REJESTRACJA
931 PL

930 PL

929 PL

  869 i 870 PL!

  867 i 868 PL!

  866 PL!

Ace of Diamond
Autor: Murgrabia dnia 20/02/19 12:06
933
Autor: Szczery dnia 20/02/19 05:43
Spamiliada 12
Autor: fuszioms dnia 19/02/19 22:57
[Komentarze] Znajdź Szpiega!
Autor: Komimasa dnia 19/02/19 22:29
Bijatyki na konsole i nie tylko
Autor: Orzi dnia 19/02/19 16:50
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
Rozdział trzeci


Postacie, oprócz uprzednio już wymienionych:
- Zębata niespodzianka, już w pełni swej okazałości
- Usługobiorcy Śmierci.
- Para piratów bliźniaczych
- Największy świata mocarz.
- Statków rozmaitych w cholerę, bądź nawet i ciut więcej.


Lekka, morska bryza popychała delikatnie rozchodzące się fale. Zabawna rzecz, to morze. Przyciąga cię i przyzywa, kusi obiecując wolność, przygodę i bogactwa. Nęci cię, niczym małe światełko, do którego po prostu musisz podpłynąć. Lecz zawsze, ale to zawsze, na drugim końcu światełka jest wielka, żarłoczna rybia paszcza kończąca twą podróż…
Zeszliśmy już na temat drapieżnych ryb? Świetnie.
O dziwo bestia, która wynurzyła się tuż pod kilem dwumasztowca Long Sleeve, nie zdradzała żadnych przejawów wrogości. Właściwie, to chyba nawet nie zauważyła, że ma pasażerów na gapę. Sunęła po prostu leniwie naprzód, wielki, wypełniający całe pole widzenia kształt o śliskiej, pręgowanej skórze i długiej szyi. Rozmiary zjawiska były wręcz nieopisywalne i odbierały mowę (oraz, w kilku przykrych przypadkach, także kontrolę nad pęcherzem) wszystkim członkom załogi. Jedynym wyjątkiem był Mort. Owszem, ten Król Morza mógł sprawiać wrażenie ogromnego, lecz tylko dla kogoś, kto nie stanął niegdyś przed obliczem Azraela, Śmierci Wszechświatów.
TO ISTOTNIE MOŻE BYĆ PROBLEM stwierdził Mortimer, po czym wyszarpnął rapier zza pasa Pana Herringtona i przeskoczył przez burtę, pozostawiając załogę w stanie pogłębiającego się szoku.
- Co on wyrabia?! – Zawołał jakiś majtek skulony przy sterburcie.
- Nie mam cholernego pojęcia! – Odkrzyknął pierwszy oficer, chwytając się pewnie relingu – Ale lepiej się czegoś złapcie, zaraz może nieźle szarpać!
Mortimer tymczasem niestrudzenie biegł po grzbiecie potwora. Zrzuciwszy chwilę wcześniej niedopasowane, ciężkie buty, stukał nagimi kośćmi stóp o twardą, gładką skórę. Równocześnie Król Morski, czując jakieś nieprzyjemne swędzenie na swych plecach, zaczął powoli odwracać swój łeb. Wolno, niczym wędrujące płyty tektoniczne, bestia ukazała Mortowi swe olbrzymie oblicze, kierując na niego wzrok sennych, przekrwionych ślep.
Czy tak powinien wyglądać budzący strach zwierz?
-KWAAAAAAAAAK!
I czy tak powinien brzmieć?
Kapitan załogi Wiecznie Żywych aż przystanął, sam nie wiedząc czy z powodu ryku, który brzmiał jak wielokrotnie nagłośnione, kwaknięcie trzystu kaczych gardeł, czy też z powodu samego pomarańczowego dzioba, mocno przypominającego właśnie kaczy. To nie jest coś, na co jest przygotowany ktokolwiek decydujący się na stanięcie w szranki z gigantyczną rybą. Tymczasem potwór kontynuował pełne urazy kwaknięcia, ukazując przy tym pełne zębów wnętrze swego dzioba. W końcu, najwyraźniej wyczerpawszy swój zasób obelg, zgiął swą długą szyję z wyraźnym zamiarem osobistego rozprawienia się z drażniącym go pasażerem.
- Co on robi u licha ciężkiego! – wydarł się Pan Herrington, po czym z mniejszej pochwy przytroczonej do swego paska, wyrwał duży, myśliwski nóż. Nie zważając na protesty i krzyki załogantów, również przeskoczył przez burtę i pobiegł w stronę swego kapitana, który sprawiał wrażenie zastygłego w bezruchu. Wielgachny dziób był już tuż przy szkielecie, niewątpliwie z zamiarem rozszarpania go ostrymi jak brzytwa zębami. W ostatniej chwili Herrington dopadł do swego kapitana i ciął nożem paszczę potwora.
Nóż pierwszego oficera, choć mający ostrze z pierwszorzędnej stali, nie mógł równać się z dekadami wygrzebywania pożywienia ze skalnego, morskiego dna. Płaski dziób okazał się być znacznie twardszy od broni, powodując jej natychmiastowe rozkruszenie. Mimo to zaskoczona bestia cofnęła znów swój łeb, wykrzykując przy tym kolejną symfonię kwaknięć.
- Co ty do diabła sobie myślisz?! – Pierwszy oficer przełamał swój lekki lęk przed Śmiercią, decydując się wreszcie na to, aby go zwyczajnie opieprzyć – Nawet doświadczeni, władający mocą owocu piraci mają problem z pokonaniem Króla Mórz, a ty tak po prostu na niego wyskakujesz bez żadnego planu? – Resztką sił powstrzymał się, by zwyczajnie nie zdzielić swego kapitana w czerep.
GDYBYŚ SIĘ NIE WTRĄCIŁ, ZDOŁAŁBYM WSKOCZYĆ MU NA GŁOWĘ. GDZIEŚ TAM POWINIEN BYĆ JEGO SŁABY PUNKT. Głos Mortimera brzmiał jeszcze bardziej nieludzko niż zazwyczaj, z tak nieadekwatnym do sytuacji spokojem. TERAZ STRACIŁEM OKAZJĘ, ABY SIĘ TAM DOSTAĆ.
- Rozumiem, masz jakiś plan… - Pan Herrington uśmiechnął się mimowolnie. Tego właśnie oczekiwał po kapitanie piratów Wiecznie Żywych. To prawda, że nawet jemu, wprawionemu w morskich bojach żeglarzowi, którego łupy kilkakrotnie ocaliły naród Głodomorzan, zmiękły kolana na widok Króla Mórz. Jeśli jednak kapitan ma plan, to zmienia postać rzeczy. – Dobra, więc musimy chwycić za łeb tą rybę… kaczkę… tę cholerę. Jak?
MOŻEMY PRÓBOWAĆ WSKOCZYĆ W TRAKCIE JEGO ATAKU… Mortimer zakołysał się lekko, z trudem utrzymując równowagę na grzbiecie potwora, który najwyraźniej próbował z siebie strząsnąć intruzów ALE OBAWIAM SIĘ, ŻE TERAZ SKOŃCZYŁOBY SIĘ TO… ŚMIERCIĄ KTÓREGOŚ Z NAS. Dziwna myśl przemknęła mu po czaszce. Czy może on tu, jak to mówią, umrzeć? Jeśli tak, to kogo wtedy spotka? POTRZEBUJEMY CZEGOŚ, ŻEBY UNIEŚĆ SIĘ NAD NIEGO, JAKBYŚMY… LATALI…
Ucichł stopniowo, wpatrując się w jakiś punkt na niebie, podczas gdy pan Herrington rozpaczliwie sparował cios potwora resztką swojej broni. Punkt zdawał się rosnąć w coraz szybszym tempie. Czyżby to był… Nie…Niemożliwe, by konwencja narracyjna w tym świecie była aż tak sprzyjająca…


Brook wsunął się cicho w ciemne wnętrze stajni. Długo nie musiał szukać boksu, w którym znajdował się wierzchowiec Śmierci. Jasna biel sierści zawsze wyróżnia się na niezmiennie czarnym tle.
Albert udzielił Brookowi stosownego szkolenia na temat kosy, przecinania linii życia i zasady działania życiometru, po czym wysłał go na misję. A raczej powiedział po prostu, że 'ma nie wracać, póki nie wyśle paru łebków na tamten świat'. Polecił mu do tego skorzystać z Pimpusia, osobistego konia Śmierci. Szkielet podszedł ostrożnie do zwierzęcia.
Nie wydawało się zaniepokojone, najwyraźniej należało do tego rodzaju zwierząt, które ciężko czymkolwiek spłoszyć. Czego niestety nie dało się powiedzieć o Brooku. Spoglądając w duże chrapy ogiera o bystrym spojrzeniu, muzyk obiecał sobie nigdy nie wsiadać na grzbiet tej bestii. Zwłaszcza na oklep, a nigdzie w pobliżu nie było widać jakiegoś siodła. Przełamując swój strach, zdobył się jedynie na lekkie pogłaskanie konia po łbie. Podjął w końcu decyzję.
- Wiesz co… Twój pan z pewnością potrzebuje Cię bardziej niż ja… - teatralnie szepnął Brook, pamiętając o swojej umiejętności samodzielnych przenosin. Pewnie użycie wierzchowca byłoby zwyczajniej bardziej właściwe i lepiej postrzegane, ale odkąd Brook dowiedział się, że ten koń lata, nie mógł znaleźć w sobie odwagi by go dosiąść. – Idź do niego, ja sobie poradzę sam.
Ruszył w stronę wyjścia ze stajni. Gdy odwrócił się w drzwiach, by jeszcze raz spojrzeć na Pimpusia, już go tam nie zastał. Nieszczególnie go to zdziwiło.


To się zaczynało robić zbyt proste.
No bo bez przesady! Akurat kiedy plan wymaga wzniesienia się w powietrze, znikąd pojawia się Pimpuś, biały wierzchowiec dla którego grunt jest kwestią czysto opcjonalną. Wszystko jak na dłoni. Jakim cudem ludzie w tym świecie mają jakiekolwiek kłopoty?
- A to co, do tysiąca befsztyków? – Pan Herrington, podobnie zresztą jak Król Morski, był w stanie jedynie patrzeć na to zbliżające się zjawisko z rozdziawioną paszczą. Mortimer pochwycił go prędko za kołnierz kurtki i wskoczył na obniżającego lot Pimpusia. Nie musiał ściągać wodzy, których w zasadzie nie było, ani uderzać boków konia piętami. Wierzchowiec zdawał się sam z siebie czynić dokładnie to, czego od niego oczekiwano, wznosząc się teraz wysoko nad morską bestią.
TO, PANIE HERRINGTON, JEST PIMPUŚ. Odparł zapytany Mortimer wyjaśniająco, po czym dodał dla pewności KOŃ.
- Widzę, że to koń, do cholery! Widziałem przecież konie, ale one nie latają! – Wykrzyknął pierwszy oficer, kurczowo trzymając się kamizelki kapitana. Po czym uświadomił sobie, że jego wiedza o koniach nie jest zbyt ścisła. Owszem, widział kiedyś parę koni, lecz zwierzęta te na Głodomorzu miały czas życia mniej więcej tak długi, jak długo trwa zagotowanie wody na gulasz – Nie latają, prawda?
TEN LATA. POSTARAJ SIĘ Z NIEGO NIE SPAŚĆ!
I nim Pan Herrington zdołał cokolwiek powiedzieć, Mortimer przechylił nogę przez koński grzbiet i rzucił się z wysokości prosto na potwora, z rapierem gotowym na silne, ostateczne cięcie w jego łeb. Niestety, nikt nie zdołałby dorobić się miana Króla Mórz, nie umiejąc przewidzieć tak prostego ataku. Bestia zrobiła szybki unik wyginając swą długą szyję, aby następnie jeszcze szybszym kłapnięciem dzioba pochwycić intruza. Bezużyteczny rapier chlupnął w morską otchłań, pokonując długą drogę w dół.
JAK… TO… MAWIAJĄ…LUDZIE…. – Mortimer, zmuszony do odkrycia, że znajduje się dokładnie w paszczy potwora, którą jedynie jego wyprostowane ręce i nogi powstrzymują od zamknięcia się, nabrał dziwnej, obcej ochoty by zakląć OCH KACZKA? NIE, TO NIE BYŁO TAK… ALE W ZASADZIE PASUJE….
Nie był w stanie długo tego wytrzymać. Jedynym powodem, dlaczego jeszcze nie pozrywał wszystkich ścięgien, był fakt, że ich nie posiadał. Stawanie oporu sile zacisku szczęk potwora było coraz trudniejsze i stopniowo Mort ulegał, mimowolnie pozwalając potworowi zmniejszać wolną przestrzeń, dzielącą go od pożarcia.
Całkowicie nagle, uścisk zelżał, a sam Mortimer został niemalże odrzucony przez zdławiony ryk potwora. Zanim dziób na powrót się zatrzasnął, kapitan piratów zdołał wyskoczyć zwinnie i zjechać po wygiętej łukowato szyi z powrotem na grzbiet potwora.
Ten Król Mórz był wystarczająco bystry, aby przewidzieć atak z góry. A równocześnie wystarczająco tępy, by nie przewidzieć możliwości powtórzenia nieskutecznej metody.
Trzeba przyznać, że lądując, Pan Herrington miał dużo szczęścia. Zeskakując z grzbietu pikującego zwierzęta, nie mając żadnego planu ani żadnej broni, można trafić z pewnością dużo gorzej. Tymczasem trafił bezbłędnie między oczy potwora, całą energię kinetyczną kumulując w uderzeniu jego obydwu nóg odzianych w ciężkie podkute buciory. Dało się słyszeć wręcz lekkie chrupnięcie, sugerujące, że albo czyjaś kość została nadkruszona, albo ktoś zajada paczkę chipsów. A że tego drugiego nigdzie nie było widać…
Pierwszy oficer zatoczył się lekko, lądując na płaskim dziobie przeciwnika. Bestia najwyraźniej była przymroczona pierwszym atakiem, kołysząc bezwładnie swoim łbem. Wielkie ślepie, na którego naprzeciw był człowiek, próbowało skupić na nim swój wzrok. Niepewien, co ma uczynić, Herrington uczynił to, co zrobił wielu przeciwnikom w swoim pełnym bójek życiu. Przywalił potworowi z całej siły w oko.


Brook był mocno zdenerwowany. Trudno nie być, kiedy właśnie staje się naprzeciw swojej pierwszej… nie, słowo 'ofiara', ciągle cisnące się mu na usta, nie było odpowiednie. Raczej… usługobiorca.
Ku dodatkowemu zmartwienia muzyka człowiek, który okazał się być jego pierwszym usługobiorcą, wciąż był bardzo młody. O ile Brook mógł to stwierdzić na oko, a nie mógł gdyż go nie miał (Yohohohoo), chłopak był góra dwudziestoletni. Podnosił się właśnie z ziemi, nie będąc pewnym, co go dokładnie spotkało. Kurz pozostawiony przez napastników u wylotu ciasnej alejki rozwiał się w mgnieniu oka.
- Uff, mało brakowało! – Przejrzysta postać uśmiechnęła się do Brooka – Wygląda na to, że zawdzięczam Ci życie.. oj?
Młodzieniec zauważył właśnie swoje ograbione, dźgnięte nożem ciało. Brook zauważył je już chwilę wcześniej, przez co przejęła go trwoga. Ten człowiek był trupem! Mówił do niego martwy człowiek!
- Uhm, nie do końca… - Brook przecinając delikatnie nić łączącą duszę z jej ciałem, opanował swój drżący głos, po czym przypomniał sobie, że ma usiłować mówić (znów cytując Alberta) 'jak gdyby twój niski głos miał wwiercić się słuchaczowi do mózgu' – ZNAczY SiĘ… JAKbY CI To PowiEDZIeĆ…
- Ja… nie żyję, prawda? – Ku uldze zastępczego śmierci, chłopak sam przekazał sobie fatalne wieści. Jego twarz dziwnie posmutniała – Cóż, bywa i tak. Akurat szedłem z pierścionkiem zaręczynowym do mojej dziewczyny… A odradzano mi skracanie sobie drogi przez Mroki…
- Oooch…. –Brook dość niefachowym gestem wsparł się o swe narzędzie – A więc spotkała Cię miłość! Nieszczęśliwym jest uczucie, które miało was na zawsze połączyć, gdyż teraz jedynie pogłębia wasze tragiczne rozstanie, czyniąc je niemożliwym do zniesienia!
- Eee… No, tak jakby… - nieśmiało odparł młodzian, który jakoś przestawał odczuwać ten cały tragizm. Pewne rzeczy najwyraźniej pozostają w ciele.
- Śmierć rozdzielająca dwoje kochanków, szczęśliwy blask pierścienia przyciągający ku sobie błysk noża tragedii w ciemnym zaułku… - Nie wiadomo kiedy, śmierć z zakamarków szaty wydobył parę skrzypiec i smyczek – Muszę pod to koniecznie coś zagrać!
I chwilę później, grając tęskny acz prędki motyw na skrzypcach, Brook pląsał piruety, uniesiony duchem swej kolejnej, pięknej melodii. Duch chłopaka patrzył na to z niemałym zdumieniem.
- Cóż za makabryczny taniec…. – Zdążył szepnąć, zanim ostatecznie rozwiał się w drodze na tamten świat.


W ostatniej chwili Mortimer i Pan Herrington zdołali dobiec do statku i wspiąć się na pokład po spuszczonych im linach. Gdy potwór zaczął się zanurzać*, woda sięgnęła im już po kostki. Obydwaj padli na deski pokładu, nie dowierzając wydarzeniom, których sami doświadczyli. Biały koń znikł z zasięgu wzroku. Statek akurat ponownie wodował z gwałtownym zakołysaniem, powodując głośny plusk. Dlatego poza samym pierwszym oficerem jedyną osobą, która usłyszała słowa kapitana, był stojący najbliżej ich sternik. Jakiekolwiek to nie były słowa, spowodowały wielkie zdumienie na twarzy Herringtona, a następnie wręcz ryk dziwnego śmiechu.
- No dobra, załoga, co tak patrzycie – wyraźnie z siebie zadowolony pierwszy oficer odzyskał animusz – Wracać mi zaraz na stanowiska, bo zdzielę jednego z drugim!
Piraci rzuciliby się do pracy nawet i w normalnych warunkach. Za to teraz, gdy byli naocznymi świadkami zwycięskiej walki oficera z Królem Morskim, ich obuwie osiągnęło prędkość wręcz szlifującą deski pokładu.
- Hej, co stary mu powiedział, że tak go to ubawiło? – Jeden z ciekawskich majtków przysunął się do sternika, że niby to akurat potrzebna mu jest leżąca obok niego lina.
- Nie jestem pewien, czy go dobrze zrozumiałem... – Sternik wsparł się z namysłem o koło – Ale to zabrzmiało jak 'Boję się pana, Panie Herrington'.
Obydwaj jak na komendę popatrzyli na swego pierwszego oficera, który od samych początków tej podróży nie wyglądał na bardziej żywego, niż chwilę po stanięciu oko w... ciało z Królem Morskim. Człowiek, którego boi się nawet kapitan Mortimer...
Stan tej zadumy nie potrwał jednak długo, gdyż krzyk młodego Głodomorzanina siedzącego na bocianim gnieździe przeszył powietrze.
- Kapitanie, mamy kłopot! Sunie do nas statek z piracką banderą!
CÓŻ MY TU MAMY... Mortimer spojrzał przez podaną mu lunetę, przyglądając się banderze WYGLĄDA JAK DWIE CZASZKI, O ILE ZGODZIMY SIĘ NAZYWAĆ TO CZASZKAMI, I SKRZYŻOWANE KOŚCI. NAD CZASZKAMI JEST JAKAŚ... FALA? A MOŻE TO KAPELUSZ. CO PAN SĄDZI, WRÓG CZY PRZYJACIEL? Kapitan podał lunetę oficerowi. Ten po spojrzeniu w jej wylot lekko pobladł.
- To są... Co oni tu robią, przecież szaleli w Nowym Świecie... No jak nic oni.... – Kropla potu spłynęła po jego czole – Mamy przesrane, totalnie przesrane!
BARDZIEJ, NIŻ PO NATKNIĘCIU SIĘ NA KRÓLA MÓRZ? zdziwił się Mort.
- Ze trzy razy bardziej, tu szczęście nam nic nie pomoże! To są Bracia Decalvan! Znane twarze w najbardziej krwiożerczych rejonach Grand Line, tam gdzie moja stopa nigdy nie postanie. Kapitanie, proponuję odwrót!
Z PANEM Z PEWNOŚCIĄ NAM NIC NIE GROZI ten spokój w głosie kapitana potrafił wyprowadzić człowieka z równowagi A BIORĄC POD UWAGĘ, ŻE NIE ZDĄŻYLIŚMY JESZCZE ROZWINĄĆ PEŁNEJ PRĘDKOŚCI, WĄTPIĘ BYŚMY ZDOŁALI IM UMKNĄĆ. WYGLĄDA NA TO, ŻE BĘDZIEMY MUSIELI JEDNAK STAWIĆ IM CZOŁA.
Ku niezadowoleniu Pana Herringtona, Mortimer miał cholerną rację. Coraz częściej ją miał, uczył się w niezwykle szybkim tempie, jakby każdą raz podaną informację pamiętał bezbłędnie. Jedną nieudaną ucieczkę później, statek Braci Decalvan znalazł się o zaledwie kilkanaście metrów od Long Sleeve. Dwaj czarnowłosi, dość krępi mężczyźni z łatwością wskoczyli na pokład tej jednostki. Załoga Wiecznie Żywych była jednak już w pełni przygotowana na odparcie ataku. Nie była za to w ogóle przygotowana na to, co się faktycznie wydarzyło.
-Woow! To było po prostu... – Zaczął jeden z mężczyzn, z blizną na jego prawym oku.
- ...niesamowite! Wszystko widzieliśmy! – Dokończył drugi, z blizną na lewym oku.
- Tylko dwóch ludzi! Bez żadnej mocy...
- ...owocu! Trzeba mieć niezłe...
- ...jaja, żeby tak po prostu wziąć...
-... i podbić oko Królowi mórz. Jesteśmy...
- ... bracia Decalvan, miło...
- ... nam spotkać na tym spokojnym...
- ... morzu kogoś takiego jak wy. I w ogóle to kim...
-... wy jesteście.... Hej, ten koleś nie ma...
-... ciała! Co to ma...
PRZESTAŃCIE, PROSZĘ! Mortimer po chwili obserwowania tej jednomyślności przypominającej w skutkach zawzięty mecz tenisowy, odczuł drażniący zgrzyt w szyjnej części swego kręgosłupa. Brak mazi stawowej nie służył nagłym i gwałtownym ruchom. ROZUMIEM WIĘC, ŻE NIE MACIE ZŁYCH ZAMIARÓW?
- A tego akurat...
-...jeszcze nie wiemy!
Błysnęły stalowe pazury, gdy obydwaj bracia unieśli swe rękawice przypominające lwie łapy. Nie atakowali, lecz ich postawa sugerowała, że atak wciąż jest opcją szeroko otwartą.
- Z czyjej jesteście...
- ...załogi, co? – Dwoje oczu spojrzało uważnie na Mortimera – Hej, nie jesteś...
- ...aby tym Cygańskim Królem, Domą?
- Naprawdę musimy mu znaleźć inny strój... – Mruknął Pan Herrington, po czym postanowił przejąć inicjatywę. – Nie, to jest Mortimer, nasz kapitan. Ja jestem pierwszym oficerem na tym statku, nazywam się Pan Herrington, tak, Pan to moje imię. Jesteśmy świeżo powstałą załogą, o nazwie Wiecznie Żywi. A wiecie, dlaczego tak się nazywamy? – Może to wyjście cało z potyczki z gigantyczną rybo-kaczką, a może pozornie przyjazne nastawienie Braci Decalvan, lecz z jakiegoś powodu pierwszy oficer poczuł nagły przypływ odwagi, pozwalający mu na wykonanie ruchu gwałtownego i desperacko wręcz szalonego. – Bo nie zamierzamy umrzeć, dokładnie tak! I teraz, jak widzisz drogi panie, trzymam nóż na gardle twojego brata. Widzisz tą kroplę krwi? Nie żartuję. Nie zamierzamy służyć wam za widowisko, więc teraz obydwaj ostrożnie się...
- Wycofamy? – Trzymany przez mężczyznę pirat zachichotał wrednie – Masz jaja, staruszku...
- ... no naprawdę. Ale wygląda na to, że dzięki temu nam się...
- ... możecie przydać.
Aby dokładnie prześledzić, co się wydarzyło w ciągu kolejnych kilku sekund, trzeba by ujrzeć to na wysokiej jakości filmie poklatkowym. Dla ludzkiego oka cała sytuacja jawiła się jednak jako rozmazana smuga. W wyniku jakiegoś szybkiego przerzutu i ataku, jeden z braci rozbroił i powalił pierwszego oficera, teraz przyciskając swą łapę do jego gardła. Jedynie Mortimer zdążył zareagować i już zamierzał pomóc kompanowi, lecz szybkie podcięcie nóg przez drugiego brata również i jego rzuciło na deski.
- Nie myślcie sobie, że z nami...
- ...może pójść wam tak łatwo jak z tamtą rybą. Jesteście...
- ...ciągle słabiutcy. Ale lubimy waszą straceńczą...
-...odwagę. Nasz sojusznik potrzebuje takich ludzi...
- ...i szkieletów...
- ...jak wy. Popłyniecie z nami uratować...
-...jednego gościa i zapomnimy o całej tej sprawie. Co...
-... wy na to?
Mortimer westchnął w duchu. Naprawdę nie chciał narażać swojej załogi na straty, więc wiedział już, że zgodzi się na propozycję. Wiedział też, dokąd ta propozycja go zaprowadzi i jaki będzie miała skutek. Nie zdołał od tego uciec. Nagle zrozumiał cierpienie napotkanych przez niego w przeszłości mieszkańców Efebu, którzy rozpaczali na temat... Co to było takiego...?
NO TAK. FATUM przypomniał sobie na głos.

Komendant Straży Miejskiej Ankh-Morpork i Diuk tego miasta zarazem, sir Samuel Vimes, był z racji swojej pozycji człowiekiem wiecznie zajętym. W jakiś dziwny, niepojęty sposób, im więcej osób liczyła sobie Straż, tym większa była ilość popełnianych w mieście przestępstw. Nie, to nieprawda, poprawił się w myślach. Po prostu więcej brudów wychodziło teraz na światło dzienne. Czasy, gdy w straży poza nim były tylko trzy inne osoby może i były łatwiejsze, lecz na pewno nie były lepsze. Kiedyś przed Strażą zamykano każde drzwi... No, to się akurat nie zmieniło, zwłaszcza kiedy patrol ma funkcjonariusz Wizytuj, ale teraz przed ich zamknięciem ludzie zawsze** stawiali strażnikom żądania, takie jak "Znajdźcie tego, co mu to zrobił!", czy też "Kiedy w końcu złapiecie tego złodzieja, na co idą niby moje podatki?". I choć często mówili to ludzie, którzy sami mieli na sumieniu wiele innych rzeczy, lecz nie płacenie podatków, to Straż się starała. Bogowie wiedzą jak bardzo.
Tak bardzo, że Sam Vimes był obecnie w najbardziej zbliżonej do odpoczynku pozycji, jaką przyjął od ponad dwudziestu godzin. Było nią ciężkie zwisanie z rynny czteropiętrowej budowli. No tak, strażnik może się zestarzeć, lecz jakimś cudem złodzieje są zawsze młodzi, niech ich licho! Nie było więc nic dziwnego w tym, że przeskok z jednego dachu na drugi podczas osobistego pościgu komendanta za poszukiwanym przestępcą Winnym Jonasem , skończył się lepiej dla ściganego, niż dla ścigającego.
Komendant Vimes liczył. Liczył, ile kości przy odrobinie szczęścia może połamać, kiedy jego palce nie będą dłużej zdolne do utrzymywania kurczowego chwytu na rynnie. Rezultaty owego działania nie jawiły się zbyt optymistycznie.
- Uhm... DZiEŃdoBRY? – Usłyszał dziwny, mieszany głos nad sobą i zobaczył siedzący na krawędzi dachu, ludzki szkielet z kosą.
- No nie, nie mówcie mi, że tak to się skończy! – Może i bohaterska śmierć w trakcie wykonywania służbowego pościgu za przestępcą miała swój blask chwały, lecz Vimes wolałby raczej być zwyczajnym trupem w całości, niż bohaterskim trupem rozchlapanym na chodniku. Z trudem poprawił uchwyt lewej dłoni. – A w ogóle, to co jest z tobą? Wyglądasz jakoś dziwnie!
- Hę? Znasz... To znaczy, ZNAsZ MnIE? – Dziwaczny szkielet zaniepokoił się. Co prawda miał czarną szatę, kosę i to wszystko, lecz dla Vimesa cała reszta zdawała się krzyczeć wielkimi literami "PRZEBIERANIEC".
- Ciebie? Skądże znowu! Ale chętnie poznam jak tylko stanę na nogi! I wtedy sprawię, że odechce Ci się głupich żartów! – Z drugiej strony, przyszło mu do głowy, może tamten raz w grotach Krzemowej Doliny tak naprawdę był tylko jego snem, i teraz ma nad swoją głową prawdziwego Mrocznego Kosiarza? Poprawił uchwyt prawej dłoni, która zaczynała już niebezpiecznie drżeć. – Czy ja umrę?
- POinFORMOwaNO mnIE, ŻE ISToTNIe MOŻE ZAjŚĆ TAKA MOŻLIwoSĆ – szkielet z ulgą powitał zmianę tematu – Z tEGO CO ZROZUMIAŁEM, MAM TU BYĆ NA... WSZELKI WYPADEK. Hej, idzie mi to coraz lepiej!
- Co takiego? – Zdumiał się Vimes, po czym odkrył, że odpowiedź wcale go nie interesuje. Zbyt zajmował go ból, który pojawił się teraz i w lewej dłoni. Wiedział, że nie wytrzyma już nawet minuty – Niech to demony porwą...
- Nie, nie, nic takiego. WYGLĄDA NA TO, Że MUSZĘ ZACZEKAĆ I PRZekoNAMY SIĘ, CZY BĘDĘ MIAŁ JAKIKOLWIEK UDZIAŁ W TYM WYDARZENIU!
- No to zjeżdżaj czekać gdzie indziej, jasne? – Warknął Vimes ostatkiem sił. Ku jego zdumieniu, szkielet uczynił dość spłoszony wyraz twarzy i istotnie wstał i sobie poszedł.
- Eee... Ale jakbyś chciał jednak mi najpierw pomóc...? Halo...? Ech, nieważne.
Licząc na cud, puścił rynnę. Ocalał, łamiąc tylko dwa żebra. Obydwa należały do Winnego Jonasa, który wybrał sobie tą uliczkę jako drogę dalszej ucieczki.
- Widzisz, drogi Jonasie... – Vimes z rozkoszą zapalił cygaro, bacząc uważnie czy przestępca nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów. Z drugiej strony zaułka widział już biegnącego do nich, zaskoczonego kapitana Marchewę – Kopnął Cię niemały zaszczyt. Niewielu może powiedzieć, że spadł na nich gniew Diuka Ankh-Morpork. Osobiście.
Nie był zadowolony z tej odzywki, ale lepsze było to, niż rozmyślanie, co u diabła właśnie przed chwilą zobaczył.


Zarówno Mortimer, jak i Pan Herrington, starannie unikali swoich spojrzeń. Podobnie, jak spojrzeń całej reszty załogantów. W ogóle w miarę możliwości unikali kontaktu z kimkolwiek. Nie jest łatwo czuć się wciąż dowódcą, po tym, gdy zostało się pokonanym na własnym statku, na oczach całej załogi. Za to bracia Decalvan jako jedyni zdawali się nie tracić humoru, nieustannie pokrzykując z pokładu swojego statku, który płynął tuż obok Long Sleeve.
- Świetnie, żeście...
- ...się zgodzili! Naszemu sojusznikowi...
-... z pewnością przyda się każdy okręt użyty w...
-... walce. Swoją drogą, ten twój...
- ...latający koń! To...
-... jakaś sztuczka? Nie wydaje...
-... nam się, by to był Owoc, ale...
-... nie jest to niemożliwe. Gdzie...
-... on właściwie jest...?
- To w sumie dobre pytanie... – Mruknął Pan Herrington, który od dłuższej chwili tylko stał oparty o maszt, z wyjątkowo paskudnie złym humorem wypisanym na swej twarzy. – Gdzieś ty posiał tego dziwnego ogiera, Mort?
Mortimer popatrzył w niebo. Wiedział, że gdzieś jest Pimpuś, który gotów jest pojawić się, gdy tylko będzie potrzebny. Choćby po to, aby zabrać go z powrotem do domu. Myślał już o tym. Teraz, gdy znaleźli się w potrzasku zmuszeni do wzięcia udziału w tragicznej w skutkach wojnie, chętnie by po prostu powrócił do swojego świata i nie mieszał się więcej do tego dziwacznego uniwersum. Jednak ta część jego, która nie była Śmiercią, lecz Mortem wojownikiem mórz... Nie chciała wracać. Zaczynała za to naprawdę nabierać ochoty, aby wspomóc piratów w tej misji. Ten jeden raz nie chciał życia zabierać, chciał to życie dla odmiany ocalić. Nawet, jeśli będzie to miało tragiczne dla tego świata skutki.
- Jeśli już mamy odbijać więźnia marynarki, to ten twój koń byłby do tego jak znalazł. – Dodał pierwszy oficer, przerywając pełną namysłu ciszę. Mort odpowiedział mu kiwnięciem. Wyciągnął dłoń przed siebie, przywołując wierzchowca. Nie minęła minuta, gdy pojawiwszy się całkiem znikąd, lśniący biały koń wylądował na pokładzie. Prawie. Załoga jak oczarowana patrzyła na jego kopyta. Zdawały się być na tym samym poziomie, co deski pokładu, lecz w przeciwieństwie do nich nie falowały z całym okrętem. Co dla osób na statku sprawiało wrażenie, jakby stojąc w bezruchu koń bujał się lekko na wszelkie strony, przenikając kopytami przez obiekty stałe. Nawet bracia Decalvan wyglądali na zaskoczonych.
PIMPUŚ... mruknął Mort, klepiąc zwierzę przyjaźnie po boku. Dopiero wtedy koń zrobił parę kroków naprzód, ze stukotem kopyt stając na rzeczywistym gruncie.
Dalszych kłopotliwych pytań pozwolił oszczędzić krzyk z bocianich gniazd na obydwu statkach. Wszyscy rzucili się ku burtom, wychylając się, aby zobaczyć, co znajduje się na wprost od statków. A było, co oglądać. Z rozwiewającej się powoli mgły wyłaniały się dziesiątki statków, każdy o innym kształcie, rozmiarze i banderze. Liczne pary oczu próbowały wyśledzić ich liczbę... Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści... Lecz ich natłoczenie było zbyt mnogie, aby móc je dokładnie zliczyć. Cała ta przytłaczająca flota sunęła jednomyślnie za jednym, gigantycznym okrętem, pokrytym jakąś lśniącą substancją. A na pokładzie tego okrętu, na którego burcie napis głosił 'MOBY DICK', siedział na wysokim tronie ten człowiek. Najpotężniejszy pirat świata. Edward Newgate, znany jako 'Białowąsy'.
Statek braci Decalvan wykonał ostry zwrot na bakburtę, aby zrównać się z Moby Dickiem. Jego kapitanowie gestem dali znak Wiecznie Żywym, aby uczynili to samo. Po chwili obydwa statki płynęły równolegle do okrętu flagowego. Przerzucono trapy i kapitanowie obydwu załóg, wraz z kilkoma załogantami, zostali wpuszczeni na pokład okrętu Białowąsego.
Mortimer nie mógł nie zauważyć, jak wielki szacunek ma tych dwóch nicponi dla Newgate'a. Podobnie jak wszyscy zebrani na tym statku piraci. Którzy, nawiasem mówiąc, sprawiali wrażenie adekwatnej załogi dla kogoś o mianie najsilniejszego człowieka świata.
Sam Białowąsy natomiast... Przede wszystkim był duży. Ale o ile Mort mógł ocenić, był także już bardzo, bardzo stary. Z pewnością musiał też być schorowany, gdyż zdrowi ludzie nie są podłączani do aparatury medycznej, ani nie znajduje się w ich otoczeniu grupa młodych kobiet w uniformach pielęgniarek***. Mimo to, człowiek ten wciąż wzbudzał powszechny szacunek i strach na wszystkich morzach. Jeden z Czterech Władców mórz. Żywa legenda. Białowąsy.
Kiedy bracia Decalvan swoim sposobem zaprezentowali Wiecznie Żywych i zdali relację z wydarzeń z nimi związanych...Dopiero wtedy Edward Newgate zwrócił swe spojrzenie na szkielet, bez cienia zdumienia przeszywając go długim, bacznym spojrzeniem. Po dłuższej chwili w końcu przemówił, wyciągając dłoń ku Mortowi.
- Widzę, że nie brak Ci odwagi by postawić na szali swe życie. Szanuję to i cenię. Dlatego chciałbym, abyś wraz z załogą przyłączył się do nas. Pomożesz nam ocalić mego syna przed egzekucją?
Mortimer sam był zaskoczony, jak prędko jego dłoń ujęła wielką rękę Białowąsego, na znak zgody. Kiwnął głową.
OCZYWIŚCIE. MOŻESZ LICZYĆ NA WSPARCIE PIRATÓW WIECZNIE ŻYWYCH.
Po czym, gdy tylko mógł, odwrócił wzrok od oczu Newgate'a. Oczu, o których wiedział, że wkrótce przeznaczone mu będzie ujrzeć martwe.
Naprawdę chciał do tego nie dopuścić.
I obiecał sobie, że za wszelką cenę nie dopuści.



*Bo akurat przypomniał sobie, że ma dużo interesujących spraw do zrobienia w innych ciekawych miejscach. Tylko dlatego. Wcale nie z powodu połowicznego oślepienia i bólu w czaszce. Ha, gdyby chciał, to z pewnością pokazałby temu człowieczkowi, gdzie jego miejsce. Po prostu… mu się nie chciało. Ale mogłoby mu się chcieć!
** Nie w przypadku funkcjonariusza Wizytuja, którego pełne imię brzmiało Wizytuj Niewiernych z Wyjaśniającymi Broszurami. Tutaj ograniczano się do samego zamykania drzwi, gaszenia świateł w oknach i udawania, że nikogo nie ma w domu.
*** Z wyjątkiem ludzi o specyficznych fantazjach erotycznych, lecz tego już Mort nie miał prawa wiedzieć.


Koniec części trzeciej.
bullet Napisane przez Komimasa dnia 16 maj 2011 · Kategoria: FANFIKI NOWE ·
· 0 komentarzy · 1379 czytań · Drukuj

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Komimasa
19/02/2019 21:53:54
Uwaga, ponieważ zmienia się serwer na którym stoi reader, linki do rozdziałów mogą nie działać. Prosimy o cierpliwość i wyrozumiałość.

Imi
27/01/2019 12:20:10
Jak na mangę to ogromne opóźnienie. Niestety, taki okres że te opóźnienia powstają. Jak u sąsiada skończą remont powinno być ok^^

Komimasa
23/01/2019 14:26:51
Nie ma tam jakiś większych opóźnień, powinienem dziś do tego usiąść ale raczej znajdę czas dopiero w czwartek.

Zibii
23/01/2019 13:03:38
A jakieś info o Mandze? Smile

Komimasa
21/01/2019 12:21:23
Przepraszamy za opóźnienie z odcinkami, w tej chwili już pracujemy nad 869, więc jeśli korekta będzie szybko, to powinniśmy za kilka dni mieć wszystko już na stronie.

Imi
15/01/2019 20:18:50
Bo kiedyś wychodził odcinek w niedzielę, teraz erai raws np wyszedł dziś. I proszę nie wspominać mi o stronach, które dają news, a to co w nim dopiero później.

Komimasa
13/01/2019 13:50:17
przerwałem tłumaczenie. Wróciłem od Zo. Nie rozumiem, o co chodzi z odcinkiem 868. To odcinek najnowszy, który wyszedł dopiero dziś,

Komimasa
13/01/2019 13:49:21
Rozdziały muszą być usuwane systematycznie co jakieś 10, więc starszych nie może być. Jeśli chodzi o odcinki anime, to w połowie Dressrosy miałem cięższe chwile i na rok, trochę więcej,

maabm1989
13/01/2019 00:43:31
Witam jestem tu nowa i mam pytanie czemu brakuje tu niektórych odcinków? nie widzę ani w rozdziałach ani w odcinkach od nr 868? /jak mam szukać ?

Komimasa
27/12/2018 17:30:52
Niestety nikt nie zrobił. Ja, jeśli jestem przy kompie, to albo odcinek albo rozdział...

teos
27/12/2018 15:25:59
W tym roku też nie ma świątecznej krzyżówki? Sad

Komimasa
24/12/2018 10:58:05
Przepraszam najmocniej, ale w związku z Swiętami, do odcinków wrócimy po okresie świątecznym.

Komimasa
12/12/2018 12:11:39
Prace nad tłumaczeniem 927 nadal trwają, niestety dość wymagający jest ten rozdział.

Komimasa
04/12/2018 20:44:06
Tłumaczenie 926 skończone i poszło do korekty Smile

Imi
23/11/2018 14:50:48
Skoro chaptery zostały usunięte, to znaczy że powinny nie być już ogólnie dostępne.

Komimasa
16/11/2018 23:36:41
Ja niestety nie... Spróbuj na chatango na wt, może tam będzie więcej szczęścia.Tylko z drugiej strony dodawać linków nie można, ale możesz maila zostawić czy coś.

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
7,297,162 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony