REJESTRACJA
980

979 rozdział

978PL!

  901 PL!

  900 PL!

  899 PL!

CC 10 - temat wstępny przed gaz..
Autor: Komimasa dnia 03/06/20 16:35
Rozdział 980
Autor: Kaioken dnia 26/05/20 23:11
Rozdział 979
Autor: Kaioken dnia 26/05/20 23:10
Spamiliada 12
Autor: Eikichi dnia 26/05/20 20:15
Story Cubes (komentarze)
Autor: Komimasa dnia 22/05/20 22:04
Pochwal się co ostatnio czytał..
Autor: Ena dnia 20/05/20 19:15
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
baner
AnimeCon_baner


Rozdział 4


Postacie, oprócz uprzednio wymienionych:

- Marynarka, nieustępliwie sprawiedliwa.
- Ofiara zamieszana całego, Białowąsego syn umiłowany.


Miejsce bez czasu ani koloru rozpościerało się wokół Brooka. Nienawidził go. Przerażało go i nie potrafił sobie wyobrazić, aby zmuszony był tu spędzić resztę swego nie-życia. Czuł się jak więzień, którym w istocie rzeczy był, pozbawiony braku możliwości powrotu do swego świata. Jednak większy strach w jego sercu (czy też po prostu za żebrami) zasiał sam fakt, że prawowity pan tego domostwa zajął jego miejsce. Śmierć powrócił do świata Brooka. I bezradny muzyk mógł tylko mieć nadzieję, że nie zabierze ze sobą życia jego przyjaciół.
Nie po raz drugi.
Nie chodzi o to, że bał się śmierci. Na pewno nie. W końcu Brook pochodził z mroczniejszych czasów, kiedy było o nią dużo łatwiej, a i tak spędził swoje życie uśmiechnięty i ze śpiewem na ustach. Musiał przyznać za to, że świat, jaki jawił mu się po opuszczeniu wreszcie tego przeklętego Trójkąta, był o wiele bardziej przyjazny. I o wiele łatwiej w nim było żeglować i śmiać się Śmierci prosto w twarz... Kiedy tej twarzy już tam nie było. Brook, jako jedna z nielicznych osób, był w stanie tę różnicę odczuć.
A teraz Śmierć powrócił, i pewnie tylko on sam wie, kogo zabierze ze sobą na tamten świat. Na swój sposób Brook czuł się za to odpowiedzialny. Śmierć znalazł się tam na jego miejsce, więc to Tylko Kości powinien jakoś temu zaradzić. A tymczasem nie mógł nic.
W dodatku skończył czyniąc to, co ktoś uczynił jemu pół wieku temu. Odbierając ludziom ich bliskich. Przyjaciół, rodzinę, kochanków. Osoby, będące dla kogoś całym życiem. Zabierając ich, pozostawiał ziejące pustki w życiu ocalałych. Pustki, których nie wypełni już nic.
Jego stopy machinalnie odmierzały kolejne kroki w rytm powolnego tanga, które grał na skrzypcach. Przesuwał się wzdłuż regałów z życiometrami, otoczony delikatnym szumem sypiącego się wokół piasku życia. To była przypuszczalnie jedynie jego wyobraźnia, lecz w tamtej chwili mógłby przysiąc, że przesypany już w klepsydrach piasek rwał się rozpaczliwie do tańca, te wszystkie godziny, dni i lata przybliżające ludzi do śmierci i mające nie powrócić już nigdy. Czas martwy, stracony na trudach życia, zmarnowany bezczynnie. Czas, który pragnął być wykorzystany w pełni, na muzyce i tańcu, jako czas szczęśliwości. Czas, który chciał jedynie stać się dobrym, wiecznie żywym wspomnieniem.
Smyczek w dłoni muzyka przyspieszył, nadając melodii nowej mocy. Szum wirujących ziaren piasku narósł wraz z nią.
Nigdy nie jest dość czasu na to, by móc przetańczyć wszystkie najpiękniejsze noce.
Nigdy nie jest dość czasu na to, aby poznać do głębi każdą melodię, zatonąć w nią całym sobą.
Nigdy nie jest dość czasu na to, aby wspólnym śpiewem uczynić świat miejscem weselszym, zbudowanym na radosnych wspomnieniach.
Kroki ucichły. Melodia zamilkła powoli, przechodząc w cichy szept głaskany dłonią szkieletu. Wirujące tanecznie ziarnka czasu opadły, zamieniając się znów w martwy, zimny piasek.
Nigdy nie jest dość czasu. Ale dla niego czas teraz nie stanowił problemu. Może być wszędzie i kiedykolwiek. Jest panem śmierci. I życia.
Może ocalić załogę Rumba.


Nieco dalej.... a właściwie całkiem gdzie indziej... Trwała wojna.
Prawdą jest, że Mortimer był świadkiem niezliczonej ilości wojen. Zazwyczaj jednak towarzyszył ich skutkom, nie zaś przyczynom, jak w tym przypadku. I choć wszelkie wojny charakteryzowała pewna niezmienność, to żadna, ale to absolutnie żadna, nigdy nie wyglądała jak ta.
Zdołał uprzednio podpytać parę osób z różnych załóg o osobę będącym biernym sprawcą tego wydarzenia. Portgas D. Ace. Tak brzmiało jego pełne imię. Członek pirackiej załogi Białowąsego, dowódca jednej z jego dywizji. Według słów tych morskich łajdaków i synów diabła, Ace to oddany przyjaciel, być może zbyt narwany, lecz zawsze gotów pomóc swoim towarzyszom. Pomimo młodego wieku, charakteryzuje się już znacznym doświadczeniem i był ponoć faworytem samego Białowąsego. Silny, ułożony, śmiały, koleżeński, wierny, lojalny. Te słowa padały najczęściej. Morta dręczyło, czemu więc taki wspaniały facet tkwi teraz tam, na platformie egzekucyjnej, z podpisanym na swoją głowę wyrokiem? Coś tu się wyraźnie nie zgadzało. Najwyraźniej sprowadzało się to wszystko do tego, do czego tak naprawdę sprowadzał się każdy zbrojny konflikt. Do zwyczajnego wyboru strony i niczego więcej.
No i to co usłyszeli przed chwilą... Portgas D. Ace, uznany za winnego byciem syna Króla Piratów, Gold Rogera. Mortimer nie rozumiał reakcji pozostałych, kiedy padły te słowa, wypowiedziane w świat przez kogoś o wyglądzie zapalonego ornitologa, a kto najwyraźniej sprawował tu władzę w imieniu sił marynarki. Podczas gdy wokół padały ochy i achy, Mort obserwował ich niepewnie.
PANIE HERRINGTON, O CO TO ZAMIESZANIE? Spytał pierwszego oficera.
- Ten dzieciak jest synem Króla Piratów! Synem demona! – odparł marynarz zdławionym głosem, powodując dodatkowy mętlik w głowie Mortimera.
TO ILU ICH W KOŃCU BYŁO? zapytał cicho, starając się naprowadzić Pana Herringtona na tor jakichś dokładniejszych wyjaśnień. Odpowiedziało mu tępe spojrzenie, rozkojarzone trwającym wokół chaosem. OJCÓW TEGO CHŁOPAKA. JAK DOTĄD NALICZYŁEM ICH TRZECH, Z DEMONEM LICZĄC.
Pierwszy oficer machnął dłonią.
- Newgate nie jest jego prawdziwym ojcem. To jest u nich jakby taka... Elitarna tyturalyzacja... tfu, no wiesz o co chodzi. Ten dzieciak faktycznie musi być synem człowieka, którego nazywano demonem, Gold Rogera... Nie dziwota, że marynarka tak bardzo chce, aby zginął!
ZGINĄŁ... w głosie prostującego się dumnie Mortimera pojawiło się coś dziwnego ZA GRZECHY SWEGO OJCA? NIE. ZA TO SIĘ NIE UMIERA. WIDZIAŁEM DUŻO ŚMIERCI, KTÓRE MOŻNA BY NAZWAĆ BEZSENSOWNYMI. ZA KAWAŁEK ZŁOTA, Z MIŁOŚCI, CZY TEŻ W WYNIKU TRAGICZNEJ POMYŁKI. ALE KAŻDA MIAŁA PRZYCZYNĘ, KAŻDA MIAŁA CEL. ŚMIERĆ ZA GRZECHY OJCA NIE DAJE NIKOMU NIC... Niebieskawy blask w oczodołach kapitan załogi Wiecznie Żywych rozbłysnął gniewnie, a on sam wzmocnił uchwyt na rękojeści swej szpady. Machnął nią wysoko.
ZAŁOGO, PANIE HERRINGTON... RUSZAMY!
I ruszył, jako jedyna w tej bitwie jednostka kawalerii. Za nim pobiegli Wiecznie Żywi. Byli tu z nim, szarżując wspólnie ramię w ramię, cała załoga Long Sleeve. Źle się z tym czuł. Jeszcze będąc na pokładzie Moby Dicka Mortimer rozmawiał o nich z tym sennym piratem Marco. Wspomniał, że to w większości nowicjusze, którzy nie są nawykli do wielkich bitew i nie chciałby mieć ich na sumieniu.
- Więc daj im wolny wybór – odparł wtedy Marco – Niech sami zdecydują, czy chcą ruszyć z Tobą do boju. I na macki krakena, zjedzcie coś wreszcie. Same chudzielce w waszej załodze, a ty to już zwłaszcza!
Tak Mort uczynił. Spytał wprost swoich załogantów, który z nich pójdzie za nim w bój, gdzie tylko najmężniejszy przetrwa, a kto zaś woli odejść póki ma jeszcze wybór. Zbyt późno dostrzegł pułapkę Marco. Nie było w tym świecie osoby, która zdołałaby odejść z załogi po usłyszeniu takich słów ze strony swego kapitana. I teraz ci ludzie szli walczyć razem z nim. Miał tylko nadzieję, że nie poszerzą puli oczekiwanych ofiar.
Biegli śliskim lodem, włączając się w ten żywy ryk wojny. Z początku wszystko było proste, gdy za plecami miało się przyjaciół, naprzeciw zaś pole widzenia zapełniał wróg. Jednak już chwilę potem, gdy linie walczących połączyły się we front szaleńczej walki, wszelkie pozycje zatarły się a obie armie wymieszały się tworząc jeden tłum.
Była to pierwsza wojna w dziejach Mortimera, miał też nadzieję, że ostatnia. Nie odnajdywał nigdy przyjemności w walce, lecz teraz wypełniała ona cały świat. Powiedzieć, że nacierał wściekle na marynarzy byłoby nieprawdą. Wściekłość to coś, co powstaje w gruczołach, a tych on nie posiadał. Jednakże to czyniło jego walkę jedynie straszniejszą. Nie zważając na huki i dym dział, z nieludzkim spokojem wirował między przeciwnikami na grzbiecie swego białego rumaka, ośmiostopowy szkielet ze szpadą skąpaną we krwi pokonanych już wrogów. Niejeden śmiertelnik poczułby się na wskroś przerażony tym widokiem.
Jakimż więc marnotrawstwem potencjału był fakt, że wokół zdawali się być sami ludzie nieustraszeni. Do tego, ciężko by było nie zauważyć, często obdarzeni niecodziennymi zdolnościami. Ale do tego już Mortimer zdołał przywyknąć, że w tym świecie ludzie potrafią posługiwać się jakąś dziwną, niemalże biologiczną magią. W zasadzie trochę przypominało to okresy czarodzicielstwa na Świecie Dysku, kiedy to magowie mogli uczynić praktycznie wszystko swoją mocą. No, może tutaj było trochę mniej zniszczeń.
Cóż, skoro i tak nie gra się czysto..
PANIE HERRINGTON! OBEJMUJE PAN DOWÓDZTWO NAD ZAŁOGĄ WIECZNIE ŻYWYCH. PROSZĘ STOSOWAĆ SIĘ PRZY TYM DO KOMEND PIRATÓW BIAŁOWĄSEGO! Mort przekazawszy polecenie walczącemu jak sam demon Herringtonowi, wzniósł się wraz z Pimpusiem nieco wyżej, i jeszcze wyżej... Aż w końcu znalazł się ponad głowami walczących, cały czas galopując na coraz to odleglejszym od podłoża gruncie. Oczy jedynie nielicznych patrzyły teraz na niego, lecz i to było utrudnione przez gęste kłęby prochowego dymu, pochodzącego z wciąż nie milknących armat. Nagle naprzeciw niego znalazła się lecąca w jego kierunku kula, lecz odruchowo odparł ją cięciem szpady. Równo przecięte połówki świstnęły po obu stronach jego czaszki, powodując zniszczenia gdzieś w tyle.
SPRYTNE zmuszony był mruknąć z uznaniem W DOMU NIC TAKIEGO BY SIĘ NIE UDAŁO.
Lecz była to jednak nieistotna przeszkoda w jego dążeniu do celu, który jawił mu się wyraźnie jak nic nigdy dotąd w jego sięgającym początków świata istnieniu. Ace. Klęczał tam, na szczycie platformy egzekucyjnej. Spętany, ze spuszczoną głową. Niewątpliwie poświęcenie, z jakim walczyli o jego wolność najgroźniejsi piraci tego świata, musiało w jakiś sposób mu ciążyć na duszy.
Na granicy słyszalności pojawił się jakiś dźwięk.
Ale już wkrótce więzień marynarki zostanie odbity. Mort wiedział, że musi mu się udać.
Dźwięk stał się nieco lepiej słyszalny, lecz wciąż zdawał się nie posiadać żadnego sprecyzowanego źródła, ani tym bardziej znaczenia.
Pimpuś zbliżał się już do bezwładnego ciała tego biedaka Oarsa. Czy on jeszcze żył? Przypuszczalnie tak, skoro nic jak dotąd nie wymagało interwencji Morta jako Śmierci.
Dźwięk nasilił się, ściągając na siebie uwagę coraz większej ilości walczących. Był to jakiś... Zbiorowy krzyk?
Mort nie dowierzałby własnemu szczęściu, lecz był naturalnie odporny na tego typu niemądre uczucia. Był już tak blisko celu i wokół nie było nikogo, kto by go zatrzymał....
Oprócz całego okrętu, który właśnie na niego spadł.


Brook siedział w gabinecie Śmierci, pogrążony w przygnębiających myślach. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby to w jakikolwiek sposób wpłynęło na jego apetyt, toteż spożywana przy oficjalnym biurku Śmierci kolacja nikła w oszałamiającym tempie, powodując niemały bałagan wokół. Ze szczególnym uwzględnieniem twarzy szkieletu, która w tej chwili wyglądała dość pociesznie, z sosem oblepiającym szczękę jakby na wzór jakiegoś zarostu. Posiłek zakończył wykonawszy głośno parę prostych, fizjologicznych czynności, których istnieniu ludzie z wychowaniem staranniejszym od ich edukacji lubią zaprzeczać. Lubił kuchnię Alberta. Co prawda nie można było w niej znaleźć wykwintności czy smaku do jakich przyzwyczajał Słomkowych Sanji, lecz porcje były duże, tłuste i sycące.Wytarłszy twarz serwetką przywołał do siebie sługę Śmierci. Nie nie, poprawił się w myślach. Swojego sługę.
- ALBERCIE! Chodźże tu natychmiast! – Zawołał tak władczo, jak tylko potrafił. Pożałował tego natychmiast, gdy tylko ujrzał w progu skrzywionego starca kopcącego skręta. W dłoni Alberta znajdowała się sporych rozmiarów patelnia, z której ten z pewnością mógł uczynić użytek nie mający wiele wspólnego z gotowaniem. Brook skulił się lekko w sobie, rezygnując z pomysłu w bawienie się w autentycznego pana tego domu. – A... Przepraszam. Dziękuję, że przyszedłeś. Jedzenie było pyszne. – Dodał aby udobruchać Alberta, podając mu przy tym usłużnie talerz. Po chwili jednak znów spoważniał – Albercie. Z tego, co mówiłeś, Śmierć może znaleźć się kiedykolwiek i gdziekolwiek. I pamięta wszystko.
- No... tak to mniej więcej wygląda – Albert podrapał się za uchem, wytrząsając przy tym istne opady popiołu z chowanych tam często niedopałków. – A co, nie widzisz tego? Teoretycznie powinieneś, skoro świat Cię jako tako zaakceptował.
- O dziwo, to działa. Mogę być wszędzie i gdziekolwiek, jeśli się wysilę jestem nawet w stanie przypomnieć sobie rzeczy pamiętane no.. przez Śmierć. – Szkielet westchnął głośno, powodując niepokój u Alberta. Miał dotąd Brooka za wystraszonego głupka, któremu trzeba wszystko powtarzać trzy razy. Teraz jednak postawa tego dziwadła była odmienna, poważniejsza. Najwyraźniej o coś mu chodziło. – Ale miejsce, w którym chciałem się znaleźć, jest dla mnie niedostępne. Powiedz mi Albercie. Czy są inni... Śmierciowie? Nie licząc oczywiście Śmierci Szczurów.
Brook z roztargnieniem skinął głową w kierunku biurka, na którym Śmierć Szczurów przysłuchiwał się rozmowie, z łapkami zwisającymi z krawędzi. O dziwo, zdołał przyzwyczaić się do tego malca i nawet go polubić. Nawet, jeśli to przerażający, chodzący szkielet.
- Cóż... Przypuszczam, że każdy świat ma swoją Śmierć. – Odparł Albert, który o dziwo poczuł chęć pomocy Brookowi. Ostatecznie od paru dni sprawował się całkiem dzielnie, nawet przestał już pojawiać się z wrzaskiem po każdym razie, gdy któryś z denatów się do niego odezwie. – Szukasz czegoś konkretnego, mały?
Może to było dziwne słowo w stosunku do wiekowego, ośmiostopowego szkieletu, lecz w jakiś sposób pasowało do niego w chwilach takiej nieporadności.
- TAK... ŚMIERCI MOJEGO ŚWIATA. – Brook nawet nie zwrócił uwagi, kiedy przeszedł na imitację Głosu. Albert aż poczuł ciarki na swych, całkiem nieciekawych poza tym, plecach. Ćwiczenia do jakich zmuszał muzyka, dawały efekt, szło mu to coraz lepiej. Choć ciągle ten Głos był troszkę zbyt piskliwy. – KOGOŚ, KTO ODEBRAŁ MI BLISKICH. SKORO TO NIE BYŁ WASZ ŚMIERĆ, GDZIE MOGĘ WIĘC ZNALEŹĆ INNYCH? Oh, przepraszam. Jakoś tak z przyzwyczajenia...
Albert powoli zgasił swój papieros o blat biurka i wsunął niedopałek za ucho.
- Pan mi mówił o kimś takim...
- Ja? Nie, ja nic nie... – Cicho zaprotestował Brook.
- Zamknij się. Jest ponoć ktoś, komu podległa jest każda Śmierć w dowolnym uniwersum. Śmierć Wszechświatów, znany pod imieniem... Jak to było... Aran? – cień zwątpienia przemknął po pomarszczonej twarzy sługi - Nie, Azrael. Na pewno Azrael. Cóż. Jeśli ktokolwiek może Ci udzielić odpowiedzi na tak pokręcone pytanie, to chyba tylko on.
- Wiesz, gdzie go mogę znaleźć? – spytał rozpromieniony nagle Brook.
- Ja? Żartujesz chyba. Zresztą i tak, gdybym tylko wyściubił nos poza to miejsce, byłoby po mnie. Za mało czasu mi zostało... – tym razem to Albert westchnął, co dla muzyka było równie niespodziewane, co Gecko Moriah na siłowni - Powiedziałbym, żebyś wsiadł na Pimpusia to go znajdziesz, ale oczywiście posłałeś go gdzieś w cholerę, żeby nie musieć na nim latać. Ha, myślałeś że nie wiem? – Starzec wydał z siebie charkliwy odgłos, coś pomiędzy śmiechem a wypluwaniem płuc. – No, ale jeśli się postarasz, to pewnie jakoś do niego trafisz.
Brook wstał z fotela i pochwycił z wieszaka płaszcz Śmierci. A więc nie wszystko jeszcze przepadło. Nie miał czasu do stracenia... A właściwie tutaj miał go aż nadmiar, ale gdy tylko opuści Domenę Śmierci, nie wiadomo kiedy może nastąpić zapowiedziana przez pana Stibbonsa ponowna zamiana miejsc. A wtedy będzie już za późno, zmarnuje jedyną okazję.
- Dziękuję Ci, Albercie. Kiedy powrócę, zagram Ci co zechcesz, obiecuję.
- Młody... – dodał starzec w ostatniej chwili - Cokolwiek zamierzasz, nie nakręcaj się zbytnio. Ktokolwiek był martwym, martwym pozostaje.
Lecz było już za późno, po szkielecie nie pozostał w pokoju nawet ślad*.

Kolejna silna burza szalała nad Ankh-Morpork, zalewając je strugami deszczu, który następnie zostawał zalewany przez Ankh-Morpork. Deszcz wychodził na tym znacznie gorzej. Gdyby nadrektor Ridcully zechciał w taką noc wyjrzeć przez okno, jego doświadczenie podpowiedziałoby mu niezbicie, że pogoda ta ma źródło wpół-magiczne. Była to po prostu jedna z tych burz, które muszą towarzyszyć szokującym czy ponurym wydarzeniom.
Układał się właśnie do snu, gdy wyjątkowo jasny błysk rozświetlił pokój, przy akompaniamencie ogłuszającego gromu**. Postać, której tu przed chwilą nie było, teraz ujawniła się w ostrym świetle pioruna. Dzierżyła kosę.
- A niech mnie piorun...! – Zawołał Ridcully, po czym w ostatniej chwili ugryzł się w język. To nie były rozsądne słowa do wypowiadania w burzliwą noc, kiedy naprzeciw Ciebie staje Śmierć. Szybko jednak się opanował, zapalając świecę. – Brook? Nie przychodzisz tu chyba po mnie, my magowie wiemy kiedy nadchodzi koniec. Mamy do tego niepodważalne prawo! – dodał, wyraźnie podkreślając słowo 'niepodważalne'. Magowie mieli konkretny stosunek do osób, które próbowały narzucać im ograniczenia. Też mu coś narzucali, zazwyczaj były to najwredniejsze klątwy, jakie mieli pod ręką (a gdy zabrakło zaklęć, zadowalano się choćby tradycyjną przemocą).
Dopiero teraz zauważył mokrą twarz szkieletu. Choć cały był przemoczony deszczem do suchej nitki, pochodzenie wody w rejonach czaszkowych zdawało się być jednak inne.
- Ty... płaczesz? – To niemalże odebrało nadrektorowi mowę. Niemalże. – Weź się w garść, do demona! Kto to widział, taki duży szkielet a płacze!
- NADREKTORZE! – Głos Brooka nie był już taki, jakim mag go zapamiętał – MUSISZ MI POMÓC PRZYWOŁAĆ ŚMIERĆ. MOJĄ ŚMIERĆ!




* No dobrze, pozostało dużo śladów, jak chociażby uwalane sosem biurko, czy przewrócony w pośpiechu wieszak. Ale żaden narrator nie zagrzałby długo miejsca na swojej posadzie, gdyby rezygnował z dramatyzującej konwencji na rzecz czegoś tak zwyczajnego, jak sprawozdanie z oszacowywania strat.
** Cecha charakterystyczna dla burz wpół-magicznych, które zaobserwować można choćby w filmach. Oczywiście, jako iż światło jest szybsze od dźwięku, błysk zwykłego, oddalonego pioruna dociera szybciej, niż jego dźwięk. Piorun wpół-magiczny jednak, który ma służyć budowaniu napięcia i grozy, chyba by prędzej spalił się ze wstydu, niż pozwolił na coś tak nieefektownego jak brak koordynacji świetlno-dźwiękowej.




bullet Napisane przez Komimasa dnia 25 maj 2011 · Kategoria: FANFIKI NOWE ·
· 0 komentarzy · 1551 czytań · Drukuj

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
GROMnh
24/05/2020 23:49:17
@ruri: Szkoda Sad Mam nadzieję, że szybciej powrócą, bo przez 2 miesiące czytać raz na 2 tygodnie to jest słabo...

ruri
24/05/2020 14:10:09
@GROMnh: Koronawirus spowodował to, że przy autorze jest mniej asystentów i wszystko idzie wolniej.

Laquer
24/05/2020 13:58:08
Wow, chyba muszę częściej się socjalizować, bo widzę, że daleko w tyle za cywilizacją zostałem.

Laquer
24/05/2020 13:57:47
Tia, nieważne. Bo wiesz, wszystko spoko, nie, ale i tak wy***ane, bo będę robić po swojemu, czy się to komu podoba czy nie xD Swoją drogą, groźby karalne jako merytoryczna krytyka...

Imi
24/05/2020 13:34:57
W sumie przez te Wasze komentarze zapomniałam o najważniejszym. Nikomu innemu to nie przeszkadza najwidoczniej więc nieważne.

Imi
24/05/2020 12:08:55
Najwidoczniej każda krytyka teraz, nawet merytoryczna, to dla niektórych tylko roszczeniowość i jakieś budowanie ego. Wielce sobie ego zbuduję na tym.

Imi
24/05/2020 12:07:57
Co do jakości, ja nie twierdzę że robicie byle co, tylko naprawdę akurat takich błędów łatwo jest uniknąć. Nie wytykam okazjonalnych wpadek edytorskich, bo wiem ile to jest pracy.

Imi
24/05/2020 12:07:06
Ruri, co ma ego do tego? Czytam sobie rozdział i klimat idzie się kopać przez takie kretyńskie wstawki.

GROMnh
24/05/2020 01:40:47
Mam pytanie - czemu przez cały czerwiec i lipiec będą wydawane rozdziały raz na 2 tygodnie?

Laquer
22/05/2020 16:01:16
A ja tam lubię te wstawki. Uważam, że są fajne. I będę je dodawał kiedy tylko edytor zezwoli.

Ena
22/05/2020 12:16:38
:sakazuki:

ruri
22/05/2020 12:05:23
slowa wpadka, bo chyba wyfrunelo z glowy. Kilka osob na pewno sie usmiechnelo na widok tej wstawki, wiekszosc olala, a pewne OKAZY szukaja mozliwosci wybicia swojego ego na pierdolach

ruri
22/05/2020 12:03:47
No tak, bo 90% czytelników, to profesjonaliści, którzy zawodowo zjamują się czytaniem mang i wcale nie mają w dupie większości błędów pomyłek itd. Zresztą... Przeczytaj sobie znaczenie

okiren
22/05/2020 11:51:46
Sugerowanie, że nie ma jakości przez to xD idę stąd, bo szkoda strzępić ryja

Imi
22/05/2020 07:56:13
Ale hej, przecież już nie chodzi o to, by była jakość, tylko dobrze że ktoś robi cokolwiek. To nie jest pomylony tekst w dymku wynikający z nakładu pracy, tylko nieporozumienie.

Imi
22/05/2020 07:55:30
Okiren, niby racja, ale tylko z perspektywy laika. Ponadtko korektor to ktoś, kogo zadaniem jest nie dopuścić to wpadek w rozdziałach. A on je tworzy...

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2020 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
8,594,526 unikalne wizyty
Copyright © 2009 OnePieceNakama.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
Theme create by BaiChi_696 & Szklana
completely modified by LuckyLuke, CichyWiatr
graphics by eyekiss

Kontakt z Administracją Strony