REJESTRACJA
958 PL

957 PL

956 PL

  901 PL!

  900 PL!

  899 PL!

Cenzura wyszukiwania w Google i ..
Autor: Trace dnia 15/11/19 11:05
Nakamowy wyjazd do Budapesztu
Autor: Rudzish dnia 14/11/19 20:29
Cykl Mastodoński - luźne gadanie
Autor: Szczery dnia 14/11/19 19:32
Spamiliada 12
Autor: SLAWO89 dnia 14/11/19 00:21
Story Cubes 11: Szklana Pogoda -..
Autor: Orzi dnia 13/11/19 13:03
Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Autor: Weather dnia 13/11/19 12:28
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
Rozdział Drugi


Postacie, oprócz uprzednio już wspomnianych:
- Albert, sługa w Śmierci Domenie
- Śmierć Szczurów i gryzoni wszelakich
- Piraci rozmaici, z Panem Herringtonem na czele
- Żarłoczna Niespodzianka, pod koniec ujawniona.


Tłuszcz skwierczał cicho na rozgrzanej patelni, wypełniając kuchnię zapachem spalenizny. Był to niezawodny znak, że Albert nie miał nic do roboty. Bowiem gdy tylko kończyły się mu możliwe inne zajęcia, zabierał się za gotowanie. Czy też raczej, za smażenie, gdyż jedynie ta forma przygotowywania posiłków była mu znana.
Potrząsnął energicznie patelnią, pozwalając jego najnowszej potrawie rozprowadzić się równo po teflonowej powierzchni. Jakiś czas temu Albert otrzymał polecenie, aby do domowego menu wprowadzić więcej owoców, które rzekomo zawierać miały jakieś małe, zdrowe żyjątka, chyba witaminy się to nazywało. Zdrowa żywność, ha! Taki pożytek z czytania naukowej literatury Za jego ubogich w mięso czasów człowiek cieszył się, jak w kawałku gruszki znalazł choć połówkę robaka, a teraz ludziom zachciewa się aby każde jabłko czy seler zawierało setki jakichś drobnych ustrojstw. Cóż, to jeszcze można było zrozumieć w tych zachłannych czasach, ale jeszcze wymagać, żeby były zdrowe? Przecież właśnie po to się gotuje jedzenie, żeby te wszystkie drobne cholery zdechły! Trudno, co pan chce, sługa gotuje.
Po mniej więcej kilku minutach Albert odstawił patelnię z ociekającą tłuszczem sałatką owocową w zasmażce i odpalił krótkiego, smrodliwego skręta od paleniska. Zaciągnąwszy się głęboko mocnym, wyciskającym łzy z oczu dymem, spojrzał na zegarek. Był to jeden z tych nawyków, jakich nigdy nie zdołał się pozbyć, pomimo iż w tym miejscu czas, jako taki nie istniał. Zegary stanowiły tutaj funkcję jedynie ozdobną.
Coś opóźniało właściciela tego osobliwego domostwa. Albert potrafił to stwierdzić nawet bez zegarka ani nawet tak powszechnego zjawiska, jak upływ dni i nocy. Śmierć znów nie powrócił na czas.
Usłyszał cichy chrobot na kuchennej szafce za jego plecami. Westchnął ze znużeniem.
- Pewnie nie masz pojęcia, gdzie on się znowu podział?
PIP? Odpowiedział cichy Głosik z poziomu blatu.
- Mam tylko nadzieję, że nie zrobił sobie znowu jakichś cholernych wakacji…


TO PRAWIE TAK JAKBYM ZROBIŁ SOBIE MAŁE WAKACJE mruknął Śmierć z satysfakcją, wpatrując się w uroczy pejzaż falującego morza, niosącego ich nowy statek Long Sleeve ku przygodzie.
- Coś mówiłeś, kapitanie? – Na deski wyższego pokładu wszedł Pan Herrington. Był to pierwszy oficer nowo utworzonej, pirackiej załogi Mortimera. Jego funkcja tak po prawdzie została przedstawiona Śmierci już jako fakt dokonany. Pan Herrington, będący człowiekiem o największym pośród Głodomorzan doświadczeniu na morzu, nie miał żadnych problemów z pozyskaniem tej funkcji. Być może dzięki pomocy tego, że wszystkich pozostałych chętnych tłukł po głowie tak długo, aż nie wycofali swoich roszczeń do tytułu.
Śmierć odwrócił się i skierował na niego swe, nie pozbawione obaw, błyski w oczodołach. Postać pierwszego oficera najwyraźniej miała swe najlepsze lata już dawno za sobą, lecz nie pozwolił on by wpłynęło to jakkolwiek na jego kondycję. Ten blisko sześćdziesięcioletni mężczyzna z wyraźnymi pasmami siwizny na swych rzednących włosach, zdawał się śmiać w twarz wszelkim kryzysom wieku średniego i nadchodzącej starości. Choć chudy jak to każdy Głodomorzanin, cieszył się on niesłabnącą krzepą i końskim zdrowiem. W połączeniu z jego wzrostem niemalże siedmiu stóp, pozbawionym wszelkich przejawów zgarbienia, tworzyło to postać wzbudzającą co najmniej szacunek
NIC TAKIEGO, PANIE HERRINGTON odparł Śmierć, wciąż lekko zdziwiony pierwszym imieniem swego oficera SŁUCHAM, W CZYM MOGĘ POMÓC?
- No jest parę spraw do obgadania, kapitanie. – Herrington poważnie skinął głową – Osobiście spędziłem parę ładnych lat na morzu, więc posiadam jako takie doświadczenie. I wiem dzięki temu, czego nam brakuje by nazwać się prawdziwymi piratami.
ROZUMIEM odparł Śmierć, czy też jak sam siebie coraz częściej określał w myślach, Mortimer CHODZI TU O WZBUDZANIE STRACHU I WSTRĘTU, OTACZAJĄCE NAS SMRODLIWE OPARY GROGU I KIERUJĄCĄ NAMI CHCIWOŚĆ PROWADZĄCĄ DO NICZYM NIE UZASADNIANEGO OKRUCIEŃSTWA, CZY TAK?
- Skądże znowu! – Oburzył się pierwszy oficer – Przecież jesteśmy piratami, a nie jakimiś żebrakami! Chodziło mi o podstawowe trzy atrybuty każdej szanującej się załogi, o tak zwany Enbees!
Odpowiedziało mu milczenie oznaczające więcej, niż tysiąc słów. Pan Herrington westchnął cicho i rozpoczął wyjaśnienia.
- NBS to skrót od Nazwa, Bandera i Strój. Trzy niezbędne atrybuty, które trzeba posiadać, aby być piratem z prawdziwego zdarzenia. Och, oczywiście można żeglować bez tego – pierwszy oficer wzruszył ramionami – Ale uczyni nas to co najwyżej bandą morskich obwiesi. Jeśli chcemy być piratami, koniecznie potrzebujemy Enbeesu!
NBS. DOBRZE. ROZUMIEM Mortimer rozsądnie postanowił się nie kłócić OD CZEGO WIĘC ZACZNIEMY?
- Cóż… Myślę, że najprostsza będzie bandera…


Tak jak przypuszczali magowie, Brookowi wystarczyło jedynie pstryknięcie palcami, by nagle zjawić się w miejscu, w którym najwyraźniej jedyna istniejąca paleta barw w życiu nie widziała koloru jaśniejszego niż czerń. W domostwie Śmierci. Ku lekkiemu rozczarowaniu Brooka, przeniesieniu temu nie towarzyszyły żadne nadzwyczajne efekty typu skrzącej się mgiełki czy też magicznego rozświetlenia. Po prostu rzeczywistość w jednym miejscu stała się uboższa o ośmiostopowy szkielet, po to by w tej samej chwili stać się o niego bogatszą w miejscu innym.
Brook znalazł się dokładnie przed głównym wejściem do ponurego domostwa. Choć zdawałoby się to niemożliwym, kołatka z rzeźbionymi motywami kości lśniła czarnym blaskiem. Oczywiście szkieletor za żadne skarby nie zamierzał tam wchodzić. Owszem, obiecał magom zająć się obowiązkami Śmierci… Ale przecież nie miał na to czasu! Musiał uciekać póki ma okazję i znaleźć sposób, aby powrócić do reszty Słomkowych Kapeluszy! Z tego powodu zaczął więc powoli wycofywać się od drzwi, zgodnie z nieśmiertelną zasadą, że im dalej człowiek oddali się od swoich kłopotów, tym bliżej będzie ich rozwiązania. Nie zdążył jednak zrobić nawet trzeciego kroku, gdy usłyszał za sobą jakiś odgłos.
PIP?
Powolnymi, rwanymi ruchami, jak gdyby bojąc się zobaczyć zbyt dużo naraz, Brook odwrócił się. Ku jego zaskoczeniu, czarny ogród nie zawierał nikogo.
PIP! Cokolwiek wydawało ten dźwięk powtórzyło się i tym razem Tylko Kości zdał sobie sprawę, że głos dobiegał z poziomu gruntu. Pochylił się nieco.
Mówiąc szczerze, Brooka stojącego samemu w tym przerażającym, wyludnionym ogrodzie w którym kolor, wiatr czy czas nie istniały, wystraszyłaby w tej chwili nawet mysz. Albo szczur, najzwyklejszy szczur. Natomiast zaś widok małego, szczurzego szkieletu w czarnej szacie i machającego przyjaźnie maleńką kosą… Przeraziłby go wręcz na śmierć. To znaczy, przeraziłby go, gdyby nie był już martwy. Cóż, mniej więcej właśnie to miało miejsce.
-Aaajaaaiiii! – pisnął przerażony Brook i natychmiast odwrócił się przed siebie, pragnąć uciec przed tym malutkim zjawiskiem o wielkich zdolnościach przerażania. Jednak jego nieistniejące serce zamarło w jeszcze większej trwodze, gdy dostrzegł tuż przed sobą zgarbioną postać ludzką, której przed chwilą tu nie było.
- A ty to niby kto, u licha? – Warknął Albert, po czym z głęboką satysfakcją zaobserwował omdlenie szkieletu.



Mortimer obawiał się tej chwili. I zgodnie z istniejącą od zarania ludzkości zasadą przyciągania nieszczęścia samą myślą o jego unikaniu, tą samą, która każe nauczycielom pytać tego ucznia, który najgorliwiej błaga w myślach by nie pytać właśnie jego… Pan Herrington z wyzywającym uśmiechem wręczył mu pędzel i kubełek farby.
Nie chodziło o to, że Śmierć nie umiał malować. Co prawda nie zajmował się tą dziedziną sztuki, lecz koniec końców wszystko sprowadzało się jedynie do przełożenia swojego wyobrażenia na płótno, przy maksymalnym zachowaniu zgodności z naturalnym stanem rzeczy. Nie mogło w tym być nic trudnego. Przynajmniej tak długo, jak w drogę nie wchodziła tak zwana sztuka nowoczesna, która czyniła bohomazy epileptyka arcydziełami wartymi miliony dolarów. Nie, problem stanowiła raczej kwestia samego wyobrażenia, bowiem inwencja twórcza nigdy nie była jego mocną stroną. Toteż, gdy wpatrując się w rozpostartą przed nim czarną płachtę, rozpaczliwie szukał jakiegoś tematu na dzieło, jego głowę wypełniała pustka. Zarówno w fizycznym, jak i metaforycznym tego słowa znaczeniu.
- W czymś problem? – Pan Herrington może i należał do osób, które zawdzięczały Mortowi ocalenie od najeźdźcy, lecz nie byłby marynarzem gdyby nie pozwolił sobie na lekko drwiący uśmiech. W końcu można być przyzwanym z piekieł bohaterem całego Głodomorza i mieć szacunek jego mieszkańców, lecz w żadnej okultystycznej księdze nie było mowy, że równocześnie nie można być szczurem lądowym – Namalowanie czaszki przekracza możliwości naszego kapitana?
OCH, CZASZKA. O TO CHODZI? w Głosie szkieletu słyszalna była ulga TYLKO TYLE?
- No… I jeszcze jakieś charakterystyczne atrybuty… - odezwał się ktoś z załogi.
MYŚLĘ, ŻE ZDOŁAM WPAŚĆ NA JAKIŚ… JAK NAZYWACIE TO ZJAWISKO, KIEDY COŚ NIE ISTNIEJE, LECZ POTEM ZOSTAJE STWORZONE W CZYJEJŚ GŁOWIE?
- Paranoja? – Podsunął sternik.
NIE NIE, TO COŚ CO JAK PRZYPUSZCZAM, POZORNIE SŁUŻY POSTĘPOWI I ROZWOJOWI
- A to proste, kłamstwo Światowego Rządu! – Zawołał Pan Herrington, wzbudzając radosną wrzawę na pokładzie.
NIE, TO NIE TO. CHODZI O COŚ… JAKBY RODZAJ OBRAZU W GŁOWIE, POKAZUJĄCEGO JAK MOŻNA ZMIENIĆ DANY FRAGMENT RZECZYWISTOŚCI.
- Pomysł…? – Po długiej chwili ciszy odezwał się ktoś nieco bystrzejszy niż reszta załogantów, co nie było raczej wyczynem wartym odnotowania w dowolnej księdze rekordów.
TAK. POMYSŁ. MYŚLĘ, ŻE DAM RADĘ COŚ WYMYŚLIĆ…
Ledwie kwadrans później farba już schła na wciągniętej na maszt banderze, mocno niepokojąc Pana Herringtona. Widział już w swoim życiu parę Jolly-Rogerów, lecz nigdy żaden nie był tak… dokładny. Owszem, wszystkie przedstawiały mniej lub bardziej udane czaszki, lecz była to kwestia z definicji mocno symboliczna. Biały kształt z oczami i zębami, czasem parę dłuższych pociągnięć pędzlem imitujących piszczele. Tak to powinno wyglądać. Nikt nie wymagał nigdy większej zgodności z naturalnym stanem rzeczy. Tymczasem to, co stworzył Mortimer było… Aż nadto udane. Pan Herrington nie mógł odgonić od siebie myśli, że jeśli codzienne Jolly-Rogery były symbolem piractwa, to logiczną koleją rzeczy ta flaga musi być piractwem samym w sobie. Czaszka widniejąca na banderze charakteryzowała się nadzwyczajnym wręcz realizmem, sprawiając wrażenie czegoś, co można chwycić w dłoń, aby odegrać klasyczną scenę teatralną. Miała nawet widoczne, drobne pęknięcia na swojej powierzchni, nie mówiąc o tym, że każdy ząb został odrysowany osobno z zachowaniem podziału na kły, trzonowce i siekacze. Patrząc w głąb namalowanych oczodołów, pierwszy oficer miał nieodparte wrażenie, że one również patrzą na niego. Sytuacji nie poprawiały, a wręcz ją pogarszały, skrzyżowane atrybuty widoczne pod namalowanym czerepem. Bardzo charakterystyczne atrybuty. Zwłaszcza dla pewnej istoty, której istnieniu nigdy dotąd nie dawał wiary.
Pan Herrington nie należał do osób bojaźliwych, przeżył więc wiele przygód, mrożących krew w żyłach normalnych ludzi. Żadna z nich nie zdołała jednak spowodować u niego tak wielkiego strachu, jakiego doznał w chwili, w której odwrócił wzrok od skrzyżowanych kosy i miecza, aby spojrzeć w oczy swego kapitana. Jak zdał sobie sprawę, w oczy Śmierci. Niestosownie do sytuacji, lecz uparcie kołatała mu się po głowie myśl, że ten popularny frazes nie powinien być traktowany tak dosłownie.
Mort odwzajemnił spojrzenie. Ta chwila niemego porozumienia, znanego jako gra "Ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem", trwała kilkanaście sekund, choć banalnie rzecz ujmując, dla pierwszego oficera każda z nich ciągnęła się jak wiele godzin. Po upływie tego czasu błękitny blask w jednym z oczodołów przygasł na chwilę, jak gdyby w porozumiewawczym mrugnięciu, a koścista dłoń poklepała marynarza po szerokim ramieniu.
NIE PSUJMY SOBIE TAK UDANIE SIĘ ZACZYNAJĄCEJ PRZYGODY. PRZEJDŹMY DO STROJU, CO PAN NA TO?
Pan Herrington zamierzał coś odpowiedzieć, zdał sobie jednak sprawę, że od dłuższej chwili nie oddychał. Zamiast słów wydobyło się więc z jego ust jedynie głośne westchnienie. Pokiwał Mortimerowi głową.
- Dobrze, niech będzie… - dodał po chwili, czując, że najwyraźniej zagrożenie jako takie nie istnieje. Na razie. A po chwili, gdy koścista postać zadowolonego kapitana ruszyła na wyższy pokład, pierwszy oficer obiecał sobie starannie w duchu, że w życiu już nie wróci do Głodomorza. Chyba, że tylko po to, aby solidnie przyłożyć w ucho każdemu członkowi tej popieprzonej sekty.



- No, ocknąłeś się wreszcie, dzięki bogom. Zaparzyłem Ci herbaty. Ponoć lubisz herbatę. – Głos, który usłyszał Brook po przebudzeniu, brzmiał nieszczerze, jakby jego właściciel nieudanie udawał troskę o zwierzę, które tak naprawdę najchętniej widziałby obtoczone w panierce.
Brook usiadł i odkrył, że znajduje się we wnętrzu olbrzymiej kuchni. Przypuszczalnie większej, niż cały widziany z zewnątrz dom. Jednak ktokolwiek zaplanował ten wystrój, najwyraźniej w szkole architektów otrzymał najniższy możliwy stopień z zagospodarowania terenu. Choć wypatrzenie krańca pomieszczenia bez wsparcia urządzeń optycznych wymagało nie lada trudu, wykorzystany był ledwie niewielki jego fragment, jak gdyby na rodzaj pokoju w pokoju. Przy kuchence elektrycznej krzątał się ten zgarbiony starzec, który wcześniej przyprawił go o takie emocje. Według słów magów, musiał to być Albert Malich, założyciel Niewidocznego Uniwersytetu, dziś wiodący nieśmiertelny żywot jako sługa Śmierci. Brook musiał przyznać, że nie wyglądał wcale aż tak groźnie. Raczej… marudnie.
-Dzie… dziękuję - Muzyk powoli zajął wskazane mu miejsce i upił łyk ze stojącego przed nim kubka. Reakcją było nagłe wyplucie płynu, używając do tego wszelkich możliwych otworów.
- Ridcully ostrzegał, że możesz wyczyniać różne dziwne rzeczy, ale ja Ci radzę byś z tym skończył – burknął Albert chwilę później, wycierając stół z herbaty, która wystrzeliła gejzerami z ust, otworów nosowych i oczodołów szkieletu. W tej samej chwili Brook zaprzestał wpatrywania się w odmęty swego kubka* i panicznie sięgnął do wnętrza swojej skrytki w czaszce. Była pusta.
- Szukaj sobie, szukaj! – Starzec pomachał trzymaną w dłoni kopertą, która zawierała list od nadrektora NU. Ciemnogranatowe litery wypisane na nim informowały, że odbiorcą ma być niejaki Albert Mal. Reszta pisma ginęła w rozmazanej smudze, w wyniku braku cierpliwości Ridcully'ego, który nie zaczekał aż atrament wyschnie. – Nie zamierzałeś mi tego dawać, co? Chciałeś nic nie mówiąc uciec stąd chyłkiem jak jakiś szczur… Bez urazy, kolego.
- Słucham? – odparł Tylko Kości, po czym zdał sobie sprawę, że ostatnie zdanie nie było skierowane do niego, a do czegoś znajdującego się na jego lewym ramieniu. Powoli obrócił głowę i odkrył ponowną obecność małego, szkieletowatego szczurka.
PIP! maleńka postać przyglądając się Brookowi przechyliła lekko swój łebek, po czym wyciągnęła ku niemu łapę.
Tym razem zdołał nawet nie krzyczeć. Po prostu sparaliżował go strach odbierając mu niezdolność do ruchu większego, niż intensywne dygotanie.
- Dopóki nie jesteś podstarzałym chomikiem to zapewniam Cię, nie ma się czego bać. On tylko się przedstawił. To Śmierć Szczurów oraz innych gryzoni. – Wyjaśnił Albert - Od dzisiaj robicie w tej samej branży, dopóki nie wróci prawdziwy Pan.
Brook powoli, z widocznymi oporami ujął cierpliwie wysuniętą łapkę w dwa palce i potrząsnął delikatnie. Niewielka figurka odpowiedziała jakby zadowolonym kiwnięciem główki, po czym szybko ześlizgnęła się po ręce muzyka na blat stołu, gdzie podreptała w kierunku talerza z ciasteczkami.
- Ale ja się w ogóle nie znam na tej pracy! – Brook z trudem oderwał wzrok od Śmierci Szczurów i spojrzał błagalnie na Alberta – Na pewno ktoś nada się do tego lepiej!
- Każdy nadałby się do tego lepiej! – mruknął starzec, wysuwając zza ucha niedopałek, którego silną wonią już po chwili raczył siebie i otoczenie – Chociażby Susan na początek, teoretycznie ona powinna się tym zająć. Jednak z tego, co pisze obecny Nadrektor, rzeczywistość już Cię zaakceptowała jako swoją Śmierć. Taak, mi to też się nie podoba – dodał w odpowiedzi na coraz bardziej zrozpaczony wyraz oczodołów Brooka – Ale nic na to nie poradzę, póki Pana możemy uznać za zaginionego, moją rolą jest przygotować Cię do zajęcia jego miejsca. Masz, włóż to i idziemy Cię przeszkolić.
Albert pochwycił jakąś czarną płachtę materiału zwisającą z oparcia jednego z krzeseł i rzucił ją szkieletowi. Coraz boleśniej odczuwając, że nie ma innego wyjścia, Brook powoli otulił się czarną, długą peleryną z kapturem. Starzec westchnął głośno.
- Taki z ciebie śmierć jak z koziej dupy trąba. Ale spokojnie, po naszej stronie stoi fakt, że bardzo rzadko kiedy ktoś ma okazję umrzeć dwa razy. Bardzo wątpliwe jest byś spotkał kogoś, kto spotkał już Śmierć. Niemniej jednak TEGO musimy się pozbyć, za bardzo Cię zdradza. – Albert wskazał paluchem gęste afro muzyka. Odwrócił się do kuchennej do kuchennej szuflady i po chwili zmagań wyszarpnął z niej duże, czarne nożyce, zapewne służące do strzyżenia yeti. Obrócił się z powrotem. – Ale zaraz je…
Ale nikogo już nie było. Wiedziony wieloletnim doświadczeniem Albert odchylił obrus i zajrzał pod stół. Jak można się było spodziewać Brook tam był, jednak nie na zbyt długo, bo niemalże natychmiast wystrzelił spod mebla i ruszył pędem w stronę drzwi. Przeklinając pod nosem, sługa Śmierci ruszył za nim.
Kilka pracowitych kwadransów później, spędzonych na gonitwie po całym domostwie oraz próbach wzajemnego uszkodzenia się, zdołano wyłonić kompromis. Brook, zamiast do zgolenia czaszki, został zmuszony do spięcia włosów w mocny kucyk, z pewnymi oporami dający się ukryć pod kapturem. Po wciśnięciu mu w kościstą dłoń kosy, pozostawionej przez Śmierć, Albert ustawił świeżo upieczonego Mrocznego Kosiarza przed lustrem.
- Nic lepszego chyba nie wymyślimy – burknął Albert. Wciąż był zły na Brooka, który w obronie swych włosów nie żałował sił na agresję. Tylko Kości również nie wyglądał na zadowolonego.
- Ależ wyglądam w tym jak….


...JAK… JAK NAZYWACIE TEGO MAŁEGO, ZABAWNEGO CZŁOWIECZKA, KTÓRY PO SWOIM WYSTĘPIE POZOSTAWIA GŁÓWNIE NIESMAK? Rozległ się głos Morta zza drzwi prowadzących pod pokład.
- Prezes? – Odparł ktoś bez zastanowienia.
- Myślę, że chodziło mu raczej o błazna – ostrożnie sprostował kuchta.
- Też pasuje.
TAK. ODNOSZĘ WIĘC WRAŻENIE, ŻE WYGLĄDAM JAK BŁAZEN, NOSZĄC TEN STRÓJ kapitan Mortimer wyłonił się spod pokładu, stukając ciężkimi butami o jego deski. Efekt przygotowań pierwszego oficera był… porażający. Czarne szaty Morta zastąpione zostały białą, rozchełstaną na piersi, bufiastą koszulą wpuszczoną w ciemnobrązowe spodnie, tego samego koloru co krótka kamizelka zwisająca mu z ramion. Złota klamra szerokiego, pirackiego pasa lśniła w blasku słońca, odciągając uwagę od faktu, ile razy trzeba było zawinąć pas wokół mocno wychudzonej sylwetki Morta. Karmazynowa chusta powiewała lekko swymi końcami, zawiązanymi z tyłu kapitańskiej czaszki, równocześnie przykrywając sznur opaski, która przysłaniała jeden z oczodołów. Wizji dopełniały błyskotki takie jak wisiory na szyi czy też liczne podróbki drogocennych pierścieni na palcach Mortimera, oraz przymocowane do jego twarzy długie, smolistoczarne wąsy. Twarz kapitana wyrażała sobą tyle zażenowania, ile tylko jest możliwe do uzyskania na permanentnie uśmiechniętej czaszce.
Po kilkunastu sekundach ciszy rozległ się rechot kilkunastu gardeł. W tej samej chwili wszyscy na statku jednoznacznie odczuli, że Mort stał się jednym z nich. Nie da się być straszliwym, rozszarpującym wrogów demonów, a przy tym być śmiesznym. Nastąpiło więc coś w rodzaju automatycznej degradacji postaci Morta w oczach pirata, na tyle by uznać go za 'równego', a dopiero potem fala śmiechu. Niepewna dotąd atmosfera na statku oczyściła się nagle.
- Hmmm, wyszło trochę zbyt cygańsko – Pan Herrington uśmiechając się pod nosem zdjął swój długi płaszcz i narzucił go na wąskie ramiona Mortimera – Tak, teraz dużo lepiej. No, kapitanie. Została nam tylko kwestia nazwy. Masz już jakąś?
Mort spojrzał na swoich ludzi, z ich szczerymi, chudymi, oddanymi twarzami, którzy najwyraźniej zamierzali posłuchać go cokolwiek nie zadecyduje. To było na swój sposób… przyjemne. Potem znów spojrzał na bezkres fal. Wiedział, dokąd zmierzają, sam wydał sternikowi dyspozycje, w jakim ma ruszyć kierunku. Ale ci biedacy nawet nie zdawali sobie sprawy, gdzie płyną. Ani jak straszliwy obraz wyniszczenia mają wkrótce zobaczyć.
Mortimer podjął decyzję. Być może najbardziej nieodpowiedzialną w całym jego, z braku lepszego słowa, życiu. Ale w tej chwili nie chciał wcale czuć się Śmiercią, ani dźwigać brzemienia jego obowiązków. Był bowiem człowiekiem morza, kapitanem pirackiej jednostki, Mortimerem.
Człowiekiem wolnym.
STERNIK! zawołał ZAWRACAMY. PŁYNIEMY GDZIEKOLWIEK INDZIEJ, BYLE NIE DO TAMTEGO MIEJSCA!
- Aye aye, captain! – Odkrzyknął sternik wykonując śmiały obrót kołem, po czym skulił się pod spojrzeniem pierwszego oficera – No co, chciałem tylko żeby było po piracku…
- Dokąd płyniemy? – Pan Herrington zwrócił się do kapitana – I co w końcu z tą nazwą?
CO POWIESZ NA… Śmierć zwrócił na podwładnego swe spojrzenie, sprawiając wrażenie wyjątkowo zadowolonego z siebie WIECZNIE ŻYWYCH?
- Tak… to brzmi nieźle… - pierwszy oficer potarł podbródek i uśmiechnął się do kapitana – Może jednak….
Nie dokończył jednak zdania, bo nagły wstrząs przeszył statek, burząc wszelką równowagę załogantów.
- Sternik, co jest do jasnej cholery!? - wykrzyknął pierwszy oficer zbierając się ze czworaków.
- Panie kapitanie… przykro mi ale nie wykonam rozkazu…. – zabrzmiał skądś głos sternika.
- Odmawiasz wykonania polecenia kapitana Mortimera? - Herrington spojrzał pospiesznie na Morta, jak gdyby ten miał zaraz uśmiercić całą załogę – Ruszże się, człowieku!
- Kiedy ja nie odmawiam… - głos był coraz słabszy – Po prostu… nie mogę zmienić kursu.
A TO CZEMU? Zaniepokoił się Mortimer
- Bo nasz statek właśnie utknął na grzbiecie Króla Mórz….




* Gdyby Brook ośmielił się zaprezentować wizję herbaty jako napoju lekkiego, rzadkiego i klarownego, pozbawionego grud nierozpuszczonego cukru, przemokniętych okruchów z herbatników oraz smug tłuszczu wirującego niczym cyganka w tańcu… Albert pewnie długie lata później jeszcze by chichotał, wspomniawszy ten udany żart.

Koniec części drugiej.
bullet Napisane przez Komimasa dnia 07 maj 2011 · Kategoria: FANFIKI NOWE ·
· 3 komentarze · 1767 czytań · Drukuj

Syrenka (dnia 10 maj 2011 15:54:05) #3
540
Jakby Oda i Pratchett spotkali się naprawdę, o rany. Przez te dwa światy przeszła, by istna rewolucja. Grin Druga część tak samo świetna jak i pierwsza. Świat dysku jak i OP, są to tak absurdalne miejsca, że jedno do drugiego pasuje. Życzę weny przy pisaniu dalszych części.

miczi (dnia 10 maj 2011 01:40:50) #2
1740
Fajne Grin Na początku jakoś mnie ta historia nie przekonywała, ale teraz czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Jackie777 (dnia 08 maj 2011 22:22:44) #1
816
Świetne XD Naprawdę super XD A najgorsze jest to, że jakoś bez większego problemu mogę sobie wyobrazić taką wymianę postaci między autorami XD
Gdyby się tylko zgadali.

Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
wojtas1993
11/10/2019 20:03:50
Siema! Czy ktoś posiada napisy do OP od 135- do najnowszego odcinka? Jest część napisów w dziale napisy, ale niestety nie wszystkie.

Komimasa
10/10/2019 20:05:10
Już niedługo powinniśmy Was zaspamić rozdziałami OP, bo ja skończyłem właśnie tłumaczyć 956. Reszta w rękach kolegów Smile

Komimasa
27/09/2019 10:44:14
W każdym rozdziale jest strona poświęcona rekrutacji i tam znajdziesz email do niego Smile

Komimasa
27/09/2019 10:43:10
Jeżeli jesteś zainteresowana pomocą także z innymi mangami, możesz spokojnie pisać do WT cyz kontaktować się właśnie z Rurim.

Komimasa
27/09/2019 10:42:19
Dziękujemy bardzo, ale Ruri świetnie się wywiązuje ze swoich zadań, to raczej moja wina, że tych rozdziałów nie ma. Zabiorę się za nie od 1.

Cara
27/09/2019 10:13:09
Hejka, potrzebujecie może pomocy do edycji mang? Wink

przemok123
24/09/2019 19:22:03
Dzięki Smile

Komimasa
23/09/2019 17:40:51
Niestety nic tak na szybko lepszego nie poradzę.

Komimasa
23/09/2019 17:40:02
Bo to jest, tylko nie uzupełnione niestety.Ktoś się miał tym zajmować, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Komimasa
23/09/2019 17:38:46
Ale Download nie był dawno uzupełniany. Cóż najlepiej i najłatwiej wziąć ostatni odcinek 793 w tym wypadku i zobaczyć ścieżkę, po czym zmienić nazwę odcinka. Ja tak pobierałemxd

przemok123
23/09/2019 17:19:34
Hej, mam pytanko, jak wchodzę ANIME-> DOWNLOAD -> NEW WORLD to mam 793 ocinków, gdzie mogę pobrać resztę? bo na środku strony widzę 899, 900 i 901. Dzięki za info i pozdrawiam

Komimasa
18/09/2019 23:28:31
wezmę się za nie od października. Chciałem już nie robić takich pleców, ale one kosztują bardzo dużo czasu i pracy.

Komimasa
18/09/2019 23:26:26
Bo Ruri nie dał mi cynkaxd A tak poważnie, do końca września jestem mało dyspozycyjny stąd niestety to opóźnienie. No i też niestety chwilowo nie będę tłumaczył rozdziałów,

teos
18/09/2019 20:20:12
Bo spostrzegawczy cieszą się dzień wcześniej Pfft

Roku
18/09/2019 11:24:06
Wyszedł 953 a nie ma newsa, czemu ???

HUMBOL
03/09/2019 11:21:33
No i super. Cieszę się, że kolejny rok będzie można oglądać One Piece z tak świetnym tłumaczeniem. Podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do opłacenia serwera!

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
8,004,202 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony