbezpieczniejszym określeniem będzie: „człekokształtni”. Cała załoga przełknęła ślinkę i wykonała krok do tyłu. Prawie cała. Dzielny Xaton wystąpił do przodu z wysoko podniesioną głową.
-Znowu muszę was ratować! Ha! Nie martwcie się, wasz super bohater wszystkim się zajmie!
-Świetnie. Zmywajmy się, dopóki te tępe góry mięsa skupiły się na tym idiocie.
-Słyszę was!!
-Ekhm, to znaczy… Do boju! Liczymy na ciebie!
Xaton prychnął, wypiął dumnie pierś i… zaczął śpiewać.
-Lu lulu ~ lu lu la la ♪…
Jeden z bezmózgich osiłków chrząknął nosem, zapewne wyrażając w ten sposób jakąś wysoce elokwentną myśl. Następnie wyjął zza pasa grubą, drewnianą pałkę, którą bez problemu przełamał na pół. Xaton zamarł w bezruchu, po czym upadł na podłogę trzymając się za brzuch.
-O nie! Umrę-Jeśli-Będę-Walczyć! Dlaczego teraz?! – Jak na kogoś śmiertelnie chorego, Xaton niesamowicie szybko znalazł się za plecami Sakany.
-Teraz wszystko w twoich rękach! – Mówiąc to popchnął dziewczynę do przodu. – Przekazałem ci całą moją mądrość! Wykorzystaj ją! Wykorzystaj potęgę ducha Sogekinga! Potęgę płynącą z Snajper Island… w twoim sercu!- Xaton zakończył monolog podnosząc kciuk do góry. Sakana kiwnęła głową ze zrozumieniem. Śmiało podeszła do monstrualnych zbirów, spojrzała na ich szpetne oblicza bez cienia strachu, po czym… padła na kolana i oddając pokłon krzyknęła:
-Proszę o wybaczenie!
Ryba zaniemówiła. Chwyciła Xatona za kołnierz i wrzasnęła:
-Czego ty uczysz moich ludzi czubie?!
-Um… Ja… Proszę o wybaczenie.
-Ech, nieważne.- Ryba westchnęła wypuszczając Xatona z żelaznego uścisku. – Sama się tym zajmę!
-Nie. My to zaczęliśmy i my to skończymy – powiedział Chopper, który wraz z Taterem stanął przy boku Ryby.
-Ha, pomogę wam. Przecież beze mnie sobie nie poradzicie – stwierdził beztrosko Cruss. Wkrótce wszyscy załoganci stanęli przy swoim kapitanie gotowi do akcji. To dla Chlor – dla ich nakama! Rzucają lękom wyzwanie i postanawiają walczyć!

Amie wkroczyła do lochu. Miała na sobie typowy strój kata – ciasny, skórzany kombinezon, wiele odsłaniający, pozostawiający jednak wyobraźni spore pole do popisu. Przykuci do ścian mężczyźni zaczęli krzyczeć. Teoretycznie jest to normalna reakcja samców na widok pięknej blond piękności, o falujących włosach, długich, zgrabnych nogach i jędrnych… ekhm, policzkach. Jednakże wbrew wszelkiej logice wrzaski więźniów nie stanowiły żadnych standardowych tekstów na podryw.
-Aaaaaaaaaaaaaaaaa!
-Nie! Błagam! Nie ona!
-Wypuście mnie! Wypuście!
-Aaaaaaaaaaaaaa!
-Proooooszę! Pozwólcie mi wrócić do żony i dzieci! Nie zniosę myśli, że umierają ze strachu o mnie!
-Ty nie masz dzieci!
-Ale mam żonę!
-Tak! W celi obok!
-To nie zmienia faktu, że się o mnie martwi! Na pewno byłoby jej lżej, gdybym był wolny!!
Kobieta zignorowała krzyki, skupiwszy się na jedynym więźniu, który dotąd zachował ciszę. Na Nac’u. Blondynka podeszła do młodzieńca i ze słodkim uśmiechem na twarzy pokłoniła się.
-Dzień dobry. Jestem Amie i będę cię dzisiaj torturować. Mam nadzieje, że dobrze spożytkujemy dany nam czas.

Przykuty do ściany Nac wpatrywał się bezmyślnie w ciemność. W ciemność błogosławioną. Gdyby nie ona, musiałbym opisać pokrytego sińcami i zakrzepłą krwią chłopca, a taki widok nie należy do najprzyjemniejszych.
-Em, Nac. Chciałabym ci podziękować.
Młodzieniec drgnął.
- Chlor, tak? Nie wiem, o czym mówisz.
-No wiesz… To jak osłoniłeś mnie dzisiaj rano…
-Ja… To przez przypadek. Akurat przechodziłem i bat trafił we mnie. Nie myśl, że jestem miły czy coś.
-Mimo to… Pragnę ci się odwdzięczyć. Chcesz wiedzieć, kiedy umrzesz?
-Co?!
-Większość ludzi to interesuje.
-Nie jestem większością. Zresztą, skąd mogłabyś wiedzieć o takich rzeczach?
-Och, jestem całkiem zdolną wieszczką.
-…
-Nie wiesz, co to znaczy, prawda?
-Oczywiście, że wiem!! Tylko… zapomniałem.
-Aha. Chcesz żeby ci przypomnieć?
-Tak. Zezwalam na to. Odśwież moją pamięć.
-Dziękuję ci o łaskawy. Wieszcz to ktoś, kto zdziera zasłonę teraźniejszości, by zerknąć na rozczłonkowany strumień przyszłości.
-Jesteś pogodynką?!
-Nie!!! Jestem jasnowidzem! Przewiduje przyszłość!
-To za co Marines cię capnęli? Wróżenie bez licencji? Używanie nieregulaminowej kryształowej kuli?
-Marines? Jacy Marines? Chyba nie myślisz, że przetrzymuje nas Marynarka?
Ze strony Nac’a nadpłynęła fala zdziwienia i zakłopotania.
-A nie?
-Oczywiście, że nie!! To robota Sekty. Myślałam, że to oczywiste.
-Sekty?
-Ech… Tak, Sekty. Stowarzyszenia Eliminującego Kreatury Typowo Aspołeczne. To ugrupowanie zrzeszające ludzi nienawidzących wszelakich odmieńców. Dla nich każdy adept sztuk magicznych jest pomiotem Diabła. Tępią fantastyczne stworzenia, użytkowników Devil Fruit a czasem zdeformowanych ludzi…
-W dodatku mają fatalną nazwę.
-Dziwne, że tego nie wiesz. Każdy posługujący się nadnaturalnymi zdolnościami słyszał o Sekcie.
-Tem… tyle, że ja nie mam żadnych „magicznych” mocy.
-To co tu robisz?!
-Ci kretyni myślą, że potrafię odczytać Poneglyphy.
-Ciekawe… Po co im ktoś taki?
-Nie wiem. I już się nie dowiem. Wczoraj przekazali mi, że już mnie nie potrzebują. A za okazywanie oporności… spalą mnie jutro na stosie.
-Ha, jaki ten świat mały. Mnie też jutro przypieką.
W celi zapanowała cisza.
-To… będzie juto padać?
-Ech…

-Tak, nasz przeciwnik miał potężnych przyjaciół. Towarzyszyła mu dziesiątka czterometrowych olbrzymów!
-Kłamiesz- rzekł Xaton. –Każdy z nich miał co najmniej osiem metrów!
-Osiem metrów? Jakim cudem zmieścili się w karczmie? – spytała Jackie. Xaton zamarł.
-Osiem metrów!- krzyknął „Sogeking”, postanowiwszy zignorować natrętną słuchaczkę.
– Połowę z nich położyłem własnymi rękoma! Resztą zajęła się moja załoga.
-Twoja załoga… Grigorij, możesz?
-Ała! Żebyś kiedyś utonął w tych swoich kłakach! Ała! Serio, ogól się… Nie! Ja… żartowałem.
Grigorij tym razem opanował się. Były to kiepskie przeprosiny, lecz jak na Xatona to i tak wiele. Snajper westchnął z ulgi, po czym kontynuował historię.
-Pokonaliśmy ich bez trudu i bez problemu wyciągnęliśmy od nich zeznania: kto, dlaczego i gdzie. Nie ociągając się, pognaliśmy pod wskazany adres…

Sakana wyjrzała zza śmietnika. Utkwiła wzrok na solidnych metalowych drzwiach, wbudowanych w ceglany mur. Dziewczyna cofnęła się i odwróciła do załogi.
-Jesteście pewni, że to tu?
-Tak mówił tamten facet z karczmy. Myślę, że możemy mu ufać.
-To był nędzny łajdak!
-Dokładnie. Własne życie obchodziło go najbardziej, dlatego łatwo przyszło mu zdradzenie informacji, gdy odpowiednio się go nacisnęło.
-Dobrze, załóżmy, że jesteśmy we właściwym miejscu. Jak się tam dostaniemy?
-Hm, myślę, że mam pewien pomysł. – Cruss obrzucił Grigorija znaczącym spojrzeniem.

Akihito lubił swoją pracę. Jej prostota ciągle go zachwycała. Wystarczało stać przy drzwiach i groźnie wyglądać. Okazało się, że w obu dziedzinach posiada wielki talent. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów Akihito zarabiał pieniądze spełniając się jednocześnie zawodowo. Śmiać mu się chciało na wspomnienie starego ojca, który zaganiał go do nauki. Na co by mu się teraz przydała cała ta wiedza? Akihito przyjął od drugiego strażnika papierosa, by wciągnąć do płuc kolejną dawkę zabójczego dymu.
-Mówię ci Akihito, to nie do pomyślenia, co tu się czasem dzieje.
-Hm, co masz na myśli?
-Pamiętasz tego gościa z wtorku? Tego, co był cały czarny?
-Ta, pamiętam. I co z nim?
-Ekscelencji coś odbiło i zamiast zamęczyć odmieńca jak bogowie przykazali, staruszek zrobił sobie z niego maskotkę.
-Maskotkę?!
-A no maskotkę. Wrzucił czarnucha do ciemnicy i nazwał Kameleon.
-He he. Dob…
Konwersacje przerwał bardzo nieoczekiwany dźwięk. Do drzwi ktoś pukał. Akihito spojrzał na kolegę, który wyglądał na równie zdezorientowanego. Na szkoleniu nie wspominali o pukaniu. Akihito zagryzł wargi i ostrożnie uchylił klapkę na drzwiach. Jego oczom ukazał dziwny mężczyzna noszący cudaczną maskę.
-Bądź pozdrowiony mój bracie!- krzyknął nieznajomy.
-Coś ty za jeden?!
-Jestem przyjacielem! I przynoszę prezent! – Zamaskowany przybysz machnął ręką. Na jego znak z mroku wyłoniła się piątka ludzi, ciągnąca za sobą zakneblowane i związane… coś. Monstrum posiadało rozmiar przeciętnego człowieka, pokrywała go jednak zbyt wielka liczba kłaków, by był normalną ludzką istotą.
-O to…- krzyknął Xaton- Człowiek Lasu!
Akihito zmrużył oczy.
-Myślisz, że jestem głupi?
Xaton poczuł na skórze zimne ukłucie strachu.
-Przecież widzę, że to Yeti! Człowiek Lasu ma zupełnie inny odcień!
-Yeti!? Akihito, siedzisz w tym interesie już od jakiegoś czasu, a wciąż popełniasz takie gafy! Gołym okiem widać, że to Saskłacz!
-Ekhm!- chrząknął Xaton.- Czy to istotne, czym to stworzenie jest? Ważne, że jest wyraźnie nie ludzkie i zasługuje na kare. Osobiście poleciłbym okładanie kijem po głowie…
Potwór zatrząsł się gwałtowanie, wydając przy tym serie głośnych jęków.
-Poskrom się bestio!!- krzyknął Tater, uderzając stwora drewnianą laską. Istota zamiast się uspokoić natężyła próby oswobodzenia się. Na widok skondensowanej dzikiej furii, Akihito cofnął się odruchowo.
-Dobra! Zabiorę was gdzie trzeba. To coś powinno jak najszybciej znaleźć się pod kluczem.
Klapka zamknęła się, a do uszy załogi doszły odgłosy otwieranych zamków. W końcu zabrzmiało ostatnie kliknięcie i drzwi otwarły się skrzypiąc przeraźliwie.
-Drużyno, atak!!!

Na sporym placu o planie kwadratu zebrał się oddział mnichów w czerni. Stojąc w równym szeregu przypatrywali się dwójce skazańców przywiązanych do słupów, wokół których ustawiano bale drewna. Spokój na placu zakłóciło wyważenie prowadzących do niego drzwi. Zdziwieni zakonnicy przypatrywali się wbiegającej na miejsce egzekucji grupce ludzi. Dwójka z nich, człowiek w masce i drugi, noszący różową czapkę błazna, wystrzelili w ich stronę niewielkie kulki, które dotarłszy do celu wybuchały uwalniając zielonkawy gaz. Kapłani upadli na ziemie krztusząc się i próbując złapać oddech.
-C-co to?!
-Ha! Świetne pytanie!- krzyknął zamaskowany nieznajomy. –[o]To silna neurotoksyna, która właśnie wniknęła do waszych organizmów!! Zostało wam pięć minut życia!
-To była zła wiadomość[/i]- powiedział facet w czapce trefnisia. –Dobra jest taka, że posiadam antidotum.- Tu pokazał niewielką buteleczkę wypełnioną przezroczystą substancją. –Niestety dawki starczy tylko dla jednej osoby. Dobrej zabawy.- Tater rzucił pojemnik na ziemię. Mnisi długo się nie zastanawiając rzucili się na remedium, zapominając o zakonnej solidarności. W tym czasie załoga Soge dotarła do dwójki więźniów.
-Co tak długo?- spytała Chlor.
-Nie ma za co. Dla przyjaciółki wszystko.
-Rozwiążcie mnie. Tego obok również. Weźmiemy go ze sobą…

-Ahahahaha!!!- zaśmiał się przyparty do muru mnich z irokezem, trzymający w dłoni szklaną fiolkę.
-Wasze zdrowie bracia!!- Tak mówiąc wypił całą zawartość buteleczki. Na placu rozległo się zbiorowe:
-Nie!!!
-Jestem za stary, aby umierać!! Człowiekowi w moim wieku nie służą tak nagłe zmiany!!!
-Chłopaki… skoro to nasze ostatnie chwilę, to chciałbym wam coś powiedzieć.
-Wal śmiało chłopie.
-Jestem kobietą.
Na placu zapanowała cisza.
-To nic stary. Nikt nie jest doskonały.
-Właściwie to nawet interesujące.
-Spaliśmy w jednym pokoju i mi nie powiedziałeś!?
-Ciii!! To już prawie- powiedział mnich wpatrujący się uporczywie w miniaturową klepsydrę.
-3… 2… 1…
Wszyscy jak na dany znak chwycili się za różne części ciała, jęcząc jak zarzynane świnki morskie. Wkrótce wszyscy się uspokoili, dysząc ciężko z wysiłku. Jeden z nich, widocznie uparty, spróbował skonać ponownie, osiągając jednak identyczny rezultat.
-Dziwne… Nie żyjemy?
-Myślałem, że po śmierci ma się mniej… no, tego… mięsa.
-Idioci!! Wiecie, co to znaczy?!- krzyknął mnich, który wcześniej, jako jedyny wypił antidotum. Jego pytanie spotkało się z ścianą ciszy.
-To znaczy, że nas oszukali!! Szybko, gońmy ich!!!
-Zapomnij. Nie przyjmujemy poleceń od śmiertelników.
-Nie przyjmujemy?
-Kategorycznie nie. Właściwie, to powinniśmy zjeść jego mózg.
-Jego mózg?! To nawet nie będzie przekąska!!
-Nikt nie mówił, że po śmierci będzie łatwo…

Jackie wpatrywała się z uśmieszkiem w roześmianą załogę.
-To już koniec?
-Tak.- powiedział Grigorij. –W ten sposób uratowaliśmy Chlor i zdobyliśmy nowego członka do załogi. Niestety, gdy znaleźliśmy się na statku, okazało się, że brakuje Xatona. Ze zgrozą uświadomiliśmy sobie, że musiał zawieruszyć się gdzieś w bazie Sekty.
-Nie prawda! Wcale tak nie było!
-Ech, tak, wiem. Ale przyjemnie było przez chwile pomarzyć.
Jackie zaśmiała się głośno.
-Podsumujmy. Chlor została porwana przez potężną, złą organizacje. Używając chłodnej logiki i dedukcji, oraz pokonując sforę dwudziestometrowych olbrzymów zdołaliście trafić do kryjówki tejże organizacji. Tam zmierzyliście się z setką tysięcy przeciwników, z czego każdy był na poziomie co najmniej admirała Marynarki. Oczywiście nie sprawiło to wam problemu i uratowaliście nakama.
-W skrócie: tak.
-I ja mam w to uwierzyć?
-A chcesz z nami wypłynąć?
-Wow!! Niesamowita historia!! Gdy was zobaczyłam, wiedziałam, że jesteście super! Ale nie sądziłam, że aż tak!! Jesteście niczym super bohaterowie!! Opowiedzcie jeszcze o swoim męstwie!!
-Skoro nalegasz…
bullet Napisane przez Komimasa dnia 13 marzec 2010 · Kategoria: FANFIKI NOWE ·
· 0 komentarzy · 723 czytań · Drukuj

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
wojtas1993
11/10/2019 20:03:50
Siema! Czy ktoś posiada napisy do OP od 135- do najnowszego odcinka? Jest część napisów w dziale napisy, ale niestety nie wszystkie.

Komimasa
10/10/2019 20:05:10
Już niedługo powinniśmy Was zaspamić rozdziałami OP, bo ja skończyłem właśnie tłumaczyć 956. Reszta w rękach kolegów Smile

Komimasa
27/09/2019 10:44:14
W każdym rozdziale jest strona poświęcona rekrutacji i tam znajdziesz email do niego Smile

Komimasa
27/09/2019 10:43:10
Jeżeli jesteś zainteresowana pomocą także z innymi mangami, możesz spokojnie pisać do WT cyz kontaktować się właśnie z Rurim.

Komimasa
27/09/2019 10:42:19
Dziękujemy bardzo, ale Ruri świetnie się wywiązuje ze swoich zadań, to raczej moja wina, że tych rozdziałów nie ma. Zabiorę się za nie od 1.

Cara
27/09/2019 10:13:09
Hejka, potrzebujecie może pomocy do edycji mang? Wink

przemok123
24/09/2019 19:22:03
Dzięki Smile

Komimasa
23/09/2019 17:40:51
Niestety nic tak na szybko lepszego nie poradzę.

Komimasa
23/09/2019 17:40:02
Bo to jest, tylko nie uzupełnione niestety.Ktoś się miał tym zajmować, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Komimasa
23/09/2019 17:38:46
Ale Download nie był dawno uzupełniany. Cóż najlepiej i najłatwiej wziąć ostatni odcinek 793 w tym wypadku i zobaczyć ścieżkę, po czym zmienić nazwę odcinka. Ja tak pobierałemxd

przemok123
23/09/2019 17:19:34
Hej, mam pytanko, jak wchodzę ANIME-> DOWNLOAD -> NEW WORLD to mam 793 ocinków, gdzie mogę pobrać resztę? bo na środku strony widzę 899, 900 i 901. Dzięki za info i pozdrawiam

Komimasa
18/09/2019 23:28:31
wezmę się za nie od października. Chciałem już nie robić takich pleców, ale one kosztują bardzo dużo czasu i pracy.

Komimasa
18/09/2019 23:26:26
Bo Ruri nie dał mi cynkaxd A tak poważnie, do końca września jestem mało dyspozycyjny stąd niestety to opóźnienie. No i też niestety chwilowo nie będę tłumaczył rozdziałów,

teos
18/09/2019 20:20:12
Bo spostrzegawczy cieszą się dzień wcześniej Pfft

Roku
18/09/2019 11:24:06
Wyszedł 953 a nie ma newsa, czemu ???

HUMBOL
03/09/2019 11:21:33
No i super. Cieszę się, że kolejny rok będzie można oglądać One Piece z tak świetnym tłumaczeniem. Podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do opłacenia serwera!

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
8,012,719 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony